Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 maja 2018

"Niedźwiedź i słowik" - Katherine Arden

Jako mała dziewczynka uwielbiałam zatapiać się w baśniach Braci Grimm i Christiana Andersena. Gdy trochę podrosłam fascynował mnie świat opisany w książkach Lwa Tołstoja oraz Fiodora Dostojewskiego. Po kilkunastu latach odnalazłam książkę z elementami baśni, której fabuła osadzona jest w średniowiecznej Rusi. Mowa tu oczywiście o "Niedźwiedziu i słowiku" Katherine Arden. Już sama okładka przyciąga do siebie czytelnika, nie wspominając o opisie, po którego przeczytaniu nie mogłam się doczekać, aż dorwę tę powieść w swoje ręce i znów przeniosę się do czasów młodości. 


W Rusi, na skraju pustkowia, zima trwa większą część roku, a podczas długich wieczorów Wasilisa i jej rodzeństwo lubią siadać razem przy piecu i słuchać bajek, które opowiada im niania. Wasia uwielbia zwłaszcza bajkę o Mrozie, błękitnookim demonie zimy. Mądrzy Rosjanie boją się go, gdyż zabiera zbłąkane dusze, szanują także duchy chroniące ich domostw przed złem. Pewnego dnia owdowiały ojciec Wasi przywozi z Moskwy nową żonę, Annę. Fanatycznie nabożna macocha Wasi zakazuje rodzinie składać ofiary domowym duchom, chociaż Wasia obawia się, co wyniknie z takiej postawy. I rzeczywiście na wioskę zaczynają spadać kolejne nieszczęścia. Jednak surowość macochy tylko się nasila. Anna z uporem wprowadza w wiosce swoje porządki, a zbuntowaną pasierbicę postanawia albo wydać za mąż, albo wysłać do klasztoru. Gdy wioska staje się coraz bardziej bezbronna, a zło z lasu podkrada się coraz bliżej, Wasilisa musi przywołać swoją, skrywaną dotąd, magiczną moc – by obronić rodzinę przed niebezpieczeństwem rodem z najbardziej przerażających bajek starej niani.


Pierwsza część trylogii Katherine Arden porwała mnie już od pierwszej strony! Dawno nie miałam w rękach tak klimatycznej książki, od której nie mogłam się oderwać. Pochłonęłam ją w niecałe dwa dni. Autorka ma bardzo przyjemny styl pisania, mimo że w powieści pojawiało się sporo opisów, to nie były one nużące, z przyjemnością wyobrażałam sobie każdą opisaną scenę. Leśne klimaty są mi szczególnie bliskie, gdyż sama urodziłam i wychowałam się na wsi. Język jest lekki w odbiorze, pojawiają się czasem słowa zaciągnięte z rosyjskiego, jednak na końcu jest słowniczek, więc nie musimy się martwić, że czegoś nie zrozumiemy. Powieść jest wielowątkowa, poznajemy losy nie tylko głównej bohaterki, czyli Wasilisy Pietrowny, ale także jej macochy Anny, która widzi demony, popa Konstantego, który ma we wsi pewną misję do wykonania, demona zimy Morozki. Postaci w książce jest naprawdę sporo, jednak żadna nie jest pominięta przez autorkę, o każdej możemy się mniej lub więcej dowiedzieć oraz poznać jej charakter. Ja osobiście chętnie bym poznała dalsze losy rodzeństwa Wasi, czyli jej siostry Oli oraz brata Saszy, po cichu liczę na to, że w kolejnych tomach jeszcze o nich przeczytamy. 


Akcja powieści nie pędzi w zawrotnym tempie, aczkolwiek ja byłam do tego stopnia pochłonięta historią rozgrywającą się w małej wsi na Rusi, że tak naprawdę nawet tego nie zauważyłam. Fakt, że poznajemy tak wielu bohaterów, magiczny klimat książki oraz lekki i przyjemny w odbiorze język sprawiają, że lektura "Niedźwiedzia i słowika" to czysta przyjemność. Elementy słowiańskich prastarych wierzeń oraz rosyjskich tradycji idealnie uzupełniają tę książkę i to właśnie one nadają jej tak wyjątkową i niepowtarzalną atmosferę. Jeżeli chodzi o bohaterów, to Wasia mimo swoich wad jest bardzo pozytywną osobą, której nie da się nie lubić. Od początku nie ma w życiu lekko, ojciec nie jest w stanie określić uczuć do córki, gdyż z jednej strony to jego dziecko, ale z drugiej to dziewczynka, która doprowadziła do śmierci jego ukochanej żony. Wasilisa od najmłodszych lat postrzegana jest jako dziwadło, nie zachowuje się jak przystało na prawdziwą kobietę, od chłopców i szycia woli jazdę konno oraz bieganie po lesie. Buntownicza, odważna, pakująca się w kłopoty, zawsze mówiąca co myśli - te cechy charakteru przyniosły jej złą sławę we wsi, lecz ona się tym nie przejmuje, twardo stąpa po ziemi i dąży do wyznaczonego celu. 


"Niedźwiedź i słowik" to bardzo klimatyczna, magiczna powieść, z elementami mrocznej baśni, więc nie jest skierowana dla młodszych czytelników, jednak starsi podczas lektury na pewno nie raz wspomną czasy dzieciństwa. Ja jestem nią zafascynowana, nie mogę doczekać się kolejnych tomów tej trylogii, po które chętnie już dzisiaj bym sięgnęła. A Wam póki co polecam lekturę pierwszej części tej baśniowej trylogii! Szczególnie jeśli lubicie słowiańskie klimaty :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


niedziela, 18 marca 2018

"Dzień ostatnich szans" - Robyn Schneider

Robyn Schneider zdobyła moje serce już swoją pierwszą powieścią "Początek wszystkiego" (recenzja). Gdy dowiedziałam się, że premierę będzie miała jej kolejna książka, czyli "Dzień ostatnich szans", nie mogłam się doczekać, aby ją przeczytać. Czy po lekturze dobre wrażenie o autorce pozostało? Czy również i tym razem udało Jej się dotrzeć do najgłębszych zakamarków mojego serca i zostawić w nim po sobie ślad?


Lane jest ambitnym siedemnastolatkiem, który ma zaplanowaną przyszłość – jest w niej miejsce na prestiżowy uniwersytet, ale nie na chorobę. Mimo zdiagnozowania u niego lekoopornej gruźlicy postanawia żyć, jak gdyby nic się nie zmieniło. Pobyt w ośrodku dla chorych Latham House traktuje jak przymusowe wakacje. Sadie na przekór chorobie beztrosko chwyta każdy dzień. Dla wielu osób ośrodek jest jak więzienie, ona znalazła tutaj swoje miejsce. Tu stała się artystką, która wraz z przyjaciółmi stworzyła małą, bezpieczną przystań. Znajomość z Sadie pomoże Lane’owi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie priorytety są zupełnie inne. Gdy choroba się zaostrza, żadne z nich nie dopuszcza do siebie myśli, że każda chwila może być tą ostatnią.


Czytając opis książki możecie pomyśleć, że "Dzień ostatnich szans" to kolejna smętna, nudna i flegmatyczna opowieść o chorobie. Nic bardziej mylnego! Robyn Schneider pokazuje Nam, że będąc chorym również można żyć - i to tak jak nigdy dotąd tego nie robiliśmy. Ludzie mający problemy zdrowotne często traktują każdy kolejny dzień, jakby ten miał być ich ostatnim. A co za tym idzie: żyją chwilą, spełniają marzenia, mimo niepewnej przyszłości są szczęśliwi. Tak też zachowują się Lane i Sadie. Pobyt w Latham nie jest dla nich, jak dla większości przebywających tam osób, karą, przymusem. Oni bawią się życiem, łamią zasady, przeżywają swoje pierwsze razy. Mimo że niektóre dni są pełne smutku, to nie zapominają o tym, aby się uśmiechać, korzystać może z już ostatniej dla nich szansy na normalne życie. Właśnie takiego zachowania powinniśmy uczyć się od bohaterów najnowszej powieści Robyn Schneider. Przy podejmowaniu decyzji należy dobrze się zastanowić, aby później niczego nie żałować, bo czasem może być za późno na zmianę zdania, możemy stracić swoją szansę na lepsze życie. Moim zdaniem w życiu chodzi o to, żeby tego ostatniego dnia na łożu śmierci powiedzieć sobie: "Jestem zadowolony z tego, jak minął mój czas na tym świecie, nie chciałbym go cofnąć, aby cokolwiek zmienić, bo wszystkie decyzje jakie podjąłem, prowadziły mnie ku szczęściu, spełnianiu marzeń, samozadowoleniu, a każdy błąd, który popełniłem, był dla mnie lekcją na przyszłość". I tego sobie i Wam z całego serca życzę.


Robyn Schneider po raz kolejny kupiła mnie bardzo oryginalnym pomysłem na fabułę książki, cieszę się, że na tym świecie są jeszcze autorzy, którzy pamiętają o tym, co w życiu jest ważne, piszą powieści, w których poruszają ciężkie tematy i które są lekcją dla czytelników. Zarówno z "Początku wszystkiego", jak i "Dnia ostatnich szans" można wynieść sporo życiowej wiedzy. Po lekturze warto zatrzymać się na chwilę, zastanowić nad sobą, swoimi problemami, wadami oraz nad tym, co warto zmienić, aby być bardziej szczęśliwym i spełnionym. Autorka nie zapomina również o poczuciu humoru, dlatego nie martwcie się, że w pewnym momencie zrobi się zbyt poważnie. Bohaterowie są świetnie wykreowani, nie da się ich nie lubić. Historia jest opowiadana naprzemiennie przez Lane'a oraz Sadie, co pozwala czytelnikowi na lepsze poznanie obu głównych postaci. Samą książkę czyta się naprawdę szybko, wciąga od pierwszej strony, mimo że nie ma w niej szybko pędzącej akcji oraz niespodziewanych jej zwrotów. Co więcej zakończenie niczym mnie nie zaskoczyło, jednak wyjątkowo mi to nie przeszkadzało, uroniłam nawet kilka łez. 


Podsumowując, jeżeli lubicie mądre, nieszablonowe, pozostające na dłużej w pamięci powieści, to koniecznie musicie sięgnąć po "Dzień ostatnich szans". Oczywiście polecam również "Początek wszystkiego" tej samej autorki. Mimo że nie przepadam za tematem chorób w książkach czy filmach, to sposób w jaki Robyn Schneider ukazała ten motyw w swoich młodzieżowych powieściach zdecydowanie do mnie trafił. Już nie mogę doczekać się jej kolejnej książki. 

Jeśli jesteście już po lekturze, to koniecznie dajcie znać, jak Wasze wrażenia!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:


poniedziałek, 26 lutego 2018

"Okrutna Pieśń" - Victoria Schwab

"Okrutną Pieśń" skończyłam czytać już jakiś czas temu, ale do tej pory nie przestałam o niej myśleć. A to chyba najlepszy dowód na to, że warto sięgnąć po tę książkę. Victoria Schwab w pierwszej części serii "Świat Verity" zabiera czytelnika w niesamowitą podróż, pełną niebezpiecznych przygód oraz niespotykanych stworzeń. Malchaje, Sunaje, Corsaje - jeśli jeszcze o nich nie słyszeliście, to najwyższa pora to nadrobić! Ale zacznijmy od początku...


Kate Harker i August Flynn są następcami przywódców podzielonego miasta – miasta, gdzie z przemocy zaczęły rodzić się prawdziwe potwory.  Kate robi wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę swojego ojca. Za wszelką cenę pragnie mu się przypodobać, jednak nawet podpalenie kaplicy w szkole jej tego nie ułatwia. August chciałby być człowiekiem, mieć dobre serce i odgrywać większą rolę w obronie niewinnych przed potworami – niestety sam jest jednym z nich. Może ukraść duszę, wygrywając pieśń na swoich skrzypcach. Kiedy dochodzi do spotkania tej dwójki, oboje starają się ukryć przed sobą pewne fakty ze swojego życia. Jednak czy im się to uda? W mrocznym urban fantasy dwoje młodych ludzi musi wybrać, czy chcą zostać dobrymi czy złymi bohaterami – przyjaciółmi czy wrogami. A stawką jest przyszłość ich rodzinnego miasta...


"Okrutna Pieśń" wciąga czytelnika w swój świat tak już od pierwszej strony. W tej książce nie ma miejsca na nudę! Każdą kolejną kartkę przewracałam z zapartym tchem, ciekawa co takiego za chwilę się wydarzy. Akcja pędzi w zawrotnym tempie, autorka nie daje Nam chwili wytchnienia, co sprawia że powieść czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Nim się obejrzymy, a już przewracamy ostatnią stronę, spragnieni poznania dalszych losów Kate i Augusta. Muszę przyznać, że po lekturze czuję pewien niedosyt, chciałabym więcej i nie mogę się już doczekać kolejnego tomu! Mam wrażenie, że autorka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a następne części będą jeszcze lepsze (o ile to możliwe). 

W "Okrutnej Pieśni" najbardziej urzekł mnie oryginalny pomysł na fabułę książki. W czasach, kiedy wydaje Nam się, że widzieliśmy i słyszeliśmy już wszystko, bardzo ciężko o coś kreatywnego i niepowtarzalnego. Victorii Schwab udało się jednak pozytywnie mnie zaskoczyć, zarówno swoimi umiejętnościami pisania, jak i bardzo interesującą i niesztampową treścią, za co należą Jej się wielkie brawa. Co więcej autorka nie powiela utartych schematów. Mimo że bohaterowie to chłopak i dziewczyna, to nie ma między nimi rażącego w oczy romansu. Mamy delikatny wątek romantyczny, ale jest on na tyle subtelny, że nie przesłania całej książki. Co więcej powieść jest nieprzewidywalna, niczego nie możemy być pewni, a autorka nie raz w trakcie czytania Nas zaskakuje. 


Jeżeli chodzi o słabe strony "Okrutnej Pieśni", to mam tylko jedno zastrzeżenie. Mianowicie brakowało mi głębszego wprowadzenia czytelnika w wykreowany przez autorkę świat, bliższego zapoznania się z bohaterami oraz ich charakterami. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach Victoria Schwab pozwoli Nam mocniej zagłębić się w postapokaliptyczny świat, pełen przerażających potworów czyhających za rogiem. A do bohaterów nie mam żadnych zastrzeżeń, zarówno Kate jak i Augusta bardzo polubiłam i niecierpliwie czekam na ich kolejne przygody!


"Okrutna Pieśń" jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Ma wszystkie cechy, które powinna mieć dobra książka, jest oryginalna, nieprzewidywalna i zaskakująca. Mogę Wam ją z czystym sumieniem polecić. Mimo że jest to powieść młodzieżowa, to zapewniam, że spodoba się również fanom fantastyki oraz urban fantasy. Dopiszcie ją koniecznie do swojej listy "must read"!

Jeśli czytaliście już "Okrutną Pieśń", to koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze wrażenie po lekturze! Jeśli nie, to mam nadzieję, że po tej recenzji przekonacie się do sięgnięcia po tę powieść.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


wtorek, 7 listopada 2017

PRZEDPREMIEROWO "Ciemna strona" - Tarryn Fisher"

Do tej pory nie miałam przyjemności zapoznania się z twórczością Tarryn Fisher, dlatego gdy zobaczyłam, że będzie miała premiera jej nowa powieść, postanowiłam sprawdzić, czemu wszyscy zachwycają się książkami tej autorki. Już sam opis "Ciemnej strony" bardzo mnie zaintrygował chociaż miałam wrażenie, że z podobnymi spotkałam się także w innych thrillerach. Nie bójcie się jednak, Tarryn Fisher nie powiela żadnych dobrze znanych Nam schematów i funduje czytelnikowi prawdziwą jazdę bez trzymanki!


W dniu swoich trzydziestych trzecich urodzin popularna pisarka Senna Richards budzi się uwięziona w obcym domu. Została porwana, ale nie wie przez kogo ani dlaczego. Szybko staje się jasne, że jeśli chce odzyskać wolność, powinna dokładnie przyjrzeć się swojej przeszłości i odczytać pozostawione wskazówki. Jednak przeszłość skrywa mroczne tajemnice… Kobieta uświadamia sobie, że to gra. Wyrafinowana i niebezpieczna. I że tylko prawda może przynieść wyzwolenie...


Moja miłość do thrillerów i kryminałów nie słabnie, jednak wymagania z książki na książkę rosną, dlatego coraz ciężej wywołać we mnie emocje i sprawić, że dana powieść na długo zapadnie mi w pamięci. Tarryn Fisher udało się tego dokonać. Mroczny, hipnotyzujący, skłaniający do przemyśleń - tak w skrócie można opisać najnowszy thriller tej autorki. Jednak podobnie jak Fisher nie zamierzam iść na łatwiznę i chcę rozłożyć "Ciemną stronę" na czynniki pierwsze. 


Wydawać by się mogło, że fabuła gra w tej książce pierwsze skrzypce. Nic bardziej mylnego. Jeśli znacie twórczość tej autorki, to pewnie wiecie, że skupia się ona głównie na wątku psychologicznym, gdyż sama ukończyła ten kierunek na studiach i muszę przyznać, że naprawdę zna się na rzeczy. Przede wszystkim wie jak uzyskać zainteresowanie czytelnika, wejść w jego umysł i zakorzenić w nim napisaną przez siebie historię. Gwarantuję, że po lekturze jeszcze przez długi czas będziecie rozmyślać o tym, co chciała przekazać Wam pisarka. Autorka wymaga od czytelnika pełnego skupienia się na książce, wejścia w jej świat, wczucia się w sposób myślenia bohaterów, a przede wszystkim użycia również własnych szarych komórek, gdyż nic tutaj nie jest podane na tacy. Powieść należy czytać między słowami, a kluczową rolę grają w niej pojedyncze, ukryte w zdaniach, wyrazy, dzięki którym będzie Nam łatwiej zinterpretować "Ciemną stronę". Jednym słowem, żeby naprawdę zrozumieć sens i przesłanie tej książki, musicie całkowicie oddać się w ręce autorki i dać się poprowadzić przez najciemniejsze zakamarki życia bohaterów (a może i własnego życia?). Jestem pewna, że czytając ją kolejny raz, za każdym razem będziemy rozumieć pewne kwestie inaczej i wyciągać inne wnioski. 


Akcja, mimo że nie pędzi w zawrotnym tempie, to rozwija się na tyle szybko, żebyśmy nie stracili nią zainteresowania. Tarryn naprawdę mistrzowsko opisała dom, gdzie została uwięziona Senna. Skupiła się na najdrobniejszych szczegółach tak, aby czytelnik nie tylko odczuwał emocje targające główną bohaterką, ale także mógł poczuć jakby sam był więźniem opuszczonego budynku na Alasce. Książkę czyta się bardzo szybko, nim się zorientowałam przewracałam już ostatnią stronę. Dzięki wielu retrospekcjom jesteśmy w stanie poznać bohaterów od podszewki i zrozumieć, co popychało ich do podejmowania niektórych życiowych decyzji. Co więcej jest to doskonałe urozmaicenie powieści, sprawia, że historia Senny nie nudzi Nam się, chcemy poznać ją najlepiej jak to tylko możliwe. Chociaż muszę przyznać, że samej bohaterki nie da się polubić, niejednokrotnie jej wybory wydawały mi się irracjonalne i pozbawione sensu. Jestem jednak w stanie zrozumieć, że każdy niesie ze sobą bagaż doświadczeń, który sprawia, że niektóre rzeczy postrzegamy na swój własny, unikatowy sposób i nikt nie jest w stanie zmusić Nas do innego patrzenia na świat.


Polecam wszystkim, szczególnie tym, którzy lubią zagłębiać się w działanie ludzkiego umysłu, rozwiązywać mroczne tajemnice oraz czytać nieoczywiste, niebanalne i wymagające myślenia książki. Ja na pewno sięgnę po kolejne thrillery Tarryn Fisher, mam nadzieję, że zaskoczą mnie równie pozytywnie jak "Mroczna strona" i nie dadzą o sobie długo zapomnieć.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

PRZEDPREMIEROWO "Ocalałe" - Riley Sager

Kiedy zobaczyłam, że słowa Stephena Kinga są umieszczone na okładce "Ocalałych" i nazywa on tę książkę najlepszym thrillerem 2017 roku, to od razu pomyślałam, że muszę ją przeczytać. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwartego miałam okazję sięgnąć po tę powieść przedpremierowo. Niestety, z tego co widziałam, premiera została przesunięta dopiero na luty 2018 roku, ale już teraz możecie się dowiedzieć, czy warto na nią czekać. 


Quincy, Lisa i Samantha to trzy wyjątkowe kobiety. Stały się sławne ze względu na tragiczne wydarzenia, które je spotkały. To właśnie im jako jedynym udało się przeżyć masowe rzezie, podczas gdy wszyscy inni wokół zginęli. Ludzie biorą je na języki, niektórzy podziwiają za to, że uszły z życiem, inni natomiast życzą im śmierci. Jak ciężko jest być "Ocalałą" wiedzą tylko one same. Quincy, mimo ogromnych starań, nie jest w stanie zapomnieć tragicznej nocy w Pine Cottage. Dziewczyna żyje z dnia na dzień, prowadzi kulinarnego bloga i ma bardzo kochającego chłopaka, jednak nigdy nie wymawia imienia człowieka odpowiedzialnego za masakrę w Pine Cottage, a każdej doby łyka po kilka tabletek xanaxu popijanego sokiem winogronowym, aby wymazać z pamięci straszliwe wspomnienia. Kiedy myśli, że wszystko jest na najlepszej drodze do zapomnienia o najgorszej nocy w jej życiu, do drzwi puka przeszłość. Okazuje się, że jedna z Ocalałych rzekomo popełniła samobójstwo, a druga po prawie dziesięciu latach odnalazła Quincy w celu podzielenia się swoimi traumatycznymi przeżyciami. Kobieta na własną rękę rozpoczyna śledztwo dotyczące śmierci Lisy, nie pomaga jej w tym jednak Samantha, która ma na Quincy bardzo destrukcyjny wpływ. Właśnie w tej chwili ułożony świat dziewczyny wywraca się do góry nogami. A prawda, którą odkryje, może zaskoczyć nawet ją samą.


Po mocno przeciętnej "Lokatorce" sceptycznie podeszłam do lektury "Ocalałych", bałam się, że podobnie jak w przypadku książki JP Delaney, i tym razem się zawiodę. Moje obawy na szczęście się nie sprawdziły, za to słowa Stephena Kinga jak najbardziej. 

Pierwszą rzeczą, na którą pragnę zwrócić uwagę, jest pomysł na fabułę. Autorka przedstawiła Nam coś nowego, świeżego. Pokazała dramat z perspektywy osób, którym udało się ujść z życiem, czego do tej pory nie spotkałam w żadnym thrillerze. Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być jedynym człowiekiem, który przeżył masową tragedię? Jak to jest żyć ze świadomością, że wszyscy wokół zginęli? Analizować każdy najmniejszy szczegół i zastanawiać się, czy mogłeś zrobić coś, aby uratować chociaż jedno małe życie? Jeśli nie, to gwarantuję Wam, że podczas lektury "Ocalałych" przyjdą Wam do głowy te oraz masa innych pytań. Mimo że akcja nie pędzi w tempie rozpędzonego pociągu, to książka wciąga od pierwszej strony. Z każdą przewracaną kartką czytelnikowi nasuwają się nowe pytania, które do samego końca autorka pozostawia bez odpowiedzi. 


Pierwsze kilkadziesiąt stron może wydać Wam się męczące, gdyż Riley Sager wprowadza Nas w umysł głównej bohaterki, abyśmy przez kilkaset stron mogli poczuć się tak jak ona, wcielić się w jej skórę i zrozumieć tragedię,  która ją dotknęła. Dzięki temu Quincy staje się realną postacią, poznajemy ją do tego stopnia, że każdy cios zadany w jej serce dotyka także Nas. Wielką zaletą jest również narracja. Przez większość rozdziałów jest ona pierwszoplanowa, jednak zdarzają się momenty, kiedy autorka przenosi Nas do przeszłości, do Pine Cottage, gdzie miała miejsce tragedia. Wtedy jesteśmy obserwatorami makabrycznej sceny, która rozegrała się w małej chatce w lesie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, co sprawia, że czujemy się tak, jakbyśmy zostali rzuceni w wir rozgrywających się tam wydarzeń i sami musieli ukrywać się przed szalonym mordercą. Autorka używa wielu epitetów, dzięki którym powieść nabiera wartości. Zdarzały się momenty, kiedy zapominałam, że tak naprawdę tylko czytam książkę, a myślałam, że oglądam film i chciałam jak najszybciej stamtąd uciec bądź zamknąć oczy, aby nie musieć oglądać tych straszliwych scen. Świadczy to o naprawdę ogromnym talencie pisarki, która idealnie potrafi oddać nastrój i klimat danej sytuacji i wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat tak, aby myślał, że znajduje się w nim naprawdę. Podczas czytania towarzyszył mi cały kalejdoskop emocji: od współczucia, poprzez strach, aż po nienawiść. Ciągłe zwroty akcji sprawiały, że pochłaniałam książkę strona po stronie, aż do ostatniego rozdziału, gdzie nastąpił moment kulminacyjny i wreszcie, długo przeze mnie wyczekiwany, element zaskoczenia. Muszę przyznać, że nawet przez chwilę nie podejrzewałam zakończenia, które zaserwowała Nam autorka. W trakcie powieści podsuwała czytelnikowi ślepe tropy, które prowadziły donikąd, po to aby zaszokować go na samym końcu.

Mimo że "Ocalałe" są thrillerem, to można wyciągnąć z lektury kilka wniosków. Osobiście uświadomiłam sobie, że często przybieramy maski zależne od tego, jak chcemy, żeby dana osoba Nas postrzegała. Co więcej media często kreują nieprawdziwy wizerunek ludzi, żerując na czyimś nieszczęściu, nie przejmując się tym, ile wysiłku kosztuje ich rozmowa na temat osobistych, straszliwych przeżyć. Przeszłość goni Nas przez całe życie, niełatwo o niej zapomnieć, a chowanie się i udawanie, że wszystko jest w najlepszym porządku nie prowadzi do niczego dobrego. Prędzej czy później nie wytrzymamy presji, co może Nas doprowadzić do jeszcze gorszych wydarzeń niż te, które staramy się wymazać z pamięci. 

Jak mogliście zauważyć czytając moje poprzednie recenzje na temat thrillerów psychologicznych, ostatnio bardzo wiele od nich wymagam. Szukam czegoś nieszablonowego, niebanalnego, wyjątkowego, czegoś, co spędzi mi z sen z powiek, pochłonie tak bardzo, że nie będę mogła myśleć o niczym innym. To wszystko znalazłam w "Ocalałych", dlatego z całego serca polecam Wam zapoznanie się z tą pozycją. Wyczekujcie premiery, bo naprawdę jest na co czekać! Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.


niedziela, 11 czerwca 2017

PRZEDPREMIEROWO "Początek wszystkiego" - Robyn Schneider

"Początek wszystkiego" Robyn Schneider to nowa propozycja od Wydawnictwa Otwartego, która swoją premierę będzie miała już 14 czerwca. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa miałam okazję przeczytać ją przedpremierowo i chciałabym się z Wami podzielić swoimi odczuciami odnośnie tej powieści.


Mogłoby się wydawać, że Ezra Faulkner ma wszystko: jest przewodniczącym szkoły, odnosi sukcesy w tenisie, zdobył serce pięknej Charlotte, cieszy się dużą popularnością wśród rówieśników i powodzeniem u dziewcząt. Jednak nic nie trwa wiecznie. W pewnym momencie wali się cały jego świat. Dowiaduje się, że ukochana go zdradza, doznaje poważnej kontuzji kolana w wypadku samochodowym, a jego, jak mogłoby się wydawać, prawdziwi przyjaciele nawet nie odwiedzają go w szpitalu. Pierwszy dzień ostatniej klasy liceum jest końcem jego dotychczasowego życia i zarówno początkiem nowego. Ale czy lepszego? Cassidy Thorpe pojawia się w Eastwood High zupełnie niespodziewanie i od pierwszej chwili wywraca życie Ezry Faulknera do góry nogami. Oryginalna, mająca własny styl, nieprzejmująca się opinią innych dziewczyna wciąga Ezrę do swojego świata, który jest dla niego nowym odkryciem. Cassidy skrywa jednak pewien sekret, który może zaważyć na przyszłości naszych bohaterów. Czy zdobędzie się na odwagę i wyjawi tajemnicę nim będzie za późno?


"Początek wszystkiego" przykuł moją uwagę nieziemską okładką. Po przeczytaniu opisu powieści wiedziałam, że jest to książka, którą chcę przeczytać. Mimo że ostatnio stronię od młodzieżówek, to tym razem postanowiłam zrobić wyjątek. Była to bardzo dobra decyzja, gdyż powieść zawładnęła moim sercem już od pierwszych stron. Lektura "Początku wszystkiego" jest lekka i przyjemna, napisana łatwym w odbiorze językiem. Pojawiają się w niej momenty wzruszeń, nad którymi warto dłużej się zastanowić, ale także humorystyczne sceny, które będziemy wspominać z uśmiechem na twarzy. Mam wrażenie, że ostatnio wszystkie książki dla młodzieży skupiają się na trzech głównych tematach: seks, alkohol i wulgaryzmy. Szczerze mówiąc to właśnie tego spodziewałam się po kolejnej powieści z gatunku Young Adult. Zostałam jednak pozytywnie zaskoczona, gdyż pisarka skupiła się na tym, co naprawdę ważne, zamiast rozwodzić się nad kolejną super imprezą, z której nikt nic nie pamięta. Jeżeli chodzi o bohaterów, to bardzo polubiłam Cassidy. Mam cichą nadzieję, że powstanie książka opisująca historię z jej punktu widzenia, bądź jej dalsze losy. Dziewczyny nie da się nie lubić. Mimo że ma specyficzne podejście do życia i momentami zachowuje się po prostu dziwnie, to wzbudza sympatię u czytelnika. Do Ezry mam jednak pewne zastrzeżenia. Rozumiem, że przeszedł naprawdę cięzkie chwile i musi płacić za błędy innych, ale w swoim zachowaniu mógłby być bardziej uparty i stanowczy. Miałam wrażenie, że czasami próbował na siłę podporządkowywać się innym, nie potrafił wypowiedzieć na głos swojego zdania i bez sprzeciwu godził się na nieodpowiednie traktowanie. Aczkolwiek wiadomo, że nikt nie jest idealny. 


Historia Ezry i Cassidy pochłonęła mnie bez reszty. Na pewno długo o niej nie zapomnę. Jednak to, co najbardziej urzekło mnie w powieści, to oryginalny pomysł na fabułę. Nie jest to kolejny przewidywalny romans, autorka w bardzo nieoczywisty i nieoczekiwany sposób przedstawia nam losy dwójki młodych ludzi, z której powinniśmy wyciągnąć kilka wniosków. Robyn Schneider pragnie nam uzmysłowić, że czasem jedna chwila może zmienić całe nasze dotychczasowe życie, że nasze najgorsze wspomnienie, które uważamy za koniec tego, co dobre może stać się początkiem tego, co lepsze. Książka niesie ze sobą przesłanie, zgodnie z którym nie powinniśmy bać się zmian, przejmować opinią ludzi i robić tego, czego oczekują od nas inni, ale to, co podpowiada nam serce. Najważniejsze jest, aby odnaleźć siebie oraz swój cel w życiu, nawet jeśli będzie to od nas wymagało pewnych poświęceń i podejmowania trudnych decyzji. Jednak gdy uda nam się to osiągnąć, to nikt i nic nie stanie nam na drodze do szczęścia. 


Uważam, że "Początek wszystkiego" powinien przeczytać zarówno każdy nastolatek jak i dorosły. Książka porusza naprawdę ważne tematy, daje do myślenia, po jej przeczytaniu inaczej spojrzymy na pewne sprawy. Mogę wam obiecać, że ta historia zajmie w Waszych sercach kluczowe miejsce i po lekturze jeszcze długo będziecie o niej pamiętać. 

czwartek, 28 lipca 2016

"Kasacja" - Remigiusz Mróz

"Kasacja" znajdowała się na mojej półce już od dłuższego czasu, ale ciągle odkładałam ją "na potem". Któregoś dnia postanowiłam przeczytać książkę polskiego autora i padło właśnie na ten świetny thriller prawniczy. Teraz żałuję, że nie zabrałam się za niego wcześniej, ale jak to mówią: lepiej późno, niż wcale. Tym sposobem Remigiusz Mróz podbił moje serce, zakochałam się w Jego twórczości i idąc za ciosem szybko zamówiłam cztery kolejne książki tego autora (tym razem na pewno nie będą tak długo czekały w biblioteczce na swoją kolej). Ale nie przedłużając, chcę Wam pokrótce napisać, co mnie tak urzekło w kryminale Pana Mroza.


Joanna Chyłka - około czterdziestoletnia prawniczka, senior associate w kancelarii prawniczej Żelazny & McVay, ambitna kobieta o mocnym temperamencie i ciętym języku, dostaje pod swoją opiekę aplikanta Kordiana Oryńskiego - świeżo upieczonego magistra prawa, podchodzącego do życia "na luzie". Razem będą bronić Piotra Langera - syna biznesmena o tym samym imieniu, oskarżonego o zabójstwo dwóch osób. Sprawa wydaje się być przegrana już na samym początku, gdyż ów mężczyzna spędził dziesięć dni zamknięty w mieszkaniu ze swoimi ofiarami. Sam Langer nie przyznaje się do winy, ale również nie zaprzecza, że dokonał przypisywanej mu zbrodni. Nie stara się nawiązać kontaktu ze swoimi obrońcami, którym bardzo zależy na wygraniu sprawy i którzy nie wierzą w winę oskarżonego. Chyłka i Zordon (bo tak jest nazywany aplikant przez Joannę) nie mają argumentów, które mogłyby uniewinnić ich klienta, więc przegrywają proces. Teraz pozostaje im ostatnia deska ratunku - kasacja. Jednak przed ostatecznym terminem jej wniesienia Kordian Oryński zostaje porwany. Czy prawnikom z kancelarii Żelazny & McVay uda się wygrać tę trudną sprawę? Czy oskarżony Piotr Langer zacznie współpracować ze swoimi adwokatami? I co się stanie z Zordonem? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie podczas lektury "Kasacji".


Pierwszą bardzo pozytywną rzeczą, na którą chciałabym zwrócić uwagę, są mistrzowsko wykreowani bohaterowie. Remigiusz Mróz stworzył postacie, których nie da się nie kochać. Każdy dialog Chyłki i Zordona wywoływał u mnie uśmiech na twarzy. Sama Joanna mimo ciętego języka jest bardzo pozytywną osobą. Byłaby świetną przyjaciółką, która szybko sprowadziłaby Cię na ziemię, gdybyś chciał zrobić coś głupiego. A Kordian... To po prostu Kordian - sami musicie go poznać! Mimo że na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że książka jest nudna (bo przecież co mogłoby być ciekawego w prawniczym świecie), to zapewniam Was, że jest to mylne wrażenie! Wiele razy w kryminałach mieliśmy do czynienia z zagadkowym morderstwem, gdzie śledztwo było prowadzone przez policjantów, dziennikarzy, detektywów, a dopiero Remigiusz Mróz wpadł na pomysł, aby przedstawić sprawę zabójstwa z perspektywy prawników (bynajmniej ja nie czytałam nigdy książki, gdzie główni bohaterowie to adwokaci). I muszę przyznać, że świetnie mu to wyszło! 


Może i w książce nie ma szaleńczo pędzącej akcji, która zapiera dech w piersiach, to lekturę zaliczam do bardzo udanych i przyjemnych. Brakowało mi tylko bliższego zapoznania się z postacią oskarżonego Piotra Langera, rzadko spotykaliśmy go w książce, a po jego dziwnym zachowaniu, nie potrafiłam zdecydować, czy jest on winny zarzucanego mu zabójstwa, czy nie. No ale przecież o to w tym wszystkim chodzi, prawda? Nie możemy mieć podanego na tacy rozwiązania sprawy, dochodzimy do niego stopniowo. A to, co Pan Mróz zafundował nam w zakończeniu thrilleru, przeszło moje najśmielsze domysły. Byłam bardzo zaskoczona, ale z drugiej strony chciało mi się z tego wszystkiego śmiać (osoby, które czytały "Kasację, pewnie wiedzą, o co mi chodzi).

Odniosę się jeszcze do naukowego słownictwa użytego w książce. Zdania, w których występowały wtrącenia po łacinie, były dla mnie kompletnie niezrozumiałe, jednak polskie słowa związane z prawniczym światem były bardzo jasno i klarownie wytłumaczone, tak, aby nawet największy laik potrafił zrozumieć, co autor miał na myśli. 


Jeśli do tej pory zastanawialiście się, czy warto sięgnąć po "Kasację", to mam nadzieję, że ta recenzja Was do tego zachęciła. Mnie książka bardzo się podobała, cieszę się, że zaczęłam w końcu swoją przygodę z twórczością Remigiusza Mroza, i już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po inne powieści tego autora. I pamiętajcie: polscy pisarze nie są w niczym gorsi od zagranicznych! Ja się powoli przekonuję, że potrafią być nawet lepsi. 





sobota, 23 lipca 2016

"Hopeless" i "Losing Hope" - Colleen Hoover

Na blogu znajdują się już recenzje "Ugly Love" (tutaj) oraz "Maybe Someday" (tutaj), więc nie byłabym sobą, gdybym nie napisała również o książkach, od których rozpoczęłam przygodę z Colleen Hoover, a mianowicie "Hopeless" oraz "Losing Hope". O Pani Hoover słyszałam od wielu osób i to same pozytywne rzeczy, dlatego sama w końcu postanowiłam sprawdzić, czy jest się czym zachwycać. Zaczęłam przygodę z tą autorką od powieści widocznych na zdjęciu. I to był strzał w dziesiątkę! Po opisie książki spodziewałam się taniego nastoletniego romansu, a to co zaserwowała mi Pani Hoover na szczęście nie pokryło się z moimi przewidywaniami.





Na początku poznajemy Sky - adoptowaną dziewczynę, która przez bliższe kontakty z wieloma chłopakami, ma bardzo złą reputację w gronie swoich rówieśników. Pewnego dnia w sklepie wpada na Deana Holdera - nastolatka, który za pobicie kolegi spędził rok w poprawczaku. Na jego widok Sky mocniej zaczyna bić serce, czuje motylki w brzuchu, których nie miała wcześniej podczas bliższych kontaktów z innymi chłopcami. Holder również nie potrafi przejść obok nowo poznanej dziewczyny obojętnie, bo jak twierdzi, kogoś mu ona przypomina. Łączy ich nagłe i namiętne uczucie, jednak Dean skrywa przed Sky pewien sekret, który może całkowicie zmienić jej dotychczasowe życie. Czy zdobędzie się na odwagę i wyjawi jej tajemnicę? Jaka będzie reakcja dziewczyny? Tego dowiecie się po przeczytaniu "Hopeless" lub "Losing Hope".


A dlaczego "lub"? Dlatego, że te dwie książki zawierają tę samą historię opowiedzianą z perspektywy dwóch różnych osób (jak się domyślacie - Sky i Holdera). I zdecydowanie nie polecam czytania ich od razu po sobie (ja tak zrobiłam i żałuję). Jeśli będziecie mieli ochotę odświeżyć sobie tą piękną historię, to wtedy sięgnijcie po kolejną część.




Co do moich odczuć po przeczytaniu tych książek, to powiem tyle: dawno nie miałam w rękach takiej lektury, która do głębi poruszyła moje serce i po której nie mogłam się pozbierać przez kilka następnych dni. Jedyne o czym mogłam myśleć to losy Sky i Holdera, naprawdę na długo zapadające w pamięć! W powieści autorka porusza tematy tabu, o których nikt nie rozmawia na co dzień, a moim zdaniem powinien... Może dzięki temu chociaż w maleńkim stopniu udałoby nam się uniknąć sytuacji, które odciskają w nas piętno na całe życie. Zło czai się na każdym kroku i tylko od nas zależy, czy będziemy potrafili się mu przeciwstawić. "Hopeless" nie jest zwykłym romansem, opowiada o walce z przeszłością, słabościami, lękami, stracie bliskich osób. Książki Collen Hoover czyta się bardzo szybko, dlatego jak raz wejdziemy do wykreowanego przez Nią świata, to już łatwo nie wypuści on nas ze swoich rąk. Owa autorka również potrafi stworzyć postacie, z którymi łatwo nam się utożsamić, nie są denerwujące i śledzimy ich losy z zapartym tchem.



Moim zdaniem każdy powinien zapoznać się z historią Sky i Holdera. Po przeczytaniu tej książki inaczej spojrzycie na otaczający Was świat i na pewno uronicie niejedną łzę. Zdecydowanie polecam! Od "Hopeless" zaczęła się moja przygoda z twórczością Pani Hoover. Wam również życzę, aby te książki z gatunku New Adult podbiły Wasze serca i uświadomiły, z jakimi problemami na co dzień spotykają się (a nuż kto wie) osoby z Waszego otoczenia. Otwórzmy się na cierpienie innych i patrzmy z miłością na każdego człowieka, a może uda Nam się zmniejszyć zło panujące na tym świecie.