Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarz recenzencki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarz recenzencki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 września 2018

"Ostatnia Wyrocznia" - James Rollins

Długo szukałam autora piszącego podobne książki do Dana Browna - sensacyjne, z wartką akcją oraz wciągające od pierwszej strony. W końcu go znalazłam! A o kim mowa? O Jamesie Rollinsie - swoją przygodę z tym pisarzem rozpoczęłam od książki "Ostatnia Wyrocznia" i już teraz mogę Wam powiedzieć, że na pewno nie jest to ostatnia przeczytana przeze mnie powieść Rollinsa.


Rok 398, świątynia Apollina w Delfach na górze Parnas. Z rozkazu cesarza Rzymu legionista zabija Pytię – kobietę zasiadającą na tronie wyroczni wielbionej przez władców i zdobywców antycznego świata. 
Waszyngton, czasy współczesne. Na rękach Pierce’a umiera starszy człowiek, śmiertelnie postrzelony przez snajpera. Okazuje się, że zabity to profesor neurologii Archibald Polk, jeden z współzałożycieli Sigmy. Dlaczego zginął? Odpowiedź może ukrywać zakrwawiona grecka moneta przedstawiająca świątynię w Delfach…
Polk był jednym ze współpracowników tajnego Projektu JASON, w którym na zlecenie rządu wybitni naukowcy prowadzili badania nad autystycznymi dziećmi odznaczającymi się wyjątkowym talentem. Grayson i agenci Sigmy będą musieli przemierzyć cały świat – od Waszyngtonu, przez indyjskie slumsy i napromieniowane ruiny Czarnobyla, po opuszczone podziemne miasto w Uralu – by rozwikłać zagadkę , której korzenie sięgają starożytnej Grecji. I powstrzymać szaleńca, który nie zawaha się przed zgładzeniem jednej czwartej ziemskiej populacji, by urzeczywistnić swój plan zdobycia niczym nieograniczonej władzy…


Gdy przeczytałam opis "Ostatniej Wyroczni" wiedziałam, że ta książka może mi się spodobać. Na szczęście się nie pomyliłam. Akcja pędzi w zawrotnym tempie już od pierwszej strony. Autor zgrabnie przeskakuje między wydarzeniami oraz miejscami, w których się one rozgrywają, zmienia narratorów na każdym kroku. Na początku miałam mały problem, aby połapać się w tym natłoku informacji, jednak kiedy skupiłam się tylko i wyłącznie na książce i bohaterach wszystko stało się dla mnie jasne i klarowne. Wielkim plusem jest to, jak autor zgrabnie i sprytnie połączył ze sobą na pozór nic nie mające ze sobą wspólnego wątki i osoby. Książkę czyta się bardzo szybko, po prostu się przez nią płynie, napięcie sięga zenitu, a czytelnik jak najszybciej chce dowiedzieć się, co się za chwilę wydarzy. Język powieści nie zawsze jest jasny w odbiorze, autor używa wyszukanych słów oraz posługuje się specjalistycznym słownictwem, które nie zawsze potrafiłam rozszyfrować, ale od czego są słowniki, prawda? ;) Rollins posiada talent do opisywania miejsc, ludzi i wydarzeń. Dawno nie czytałam książki, w której są aż tak szczegółowe opisy, tę powieść czuję się całym sobą, dosłownie jakbyśmy sami uczestniczyli w opisanych w niej wydarzeniach. Mnogość epitetów oraz onomatopei sprawiają, że wyobraźnia czytelnika pracuje na najwyższych obrotach. Jeżeli chodzi o samą fabułę, to moim zdaniem idealnie sprawdziłaby się na dużym ekranie. Jeśli lubicie kino przygodowe i sensacyjne oraz szukacie książki w podobnych klimatach, to z czystym sumieniem mogę Wam polecić "Ostatnią Wyrocznię". A może kiedyś doczekamy się ekranizacji? ;)

Co do słabych stron, to znalazłam tylko jedną: bohaterowie. Są oni bezbarwnymi postaciami, autor kładzie nacisk na akcję i emocje, niestety zapominając o tych, którzy tworzą całą tę historię. Ciężko mi cokolwiek powiedzieć o występujących w książce postaciach, gdyż oni naprawdę nie mają żadnych cech charakteru. Jedyne co mają to nazwisko i imię, które czasem też mogą się Nam mylić. 


Jeśli lubicie powieści sensacyjne i przygodowe, a twórczość Dana Browna nie jest Wam obca, to jestem pewna, że polubicie się również z książkami Jamesa Rollinsa! Dla fanów intryg, zagadek, wartkiej akcji i wielu emocji lektura "Ostatniej Wyroczni" jest obowiązkowa. Ja na pewno sięgnę jeszcze po powieści tego autora. Jeśli jakieś czytaliście, to możecie mi polecić w komentarzach. :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros:



poniedziałek, 13 sierpnia 2018

"Apartament w Paryżu" - Guillaume Musso

Do tej pory miałam do czynienia tylko z jedną książką Guillaume Musso, a mianowicie z "Dziewczyną z Brooklynu". Nie była to zła powieść, jednak nie wywarła na mnie aż tak dobrego wrażenia. Postanowiłam dać jednak temu autorowi jeszcze jedną szansę i sięgnęłam po Jego najnowszą książkę "Apartament w Paryżu". Jak tym razem przebiegło to spotkanie? Czy Musso udało się mnie oczarować?


Paryż, pracownia malarska ukryta w pełnym zieleni zaułku. Madeline właśnie ją wynajęła, żeby odpocząć i cieszyć się samotnością. W wyniku nieporozumienia w to samo miejsce trafia Gaspard, młody pisarz ze Stanów Zjednoczonych, który chce w spokoju popracować nad nową książką. Los skazuje tych dwoje wrażliwych samotników na dzielenie jednej przestrzeni życiowej. Pracownia należała do słynnego artysty, Seana Lorenza; we wnętrzu wciąż widać jego fascynację kolorami i światłem. Pogrążony w smutku po śmierci syna malarz zmarł rok wcześniej, pozostawiając po sobie trzy obrazy, które wkrótce przepadły bez wieści. Madeline i Gaspard, zafascynowani geniuszem i zaintrygowani tragicznym losem poprzedniego lokatora, postanawiają połączyć siły, aby odzyskać te niezwykłe malowidła. Zanim odkryją sekret Seana Lorenza, będą musieli zmierzyć się z własnymi demonami, a prowadzone przez nich śledztwo na zawsze odmieni ich życie.


"Apartament w Paryżu" ma swoje wady i zalety, jednak niestety to minusy przeważają. Przez pierwsze sto stron akcja posuwa się do przodu w żółwim tempie, a autor zasypuje czytelnika mnóstwem francuskich nazw (ja łamałam sobie język w trakcie czytania), których i tak na dobrą sprawę nie będzie on w stanie zapamiętać. Później wcale nie robi się ciekawiej, oczywiście są momenty, w których nie będziecie mogli odłożyć książki, gdyż będziecie chcieli dowiedzieć się, co będzie dalej, jednak przez większość czasu powieść wieje nudą, mam wrażenie, że autor nie miał na nią dobrego pomysłu. Jest chaotyczna, dostajemy mnóstwo opisów (one akurat mi nie przeszkadzały) i ubogą liczbę dialogów, które niestety nie mają w sobie zbyt wielu emocji. Stosunki, które wiążą bohaterów są płytkie (chociaż nie możemy spodziewać się niczego więcej po kilkudniowej znajomości), nie czuć chemii między nimi (nie mam na myśli miłości czy zauroczenia, tylko jakiekolwiek emocje, pozytywne bądź negatywne - to już akurat bez różnicy). Jeżeli chodzi o samych bohaterów, to cieszę się, że autor skupił się na przedstawieniu ich wyrazistych charakterów oraz wydarzeń z przeszłości, które wpłynęły na ich zachowanie i osobowość. Każdy z osobna jest bardzo ciekawą postacią, jednak zestawieni razem niestety ze sobą nie współgrają.


Wielką zaletą powieści jest wątek artystyczny, dla fanów sztuki i malarstwa na pewno wyda się interesujący, zwłaszcza że mamy tutaj porównania do wielu sławnych malarzy i artystów, a dodatkowo możemy dowiedzieć się czegoś nowego o tej dziedzinie życia. Nie mogę napisać, że książkę czytało mi się szybko, gdyż szło mi to dosyć opornie, tak jak wspomniałam wcześniej: niektóre wątki naprawdę mnie wciągnęły, inne natomiast wynudziły. Ciężko mi też przypisać "Apartament w Paryżu" do jakiegoś znanego mi gatunku książek: ani to nie jest thriller, ani romans, ani powieść obyczajowa. Mam wrażenie, że autor chciał połączyć zbyt dużo elementów z różnych gatunków i ostatecznie nie wyszło mu to najlepiej. Ale jednocześnie podziwiam Go za próbę wyjścia poza utarte schematy i wymyślenia czegoś nowego. 


Moje drugie spotkanie z twórczością Guillaume Musso nie należało do udanych, jednak może jeszcze kiedyś dam temu autorowi kolejną szansę. Jeśli jesteście miłośnikami książek tego pisarza, to "Apartament w Paryżu" pewnie również przypadnie Wam do gustu. Jeżeli jednak dopiero zamierzacie sięgnąć po jakąś Jego powieść, to nie polecam zaczynania właśnie od tej najnowszej. Uważam, że książka miała ogromny potencjał, mógł być z niej dobry thriller ze świetnie rozbudowanym wątkiem sztuki i malarstwa. Niestety coś nie zagrało. Może następnym razem będzie lepiej.

Lubicie twórczość Guillaume Musso? Czytaliście już Jego najnowszą powieść? Jeśli tak, to podzielcie się wrażeniami :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros.


poniedziałek, 30 lipca 2018

PRZEDPREMIEROWO "Jak mogłaś" - Heidi Perks

Przypuszczam, że każdy z Nas ma w swoim życiu choć jedną osobę, na której zawsze może polegać i której może powierzyć nawet największy sekret. Jednak co w przypadku, gdy ta przyjaźń działa tylko w jedną stronę? Gdy pewnego dnia okazuje się, że Nasza najlepsza przyjaciółka nie jest tą osobą, za którą ją uważaliśmy? Motywy przyjaźni, zaufania oraz szczerości porusza w swoim thrillerze "Jak mogłaś" Heidi Perks. Zapraszam na moje wrażenia po lekturze.

Charlotte, przyjaciółka Harriet, opiekuje się jej córką. Dziecko znika. Kobieta może przysiąc, że spuściła małą z oka ledwie na chwilę, że dziewczynka cały czas bawiła się z innymi dziećmi. Przecież dbała o nią jak o własne dziecko! Zrozpaczona Harriet winą za nieszczęście obarcza Charlotte. Jak mogłaby jej wybaczyć?
Dwa tygodnie później obie kobiety zmuszone są spotykać się na komisariacie. Będą przesłuchiwane w sprawie pewnego morderstwa. Sytuacja zaczyna się komplikować, bo na jaw wychodzą liczne sekrety. Harriet i Charlotte muszą zdecydować, czy wzajemnie sobie pomóc. Tak przecież robią najlepsze przyjaciółki, prawda?


Muszę przyznać, że Heidi Perks spisała się idealnie w swoim pierwszym thrillerze wydanym w Polsce. Książka "Jak mogłaś" wciągnęła mnie już od pierwszej strony i ciężko mi się było od niej oderwać nawet na chwilę. Narratorkami w powieści są główne bohaterki: Charlotte i Harriet, które spotykają się na komisariacie, aby złożyć zeznania w sprawie pewnego zabójstwa. Wydarzenia teraźniejsze przeplatają się z tymi, które miały miejsce w przeszłości. Jednak autorka świetnie poradziła sobie z zastosowaniem tego zabiegu, wszystko jest spójne, przemyślane, składa się w jedną całość, czytelnik nie gubi się podczas czytania, a co więcej z każdą kolejną stroną jest coraz bardziej zaintrygowany, gdyż na jaw wychodzą zaskakujące fakty. Język powieści i styl Heidi Perks są lekkie i przyjemne w odbiorze. Podobało mi się, że autorka przeplatała ze sobą różne wątki, tyle samo uwagi poświęciła wykreowaniu zarówno postaci Charlotte jak i Harriet, dzięki czemu było mi łatwiej utożsamić się z bohaterkami, zrozumieć ich spojrzenie na daną sytuację i opowiedzieć się po którejś ze stron. Postacie w tej książce są wyraziste, z charakterem, dają się albo lubić, albo nienawidzić. Sympatią niestety nie darzyłam męża Harriet, którego zachowanie doprowadzało mnie do białej gorączki. Jednak lubię powieści, które wzbudzają we mnie cały kalejdoskop emocji, czy to złych czy dobrych, i na to mogłam liczyć podczas lektury "Jak mogłaś".


Wielkim plusem tego thrillera jest oryginalny pomysł na fabułę, autorka próbuje Nam uświadomić, że każdy czasem popełnia błędy, skupiamy się na sobie, nie myśląc, jaki wpływ Nasze postępowanie będzie miało na drugiego człowieka. Co do zakończenia, to niestety było przewidywalne, jednak (o dziwo!) w tej książce zupełnie mi to nie przeszkadzało! Ważniejszy był dla mnie wątek obyczajowy, niż wątek kryminalny. Cieszę się też, że autorka od razu po rozwiązaniu zagadki nie zakończyła powieści, tylko dodała jeszcze jeden bardzo kluczowy rozdział, w którym możemy zobaczyć, jak z biegiem czasu bohaterki thrillera poradziły sobie z całą sytuacją, która je dotknęła. Chociaż nie ukrywam, że nie zgadzam się z tym, co przeczytałam w ostatnim rozdziale. Całą książkę stałam po stronie Harriet, rozumiem jej zachowanie i decyzje, które musiała podjąć. Ale nie będę Wam za dużo zdradzać. ;)


"Jak mogłaś" to jeden z lepszych thrillerów, jakie miałam okazję przeczytać. Wartka akcja, ciekawa fabuła, stopniowo budowane napięcie to tylko kilka mocnych stron powieści Heidi Perks. Nawet przewidywalne zakończenie nie przyćmiło mojego dobrego zdania o tej książce, a to się bardzo rzadko zdarza. Jednym słowem: polecam! Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie i wyciągniecie z lektury swoje własne wnioski. 

Jeśli mieliście już okazję przeczytać, to koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami. A jeśli nie, to dajcie znać, czy macie w planach lekturę "Jak mogłaś"!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:



środa, 4 lipca 2018

"Rywalka" - Sandie Jones

Większość z Nas nie raz pewnie słyszała opowieści o zaborczej przyszłej teściowej  (a może też zna je z autopsji? ;)). Często nie wiemy, jak sobie radzić z kobietą, która "zabiera" Nam ukochanego chłopaka, narzeczonego czy męża. Po przeczytaniu opisu "Rywalki" Sandie Jones wiedziałam, że to książka dla mnie i że koniecznie muszę ją przeczytać. A jak wrażenia po lekturze? Sprawdźcie sami!


Ona, on i... jego matka
Pammie zachowuje się jak typowa zaborcza matka. Niechęć, jaką żywi do Emily, ukochanej Adama, z każdym dniem rośnie. Pammie wtrąca się w ich życie, psuje romantyczne chwile, a wreszcie – pod pretekstem choroby – wprowadza się do nich. Stopniowo życie Emily zmienia się w koszmar. Adam zawsze staje po stronie matki, a im bliżej ślubu, tym bardziej oddala się od przyszłej żony. Kiedy Emily odkrywa, że to Pammie znalazła ciało poprzedniej narzeczonej syna, która zmarła w tajemniczych okolicznościach, uświadamia sobie, w jakim niebezpieczeństwie się znalazła...
A jeśli zagrożeniem jest ktoś inny?


"Rywalka" to książka, od której nie można się oderwać! Sama pochłonęłam ją w niespełna jeden dzień, co mi się z reguły nie zdarza. Byłam tak mocno zaintrygowana tym, co się dalej wydarzy, że nie mogłam odłożyć książki nawet na chwilę. A jak już mi się to zdarzyło, to cały czas o niej myślałam i próbowałam rozwikłać zagadkę ukrytą na kartach tej powieści. Język Sandie Jones jest lekki i przyjemny w odbiorze, autorka wie, jak zbudować napięcie i wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Mimo że akcja nie pędzi w zawrotnym tempie, to podczas lektury towarzyszy Nam kalejdoskop przeróżnych emocji. Narracja jest pierwszoosobowa, a wydarzenia poznajemy z perspektywy Emily. Autorka co jakiś czas wplata w rozdziały drobne retrospekcje, wspomnienia oraz powroty do przeszłości głównej bohaterki. Nie ukrywam, że była to jedna z rzeczy, które delikatnie mnie denerwowały, gdyż zwyczajnie gubiłam się w tych wydarzeniach i nie wiedziałam, kiedy czytam już o tym, co działo się w danej chwili, a kiedy były to jeszcze wspomnienia z przeszłości. Uważam, że lepszym zabiegiem byłoby podzielenie wydarzeń z przeszłości i z teraźniejszości na oddzielne rozdziały. Na szczęście takich sytuacji było tylko kilka., więc aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało.


Jeżeli chodzi o bohaterów, to niestety nie da ich się lubić, aczkolwiek domyślam się, że to specjalny zabieg autorki, żeby byli tacy a nie inni ;) Najczęściej z równowagi wyprowadzało mnie zachowanie zaborczej matki Adama - Pammie. Jednak zdaję sobie sprawę, że autorka celowo wykreowała tę postać na stereotypową znienawidzoną przez wszystkie kobiety przyszłą teściową, które niektóre z Nas pewnie znają z życia a niektóre póki co jeszcze z opowieści. Kolejne intrygi Pammie, wyskoki Adama i dylematy Emily sprawiają że "Rywalkę" czyta się z zapartym tchem i nie nudzimy się podczas lektury. Jednak uważam, że mimo iż jest to thriller to niestety posiada mało elementów tego gatunku literackiego. Nie znajdziemy tu niespodziewanych zwrotów akcji, na opisy mrożące krew w żyłach i sceny grozy również nie mamy co liczyć. I coś nad czym ubolewam najbardziej i co zdecydowanie obniżyło moją ocenę na temat tej książki to niestety rozczarowujące zakończenie. Moim zdaniem nie było w nim nic zaskakującego, a rozwiązanie zagadki było łatwe do przewidzenia. Może jestem już starą wyjadaczką i przeczytałam za dużo thrillerów, żeby mogły mnie one czymś zaskoczyć. Niemniej jednak uważam, że zakończenie powinno być bardziej rozbudowane. Nie zmienia to faktu, że książka mimo kilku niedociągnięć mi się podobała. Szczególne wyrazy uznania kieruję w stronę autorki za świetny pomysł na fabułę, lekki styl pisania oraz wyrazistych bohaterów. 


Polecam szczególnie osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z thrillerami, fani gatunku mogą być delikatnie rozczarowani zakończeniem. Jednak dopóki nie przeczytacie, to nie będziecie wiedzieli, czy faktycznie nie jest zaskakujące ;) "Rywalka" to książka idealna do wzięcia na wakacje bądź leniwy wieczór w domu. Przed lekturą koniecznie zarezerwujcie sobie wolny dzień, gdyż gwarantuję, że nie będziecie mogli się od niej oderwać! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


poniedziałek, 2 lipca 2018

"Kirke" - Madeline Miller

Mitologia grecka fascynuje mnie odkąd pamiętam. Czasy starożytności to moja ulubiona epoka w literaturze i sztuce. Zatem, jak się zapewne domyślacie, bardzo się ucieszyłam na wieść o polskiej premierze "Kirke" Madeline Miller, której akcja rozgrywa się właśnie w starożytności. Gdy już wyszłam z podziwu nad przepiękną oprawą książki, na okładce w oczy rzucił mi się tekst "Daj się oczarować". Sprawdźcie zatem, czy "Kirke" udało się zdobyć moje serce.


W domu Heliosa, boga słońca i najpotężniejszego z tytanów, rodzi się córka. Kirke jest dziwnym dzieckiem – nie tak potężnym jak ojciec ani tak bezwzględnym jak matka... Dziewczyna próbuje odnaleźć się w świecie śmiertelników, lecz odkrywa w sobie czarnoksięską moc, dzięki której może zagrozić samym bogom… Z tego powodu zostaje wygnana. Nie zamierza jednak przestać kształcić się w czarach. Jej ścieżki skrzyżują się z Minotaurem, Dedalem, jego synem Ikarem, morderczą Medeą i, oczywiście, z przebiegłym Odyseuszem. Samotna kobieta zawsze narażona jest na niebezpieczeństwo, a Kirke nieświadomie budzi gniew zarówno w ludziach, jak i w mieszkańcach Olimpu. Aby ochronić to, co kocha, będzie musiała zebrać wszystkie siły i zdecydować, czy należy do bogów, z których się urodziła, czy do śmiertelników, których pokochała.


Jestem już blisko tydzień po lekturze "Kirke", a do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, jak świetną i interesującą historię stworzyła Madeline Miller. Jestem totalnie oczarowana bohaterami (głównie postaciami, które pamiętam z mitologii greckiej), fabułą, a także przesłaniem, które niesie ze sobą ta powieść. W książce mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, która pozwala czytelnikowi na zżycie się z główną bohaterką, zrozumienie jej problemów, dylematów i toku myślenia. Autorka skupia uwagę na opisach przyrody, a także na przemyśleniach Kirke, dialogów nie znajdziemy tu za wiele. Jednak mi w niczym to nie przeszkadzało, losy tytanki tak mnie pochłonęły, że nim się obejrzałam, już przewracałam ostatnią stronę. Madeline Miller zadbała o najdrobniejsze szczegóły, z łatwością możemy sobie wyobrazić miejsca, które po drodze odwiedzamy wraz z bohaterką. Mimo że nie jest ich zbyt wiele i akcja powieści rozgrywa się głównie na osamotnionej wyspie Ajai, a ja miałam pewne obawy przed tym, że książka może być z tego powodu nudna, to nic bardziej mylnego! Postaci odwiedzające Kirke, które znamy z mitologii, są świetnie wykreowane i są wielką zaletą tej powieści. Język i styl autorki są osobliwe i wyjątkowe, zdaję sobie sprawę, że nie każdemu mogą przypaść do gustu, jednak mnie totalnie oczarowały. Akcja nie pędzi w zawrotnym tempie, co dla fanów dynamicznych powieści może być problemem, jednak "Kirke" to uczta dla miłośników pięknego języka nieszablonowych i oryginalnych historii oraz wyrazistych bohaterów.


Lektura "Kirke" była dla mnie niesamowitą przygodą, idealną okazją na przypomnienie sobie ukochanej przeze mnie mitologii greckiej. Bóg Słońca Helios, waleczny Odyseusz, posłaniec bogów Hermes oraz dzielny Dedal to tylko niektóre z postaci, które czekają na Nas na kartach powieści Madeline Miller. Co więcej czeka Nas też lekcja miłości, poświęcenia, walki z szyderstwami, a także odnalezienia własnej tożsamości i przynależności. "Kirke" to współczesna powieść zanurzona całkowicie w mitologii, dotyka jednak problemów, z którymi zmagamy się na co dzień. Ja nadal nie mogę wyjść z podziwu nad wyjątkowością historii, którą stworzyła autorka i jestem pewna, że jeszcze niejeden raz do niej wrócę.


Piękna okładka "Kirke" to tylko wstęp do barwnej i wyjątkowej historii, która zachwyca od pierwszej do ostatniej strony. Polecam każdemu!

Jeśli jesteście już po lekturze, to dajcie znać, czy "Kirke" również Was oczarowała! :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

piątek, 22 czerwca 2018

"Aru Shah i koniec czasu" - Roshani Chokshi

Muszę się przyznać, że nie czytałam jeszcze ani jednej książki Ricka Riordana. Jednak kiedy zobaczyłam Jego polecajkę na okładce "Aru Shah i koniec czasu" wiedziałam, że musi to być dobra powieść. Mitologia hinduska, ciekawy opis plus piękna oprawa utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę sięgnąć po najnowszą książkę Roshani Chokshi. Jak przebiegło Nasze pierwsze spotkanie? Zapraszam na recenzję.


Aru Shah ma tendencję do naciągania prawdy – robi to, by zyskać sympatię w prywatnej szkole, do której uczęszcza. Kiedy jej koledzy z klasy latają prywatnymi odrzutowcami na egzotyczne wakacje, ona spędza wolny czas w Muzeum Starożytnej Sztuki i Kultury Indyjskiej, którego kustoszem jest jej mama. Czy to zatem dziwne, że Aru zmyśla opowieści o tym, że pochodzi z rodziny królewskiej, podróżuje do Paryża i ma własnego szofera? Pewnego dnia trójka jej kolegów zjawia się w domu Aru, żeby przyłapać ją na kłamstwie. Nie wierzą w jej opowieść o tym, że znajdująca się w muzeum lampa Bharaty jest przeklęta, wyzywają więc Aru, by to udowodniła. „Zapalę ją tylko na moment” – myśli Aru. A potem już nigdy przenigdy nie będzie łgać. Ale zapalenie lampy rodzi poważne konsekwencje. Aru niechcący uwalnia Śpiącego, starożytnego demona, który planuje obudzić Boga Zniszczenia. Jej koledzy i mama zostają zamrożeni, a Aru musi ich uratować. Jedynym sposobem na to, żeby powstrzymać demona, jest odnalezienie legendarnych braci Pandawów i złożenie wizyty w Królestwie Śmierci. Ale jak dziewczynka w piżamie ze Spider-Manem ma tego wszystkiego dokonać?


Co najbardziej urzekło mnie w "Aru Shah i koniec czasu"? Zdecydowanie humor! Nie raz nie mogłam przestać się śmiać, Roshani Chokshi ma świetne poczucie humoru, które bardzo dobrze wykorzystała w swojej powieści. Książkę czyta się bardzo szybko, głównie ze względu na lekki i przyjemny w odbiorze język, a także niekończące się tarapaty i kłopoty, w które na każdym kroku wpadają Aru i jej towarzyszka, Mini. Akcja pędzi do przodu jak szalona, gwarantuję, że nie będziecie się nudzić podczas czytania. Przewaga dialogów nad przeróżnymi opisami również jest w tej książce zaletą. Warto wspomnieć również o samej mitologii hinduskiej, która jest bardzo ciekawa i z którą po prawdzie pierwszy raz miałam do czynienia, ale jestem nią totalnie oczarowana. Autorka co rusz wplata w historię bohaterek elementy hinduskich tradycji, a prawie za każdym rogiem czekają na Aru i Mini zastępy przeróżnych hinduskich bogów oraz demonów. Nie martwcie się jednak natłokiem informacji, na pewno na spokojnie wszystko zrozumiecie i przyswoicie. Kolejną mocną stroną powieści są barwnie wykreowani bohaterowie, którzy szybko zyskują sympatię i przychylność czytelnika. A z każdą kolejną stroną kibicujemy im coraz mocniej. "Aru Shah i koniec czasu" to lekka powieść, jednak niesie ze sobą ważne przesłanie. Mianowicie pokazuje nam, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywają przyjaciele i rodzina, i że bez nich ciężko byłoby nam sobie samemu poradzić. 


Tyle zachwytów, a czy znajdą się jakieś wady? Niestety tak. Powieść Roshani Chokshi jest skierowana raczej do młodszych czytelników. Podczas lektury zauważałam niekiedy absurdalność niektórych sytuacji. Najbardziej przeszkadzał mi chyba wiek bohaterek. które mają jeśli dobrze pamiętam około 12 lat, a są silniejsze i odważniejsze niż niejeden dorosły. Mnie po prostu śmieszy, kiedy takie młode osoby ratują świat, nie tylko w tej książce, więc to raczej moje małe osobiste uprzedzenie. Jestem też zła na autorkę za to, że usunęła na dłuższy czas z fabuły postać, którą najbardziej polubiłam (kto czytał, ten pewnie wie o kogo chodzi, ja nie będę zdradzać, żeby nie spoilerować) i która wnosiła do książki bardzo dużo uśmiechu oraz pozytywnego myślenia. Mam nadzieję jednak, że pojawi się ona w kolejnych tomach i Roshani Chokshi bardziej wykorzysta jej potencjał. 


Zanim sięgniecie po "Aru Shah i koniec czasu" miejcie na uwadze, że jest to książka skierowana głównie do młodszych czytelników. Niemniej jednak ja już z lat młodości wyrosłam, a też świetnie bawiłam się podczas lektury. Polecam szczególnie fanom powieści młodzieżowych z elementami fantastyki. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o mitologii hinduskiej, to ta książka również uchyli Wam rąbka tajemnicy na ten temat. No i oczywiście jeśli lubicie powieści z morałem, które jednocześnie są lekkie i zabawne, to "Aru Shah i koniec czasu" powinna być obowiązkową pozycją na Waszej liście must-read. Ja po kolejne tomy sięgnę na pewno :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

środa, 13 czerwca 2018

PRZEDPREMIEROWO "Without Merit" - Colleen Hoover

Już 20 czerwca premierę będzie miała najnowsza powieść mojej ulubionej autorki. Mowa tu oczywiście o Colleen Hoover i "Without Merit". Jestem chyba Jej największą fanką, z wypiekami na twarzy pochłaniam każdy Jej kolejny romans. Co więc myślę o "Without Merit"? Na początku zdradzę Wam tylko, że ta książka jest zdecydowanie inna od pozostałych. Czy gorsza, czy lepsza - tego dowiecie się z recenzji.


Siedemnastoletnia Merit na pewno nie ma normalnego życia. Jej schorowana matka mieszka w piwnicy, a ojciec na górze – z nową żoną i dziećmi z obu małżeństw. Jej siostra bliźniaczka, śliczna Honor, to chodzący ideał, a brat Utah – nieznośny perfekcjonista. Merit czuje, że jest ich zupełnym przeciwieństwem, że wciąż robi coś nie tak, jak powinna, a na dodatek stale przydarza jej się coś złego. Najbardziej bolesne są dla niej jednak kolejne tajemnice, które coraz bardziej oddalają od siebie członków rodziny. W tym sekret samej Merit: dziewczyna zakochuje się w chłopaku swojej siostry. Sytuacja zaczyna ją przerastać. Rezygnuje ze szkoły, zaszywa się w domu i po cichu „znika z własnego życia”, a w końcu postanawia opuścić dom na zawsze. Jednak jej plan nie wypala i musi zdecydować… czy może dać drugą szansę nie tylko swojej rodzinie, ale również sobie.


Tak jak wspomniałam wcześniej "Without Merit" różni się znacznie od pozostałych książek Hoover. Najbardziej zauważalną różnicą jest to, że tym razem (o dziwo!) Colleen odkłada wątek romantyczny na dalszy plan. Tutaj rządzą problemy rodziny Voss. Każdy jej członek jest moim zdaniem delikatnie przerysowany, gdyż każdy zmaga się z zupełnie innym kłopotem, co można uznać za mało wiarygodne i trochę absurdalne. Wydawać by się też mogło, że bohaterowie żyją w innej rzeczywistości, nie chcę Wam psuć niespodzianki i zdradzać fabuły, więc o tym będziecie musieli przekonać się sami. Bardzo polubiłam poczucie humoru Hoover w tej powieści. Nie raz śmiałam się właśnie ze wspomnianej wyżej absurdalności i niedorzecznych sytuacji, które przydarzały się bohaterom. Mimo że wiem, że to Merit jest tutaj główną postacią, to zabrakło mi trochę rozbudowania przez autorkę wątków pozostałych członków rodziny Voss. Mam tu na myśli ich osobowości, bliższe przyjrzenie się ich psychice oraz powodom, które spowodowały ich indywidualne problemy. Chociaż nie chcę tu powiedzieć, że są nijacy, bo to na pewno nie ma tutaj miejsca. Każdego z nich już na początku oceniamy, akceptujemy jego decyzje, działa Nam na nerwy albo zyskuje Naszą sympatię. Dopiero z czasem uczymy się, że nie należy oceniać ludzi po okładce, że każdy zasługuje na drugą szansę, że my sami nie jesteśmy idealni, więc nie powinniśmy wymagać też tego od innych. I najważniejsze! Że musimy nauczyć się wybaczać, wtedy na pewno będzie Nam lepiej. 


Książkę (tak jak pozostałe powieści Hoover) pochłonęłam w zabójczym tempie, mimo początkowych małych trudności z wciągnięciem się w fabułę. Colleen po prostu wie, jak pisać, żeby zaciekawić czytelnika i sprawić, by nie mógł oderwać się od lektury. Muszę Was jednak ostrzec, że jeśli liczycie na to, że po przeczytaniu "Without Merit" Wasze serce rozpadnie się na milion kawałków i nie będziecie się mogli pozbierać, to akurat tym razem to nie będzie miało miejsca. Powieść porusza bardzo ważny problem, który może spotkać każdego z Nas i owszem jest ona przepełniona emocjami, należy wyciągnąć z niej wnioski i zapadnie Wam w pamięci, jednak raczej nie uronicie przy niej wielu łez.  


Czy polecam? Jak najbardziej! Mimo że książka jest raczej skierowana do młodszych czytelników, to moim zdaniem problem w niej poruszany dotyczy tak naprawdę każdego z Nas, czy młodszego, czy starszego, więc jak najbardziej uważam, że bez względu na wiek powinniśmy zapoznać się z tą pozycją. Dla fanów Hoover jest to oczywiście lektura obowiązkowa! Może i "Without Merit" nie wskoczy do moich ulubionych powieści tej autorki, jednak na pewno na długo zapamiętam jej przesłanie i wyciągnięte wnioski/ I bardzo się cieszę, że możemy poznać Colleen od innej strony, że wyszła poza wyrobione przez samą siebie schematy oraz  że zaskoczyła czymś czytelników - mnie pozytywnie i mam nadzieję, że z Wami będzie podobnie! A jeżeli chodzi o pytanie, czy powieść jest gorsza czy lepsza od wszystkich poprzednich, to napiszę po prostu, że jest inna. Dla mnie tak samo dobra :)

Jeśli jesteście już po lekturze, to koniecznie podzielcie się wrażeniami na temat "Without Merit". Ja słyszałam już mnóstwo opinii, jedne pozytywne, drugie mniej, więc ciekawa jestem, jak to jest z Wami :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:




niedziela, 27 maja 2018

Trylogia "Slammed" - Colleen Hoover

Jak zapewne niektórzy wiedzą Colleen Hoover jest jedną z moich ulubionych autorek. Z niecierpliwością wyczekuję każdej Jej kolejnej powieści, którą pochłaniam z zapartym tchem. I mimo powielanych często schematów, każda książka Hoover zostawia we mnie jakiś ślad. Trylogię "Slammed" ciężko było dostać w ostatnich latach w księgarniach, więc Wydawnictwo YA! postanowiło wydać ją w nowych okładkach. To był strzał w dziesiątkę, gdyż teraz nie musimy przekopywać połowy internetu w poszukiwaniu tych trzech książek, a z historią Lake i Willa zdecydowanie warto się zapoznać! Nie chcę Wam zdradzać fabuły wszystkich trzech części, więc napiszę kilka słów na temat pierwszego tomu.


Layken skończyła właśnie osiemnaście lat. Kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie straciła ojca. Wraz z kochającą matką i młodszym bratem postanawiają zostawić za sobą przeszłość w Teksasie, by móc rozpocząć nowe życie w Michigan. Sprzedają dom, pakują rodzinne pamiątki i wyruszają na północ. Każde z nich z innymi obawami i planami na przyszłość. Zarówno Layken, jak i Kel nie chcą porzucać szkoły, przyjaciół, ulubionych miejsc. Nie wiedzą, co ich czeka tysiące kilometrów od domu. Prawdziwego domu. Julia, choć się martwi, stara się dodać otuchy swoim dzieciom i wesprzeć ich w najtrudniejszych chwilach. Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że już pierwszy kontakt z sąsiedztwem z naprzeciwka zwiastuje poważne zmiany w rodzinnych relacjach. A to dopiero początek niezwykle emocjonalnej, chwilami przezabawnej historii rodziny Cohen i Cooperów, w której nikt nie zdaje sobie sprawy, jak ich członkowie staną się sobie bliscy w obliczu śmiertelnej choroby i codziennych problemów.


Colleen Hoover po raz kolejny udowodniła, że wie, jak wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat, a dodatkowo jak sprawić, żeby szybko o nim nie zapomniał. W "Pułapce uczuć" narratorką jest Layken, poznajemy całą historię widzianą oczami tej dziewczyny. Muszę przyznać, że momentami działała mi ona na nerwy, ale to w końcu nastolatka, więc miała prawo do częstej zmiany zdania czy humoru. Choć nie ukrywam, że niektóre jej decyzje i zachowania były bardzo infantylne, a ja sama nieraz miałam ochotę na nią nakrzyczeć. Na szczęście złe momenty wynagradzał mi Will, który został moim kolejnym książkowym mężem. Mimo że jest tylko kilka lat starszy od Lake, to jest zdecydowanie bardziej dojrzały i odpowiedzialny. Postacie drugoplanowi idealnie uzupełniają tę trylogię, ich przygody są równie ciekawe, co losy Willa i Lake. Colleen zadbała o świetne poczucie humoru, sceny smutku przeplatają się ze scenami radości, więc dostajemy tu cały kalejdoskop emocji. Sposób, w jaki autorka przedstawiła problemy dotykające bohaterów również zasługuje na pochwałę. Ja osobiście nauczyłam się, że po burzy zawsze wychodzi słońce i nawet, gdy wydaje nam się, że jesteśmy w najgorszym momencie swojego życia, to warto się uśmiechnąć, znaleźć iskierkę nadziei na lepszy dzień oraz przeżywać wszystkie smutki z najbliższymi nam osobami, bo wtedy wszystko staje się lepsze i łatwiejsze. Książkę pochłania się w ekspresowym tempie, nie można odłożyć jej na półkę. Podświadomie kibicujemy dwójce głównych bohaterów, trzymamy za nich kciuki. "Pułapka uczuć" to wzruszająca powieść zarówno dla młodszych jak i starszych czytelników. Pokazuje jak radzić sobie ze stratą najbliższych osób oraz porusza inne ważne życiowe tematy. 


"Nieprzekraczalna granica" to drugi tom tej trylogii i zdecydowanie mój ulubiony. W drugiej części poznajemy dalsze losy Lake i Willa, tylko tym razem to właśnie on jest narratorem. Na moje nieszczęście Layken mimo upływu czasu zbytnio się nie zmieniła, cały czas działała mi na nerwy, a jej zachowanie nadal było dziecinne. No ale cóż, nie można lubić każdego bohatera książkowego ;) Ten tom jest zdecydowanie "luźniejszy" niż "Pułapka uczuć", bohaterowie borykają się z problemami życia codziennego, które na szczęście szybko udaje im się rozwiązać. Mimo że "Point of Retreat" nie wzbudza już tylu emocji co pierwsza część, to i tak warto się zapoznać z tą książką, szczególnie jeśli polubiliście Willa i Lake już w "Slammed". Nie nastawiajcie się tylko na tak samo wzruszającą i wyciskającą łzy powieść, bo tego na pewno nie dostaniecie, czekać na Was za to będzie lekka i przyjemna lektura, świetne poczucie humoru i ulubieni bohaterowie.


"Ta dziewczyna" to już ostatni tom trylogii Colleen Hoover. Niestety ten jako jedyny zupełnie nie przypadł mi do gustu. Narratorem podobnie jak w "Nieprzekraczalnej granicy" jest Will, a wydarzenia rozgrywające się w książce to te same, które miały miejsce w "Pułapce uczuć", tylko opowiedziane z perspektywy głównego bohatera. Moim zdaniem ta część jest zbędna, nie wnosi ona nic nowego do historii Lake i Willa, czytałam ją na siłę i męczyłam przez prawie trzy tygodnie. Ja osobiście nie lubię czytać dwa razy tego samego, ale nie zdziwię się, jak dla wielu z Was takie zakończenie będzie idealnym podsumowaniem tego, co działo się w poprzednich tomach. 


Lekturę "Pułapki uczuć" polecam przede wszystkim fanom Colleen Hoover (wiele osób uważa, że to Jej najlepsze książki), ale także wszystkim, którzy lubią mądre i niebanalne powieści, z których można wyciągnąć wnioski i nauczyć się czegoś nowego. Bez względu na wiek uważam, że warto zapoznać się z tą wzruszającą trylogią, zapewniam, że nie raz podczas lektury będziecie się śmiać, a w niektórych momentach uronicie także łzę smutku. 

Koniecznie dajcie znać, jak Wasze wrażenie po lekturze "Pułapki uczuć", czy są to Wasze ulubione książki Hoover, czy raczej plasujecie je na dalszej pozycji w rankingu! :)


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania trylogii "Pułapka uczuć" dziękuję:


poniedziałek, 7 maja 2018

"Nie ufaj nikomu" - Kathryn Croft

"Nie ufaj nikomu" to kolejny thriller psychologiczny, który w ostatnim czasie wpadł mi w ręce. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Kathryn Croft. Oczekiwania były spore, jednak czy autorce udało się im sprostać?

Mia jest młodą mamą i psychoterapeutką. Pięć lat temu jej mąż Zach popełnił samobójstwo, osieracając tym samym żonę i małą córeczkę. Wtedy również na jaw wyszły szokujące fakty: ukochany mąż Mii, człowiek, którego darzyła bezgranicznym zaufaniem, miał romans ze swoją studentką Josie, która po tragicznych wydarzeniach zaginęła bez śladu. Wydaje się, że po tylu latach Mia pogodziła się wreszcie ze skrywanymi przez Zacha sekretami i rozpoczęła normalne życie. Do czasu, kiedy w jej gabinecie pojawia się nowa pacjentka Alison, a z jej ust padają słowa, które zmienią wszystko w poukładanym życiu kobiety: "Twój mąż nie popełnił samobójstwa, został zamordowany". Kim jest Alison? Czy coś ją łączyło z Zachiem? Czy można jej ufać? Co się stało z Josie? Mia na własną rękę rozpoczyna śledztwo mające odkryć prawdę na temat śmierci jej męża.


W książce mamy dwie narratorki: Mię oraz Josie. Akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Teraźniejsze wydarzenia poznajemy z perspektywy Mii, zaś przeszłość ukazana jest oczami Josie. Dzięki narracji pierwszoplanowej możemy lepiej poznać bohaterów i zagłębić się w ich psychikę oraz tok myślenia. Muszę przyznać, że Kathryn Croft wciągnęła mnie do świata wykreowanego w w swoim najnowszym thrillerze już od pierwszej strony. Nie mogłam oderwać się od lektury, byłam bardzo ciekawa rozwiązania zagadki, a myślenie o historii Mii, Zacha i Josie towarzyszyło mi jeszcze długo po zakończeniu czytania. "Nie ufaj nikomu" to książka naładowana napięciem, emocjami, pędzącą do przodu akcją, której nie odłożycie na półkę, dopóki nie przekręcicie ostatniej strony. Przyjemny w odbiorze język, lekki styl pisania autorki oraz mnóstwo dialogów ułatwiają czytelnikowi szybkie czytanie - ja pochłonęłam ją w kilka godzin.  A sposób w jaki pisarka kończyła każdy kolejny rozdział przyprawiał mnie o zawał serca. 


Co do bohaterów, to niestety nie da ich się lubić, niemiłosiernie denerwowało mnie zachowanie zarówno Mii, jak i Josie, Zacha czy Alison. Miałam wrażenie, że Will był jedyną postacią, która nie działała mi na nerwy. Na szczęście napięcie, jakie zbudowała autorka i pomysł na fabułę książki wynagrodziły mi denerwujące charaktery bohaterów. Kathryn Croft potrafi świetnie zwodzić czytelnika, na każdym kroku podsuwa Nam potencjalne rozwiązania zagadki, jednak żadne z nich nie okazuje się trafne. Zapewniam Was, że z każdym kolejnym rozdziałem będziecie zmieniać osobę podejrzaną, a na końcu i tak mocno się zaskoczycie, gdy dowiecie się, kto za tym wszystkim stoi. Chociaż nie ukrywam, że po przeczytaniu ostatnich stron w mojej głowie kłębiło się mnóstwo pytań, na które niestety nie dostałam odpowiedzi, więc zakończenie nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Autorka zostawiła za dużo niewiadomych, mogła dokładniej wyjaśnić niektóre sprawy, miałam wrażenie, że trochę przekombinowała, nagięła rzeczywistość, według mnie sporo rzeczy po prostu się nie zgadzało i do siebie nie pasowało. Ale może to tylko moje wrażenie. Niewykluczone, że kiedyś jeszcze raz sięgnę po ten thriller i przeanalizuję wszystko na spokojnie i może wtedy na kartach powieści znajdę odpowiedzi na pytania, które cały czas siedzą mi w głowie.


Podsumowując, jeśli szukacie pełnego napięcia, akcji i emocji thrillera, to "Nie ufaj nikomu" powinno być pozycją obowiązkową na Waszej liście czytelniczej. Jeżeli lubicie rozwiązywać zagadki, to w tej książce znajdziecie ich naprawdę sporo. Polecam zarówno miłośnikom gatunku jak i osobom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z kryminałami i thrillerami. Ja na pewno sięgnę po kolejne książki Kathryn Croft! Mam nadzieję, że również mi się spodobają.

Jeśli mieliście już okazję czytać "Nie ufaj nikomu", to koniecznie podzielcie się wrażeniami! A może ktoś mi wytlumaczy to wątpliwe zakończenie? :D 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


sobota, 5 maja 2018

PRZEDPREMIEROWO "I że cię nie opuszczę" - Michelle Richmond

Miłość, wierność, zaufanie - te wartości są najważniejsze w szczęśliwym małżeństwie i to właśnie o nie trzeba szczególnie dbać. Tylko jak tego dokonać? Z pozoru łatwe zadanie, jednak w rzeczywistości wymaga ono sporego wysiłku oraz poświęcenia. W najnowszym thrillerze psychologicznym "I że cię nie opuszczę" Michelle Richmond dowiemy się, jak osiągnąć pełnię małżeńskiego szczęścia, pytanie tylko: za jaką cenę?

Alice i Jake to młode kochające się małżeństwo. Alice odnosi sukcesy jako prawniczka, Jake jest terapeutą i współwłaścicielem poradni psychologicznej. Przed nimi wspólne życie pełne planów. W prezencie ślubnym od prominentnego klienta Alice nowożeńcy otrzymują zaproszenie do elitarnego klubu dla małżeństw, który działa pod nazwą Pakt. Jego celem jest wspieranie par w staraniach o szczęśliwy i trwały związek. Nierozerwalny. Za wszelką cenę… Jak daleko się posuną, aby ochronić swoje małżeństwo?


Na początku muszę pochwalić autorkę za genialny pomysł na fabułę książki. Jest ona bardzo oryginalna, nie mamy tu do czynienia (jak w przypadku większości thrillerów) z morderstwem czy zaginięciem. Cała struktura Paktu, sposób jego działania oraz motywy nim kierujące spędzały mi sen z powiek. Już od pierwszej strony wciągnęłam się w tę historię i do samego końca nie mogłam się od niej oderwać! Zgodzę się ze słowami Lisy Gardner z okładki, a mianowicie z tym, że "ta książka nie pozwoli ci zmrużyć oka przez całą noc". Mimo że powieść jest uboga w dialogi, autorka skupia się raczej na opisach, to nie przeszkadza to zupełnie w szybkim czytaniu. Lekki i przyjemny w odbiorze język, a także narracja pierwszoplanowa dodatkowo sprzyjają ekspresowemu pochłanianiu tej książki. Historię Alice i Jake poznajemy z perspektywy Jake'a i to właśnie temu bohaterowi autorka poświęca większość uwagi. Poznajemy jego przeszłość, wchodzimy w jego umysł, rozumiemy jego zachowanie. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o Alice. Brakowało mi rozdziałów, w których narratorką byłaby właśnie ona. Chciałabym lepiej poznać jej postać, dowiedzieć się więcej o jej przeszłości, cechach charakteru, zachowaniu, a także o tym, co się działo w więzieniu w Fernley, kiedy była do niego zabierana (niestety nie dzieli się tymi informacjami z mężem, a dla mnie one były istotne). 


Powiem Wam szczerze, że jeśli liczycie na thriller pełen wartkiej akcji oraz niesamowitego napięcia, to tu ich nie znajdziecie. Wszystko dzieje się powoli, ale nie martwcie się, cała historia jest tak intrygująca, że nawet nie zauważycie zwolnionego tempa rozgrywających się w książce wydarzeń. Nie ma tu też wielu mocnych oraz drastycznych scen, także jeśli macie słabe nerwy, to również śmiało możecie sięgnąć po ten thriller. Mi ostatecznie czegoś w nim zabrakło. Na pewno zakończenie mocno mnie rozczarowało. Liczyłam na to, że autorka zdradzi Nam coś więcej na temat Paktu, wyjaśni wątpliwe sytuacje, rozwiąże zagadki. I przede wszystkim, że czymś zaskoczy czytelnika! Ja niestety nie byłam zdziwiona, a zawiedziona podczas czytania ostatnich rozdziałów. Otwarte zakończenie to coś, czego bardzo nie lubię w książkach, a w przypadku "I że cię nie opuszczę" właśnie z takim mamy do czynienia. Ostatecznie nie nazwałabym tej powieści thrillerem psychologicznym, gdyż posiada znikomą ilość cech tego gatunku. Aczkolwiek mimo licznych niedociągnięć jestem zadowolona z lektury. Uważam, że Michelle Richmond miała genialny pomysł na świetną książkę, gorzej wyszło z wprowadzeniem go w życie, jednak mam nadzieję, że w kolejnych thrillerach autorka nie będzie już powielała tych samych błędów.


Podsumowując, lekturę "I że cię nie opuszczę" polecam szczególnie osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z thrillerami. Jeśli nie przeszkadza Wam brak akcji i napięcia, to również śmiało możecie sięgnąć po tę pozycję. Pamiętajcie tylko, żeby przygotować sobie zapas czasu, zanim zasiądziecie do lektury, gdyż jestem pewna, że szybko nie będziecie mogli jej odłożyć!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:



środa, 2 maja 2018

"Niedźwiedź i słowik" - Katherine Arden

Jako mała dziewczynka uwielbiałam zatapiać się w baśniach Braci Grimm i Christiana Andersena. Gdy trochę podrosłam fascynował mnie świat opisany w książkach Lwa Tołstoja oraz Fiodora Dostojewskiego. Po kilkunastu latach odnalazłam książkę z elementami baśni, której fabuła osadzona jest w średniowiecznej Rusi. Mowa tu oczywiście o "Niedźwiedziu i słowiku" Katherine Arden. Już sama okładka przyciąga do siebie czytelnika, nie wspominając o opisie, po którego przeczytaniu nie mogłam się doczekać, aż dorwę tę powieść w swoje ręce i znów przeniosę się do czasów młodości. 


W Rusi, na skraju pustkowia, zima trwa większą część roku, a podczas długich wieczorów Wasilisa i jej rodzeństwo lubią siadać razem przy piecu i słuchać bajek, które opowiada im niania. Wasia uwielbia zwłaszcza bajkę o Mrozie, błękitnookim demonie zimy. Mądrzy Rosjanie boją się go, gdyż zabiera zbłąkane dusze, szanują także duchy chroniące ich domostw przed złem. Pewnego dnia owdowiały ojciec Wasi przywozi z Moskwy nową żonę, Annę. Fanatycznie nabożna macocha Wasi zakazuje rodzinie składać ofiary domowym duchom, chociaż Wasia obawia się, co wyniknie z takiej postawy. I rzeczywiście na wioskę zaczynają spadać kolejne nieszczęścia. Jednak surowość macochy tylko się nasila. Anna z uporem wprowadza w wiosce swoje porządki, a zbuntowaną pasierbicę postanawia albo wydać za mąż, albo wysłać do klasztoru. Gdy wioska staje się coraz bardziej bezbronna, a zło z lasu podkrada się coraz bliżej, Wasilisa musi przywołać swoją, skrywaną dotąd, magiczną moc – by obronić rodzinę przed niebezpieczeństwem rodem z najbardziej przerażających bajek starej niani.


Pierwsza część trylogii Katherine Arden porwała mnie już od pierwszej strony! Dawno nie miałam w rękach tak klimatycznej książki, od której nie mogłam się oderwać. Pochłonęłam ją w niecałe dwa dni. Autorka ma bardzo przyjemny styl pisania, mimo że w powieści pojawiało się sporo opisów, to nie były one nużące, z przyjemnością wyobrażałam sobie każdą opisaną scenę. Leśne klimaty są mi szczególnie bliskie, gdyż sama urodziłam i wychowałam się na wsi. Język jest lekki w odbiorze, pojawiają się czasem słowa zaciągnięte z rosyjskiego, jednak na końcu jest słowniczek, więc nie musimy się martwić, że czegoś nie zrozumiemy. Powieść jest wielowątkowa, poznajemy losy nie tylko głównej bohaterki, czyli Wasilisy Pietrowny, ale także jej macochy Anny, która widzi demony, popa Konstantego, który ma we wsi pewną misję do wykonania, demona zimy Morozki. Postaci w książce jest naprawdę sporo, jednak żadna nie jest pominięta przez autorkę, o każdej możemy się mniej lub więcej dowiedzieć oraz poznać jej charakter. Ja osobiście chętnie bym poznała dalsze losy rodzeństwa Wasi, czyli jej siostry Oli oraz brata Saszy, po cichu liczę na to, że w kolejnych tomach jeszcze o nich przeczytamy. 


Akcja powieści nie pędzi w zawrotnym tempie, aczkolwiek ja byłam do tego stopnia pochłonięta historią rozgrywającą się w małej wsi na Rusi, że tak naprawdę nawet tego nie zauważyłam. Fakt, że poznajemy tak wielu bohaterów, magiczny klimat książki oraz lekki i przyjemny w odbiorze język sprawiają, że lektura "Niedźwiedzia i słowika" to czysta przyjemność. Elementy słowiańskich prastarych wierzeń oraz rosyjskich tradycji idealnie uzupełniają tę książkę i to właśnie one nadają jej tak wyjątkową i niepowtarzalną atmosferę. Jeżeli chodzi o bohaterów, to Wasia mimo swoich wad jest bardzo pozytywną osobą, której nie da się nie lubić. Od początku nie ma w życiu lekko, ojciec nie jest w stanie określić uczuć do córki, gdyż z jednej strony to jego dziecko, ale z drugiej to dziewczynka, która doprowadziła do śmierci jego ukochanej żony. Wasilisa od najmłodszych lat postrzegana jest jako dziwadło, nie zachowuje się jak przystało na prawdziwą kobietę, od chłopców i szycia woli jazdę konno oraz bieganie po lesie. Buntownicza, odważna, pakująca się w kłopoty, zawsze mówiąca co myśli - te cechy charakteru przyniosły jej złą sławę we wsi, lecz ona się tym nie przejmuje, twardo stąpa po ziemi i dąży do wyznaczonego celu. 


"Niedźwiedź i słowik" to bardzo klimatyczna, magiczna powieść, z elementami mrocznej baśni, więc nie jest skierowana dla młodszych czytelników, jednak starsi podczas lektury na pewno nie raz wspomną czasy dzieciństwa. Ja jestem nią zafascynowana, nie mogę doczekać się kolejnych tomów tej trylogii, po które chętnie już dzisiaj bym sięgnęła. A Wam póki co polecam lekturę pierwszej części tej baśniowej trylogii! Szczególnie jeśli lubicie słowiańskie klimaty :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję: