Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2018

"Kirke" - Madeline Miller

Mitologia grecka fascynuje mnie odkąd pamiętam. Czasy starożytności to moja ulubiona epoka w literaturze i sztuce. Zatem, jak się zapewne domyślacie, bardzo się ucieszyłam na wieść o polskiej premierze "Kirke" Madeline Miller, której akcja rozgrywa się właśnie w starożytności. Gdy już wyszłam z podziwu nad przepiękną oprawą książki, na okładce w oczy rzucił mi się tekst "Daj się oczarować". Sprawdźcie zatem, czy "Kirke" udało się zdobyć moje serce.


W domu Heliosa, boga słońca i najpotężniejszego z tytanów, rodzi się córka. Kirke jest dziwnym dzieckiem – nie tak potężnym jak ojciec ani tak bezwzględnym jak matka... Dziewczyna próbuje odnaleźć się w świecie śmiertelników, lecz odkrywa w sobie czarnoksięską moc, dzięki której może zagrozić samym bogom… Z tego powodu zostaje wygnana. Nie zamierza jednak przestać kształcić się w czarach. Jej ścieżki skrzyżują się z Minotaurem, Dedalem, jego synem Ikarem, morderczą Medeą i, oczywiście, z przebiegłym Odyseuszem. Samotna kobieta zawsze narażona jest na niebezpieczeństwo, a Kirke nieświadomie budzi gniew zarówno w ludziach, jak i w mieszkańcach Olimpu. Aby ochronić to, co kocha, będzie musiała zebrać wszystkie siły i zdecydować, czy należy do bogów, z których się urodziła, czy do śmiertelników, których pokochała.


Jestem już blisko tydzień po lekturze "Kirke", a do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, jak świetną i interesującą historię stworzyła Madeline Miller. Jestem totalnie oczarowana bohaterami (głównie postaciami, które pamiętam z mitologii greckiej), fabułą, a także przesłaniem, które niesie ze sobą ta powieść. W książce mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, która pozwala czytelnikowi na zżycie się z główną bohaterką, zrozumienie jej problemów, dylematów i toku myślenia. Autorka skupia uwagę na opisach przyrody, a także na przemyśleniach Kirke, dialogów nie znajdziemy tu za wiele. Jednak mi w niczym to nie przeszkadzało, losy tytanki tak mnie pochłonęły, że nim się obejrzałam, już przewracałam ostatnią stronę. Madeline Miller zadbała o najdrobniejsze szczegóły, z łatwością możemy sobie wyobrazić miejsca, które po drodze odwiedzamy wraz z bohaterką. Mimo że nie jest ich zbyt wiele i akcja powieści rozgrywa się głównie na osamotnionej wyspie Ajai, a ja miałam pewne obawy przed tym, że książka może być z tego powodu nudna, to nic bardziej mylnego! Postaci odwiedzające Kirke, które znamy z mitologii, są świetnie wykreowane i są wielką zaletą tej powieści. Język i styl autorki są osobliwe i wyjątkowe, zdaję sobie sprawę, że nie każdemu mogą przypaść do gustu, jednak mnie totalnie oczarowały. Akcja nie pędzi w zawrotnym tempie, co dla fanów dynamicznych powieści może być problemem, jednak "Kirke" to uczta dla miłośników pięknego języka nieszablonowych i oryginalnych historii oraz wyrazistych bohaterów.


Lektura "Kirke" była dla mnie niesamowitą przygodą, idealną okazją na przypomnienie sobie ukochanej przeze mnie mitologii greckiej. Bóg Słońca Helios, waleczny Odyseusz, posłaniec bogów Hermes oraz dzielny Dedal to tylko niektóre z postaci, które czekają na Nas na kartach powieści Madeline Miller. Co więcej czeka Nas też lekcja miłości, poświęcenia, walki z szyderstwami, a także odnalezienia własnej tożsamości i przynależności. "Kirke" to współczesna powieść zanurzona całkowicie w mitologii, dotyka jednak problemów, z którymi zmagamy się na co dzień. Ja nadal nie mogę wyjść z podziwu nad wyjątkowością historii, którą stworzyła autorka i jestem pewna, że jeszcze niejeden raz do niej wrócę.


Piękna okładka "Kirke" to tylko wstęp do barwnej i wyjątkowej historii, która zachwyca od pierwszej do ostatniej strony. Polecam każdemu!

Jeśli jesteście już po lekturze, to dajcie znać, czy "Kirke" również Was oczarowała! :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

wtorek, 17 kwietnia 2018

"Surogatka" - Louise Jensen

Jeśli śledzicie mój profil, to pewnie wiecie, że uwielbiam kryminały, jednak bardzo ciężko mnie zadowolić i zaskoczyć, mam wobec tego gatunku wygórowane oczekiwania. Dlatego sięgając po każdą kolejną pozycję będącą thrillerem nie nastawiam się na nic szczególnego. Podobnie było z najnowszą książką Louise Jensen, czyli "Surogatką". Mimo wielu pochlebnych opinii, jakie czytałam na temat tej książki, wolałam nie nastawiać się na świetną lekturę, żeby potem przypadkiem się nie zawieść. Czy w takim razie udało mi się pozytywnie zaskoczyć? Zapraszam na recenzję.


Znasz to uczucie? Kiedy zależy ci na czymś tak bardzo, że prawie byłabyś gotowa za to zabić?Uważaj, o co prosisz…
Kat i jej mąż Nick próbowali wszystkiego, żeby zostać rodzicami, i po kolejnej porażce są bliscy rezygnacji. Jednak przypadkowe spotkanie z Lisą, przyjaciółką Kat z dzieciństwa, daje parze ostatnią szansę na spełnienie marzeń. Ale przeszłość Kat i Lisy jest pełna mrocznych sekretów. Co gorsza, Kat podejrzewa, że Lisa nie mówi jej wszystkiego. Dla Kat to miała być prosta historia ze szczęśliwym zakończeniem – jednak z biegiem czasu na jej perfekcyjnym życiu zaczynają pojawiać się rysy i pęknięcia. W końcu staje się jasne, że kobieta nie może dłużej uciekać przed własną przeszłością, jeśli chce ocalić rodzinę…


Lepszego pierwszego spotkania z twórczością Louise Jensen nie mogłam sobie wymarzyć. Dawno żaden thriller nie wywołał we mnie tylu emocji, nie sprawił, że zarwałam dla niego noc i na końcu nie wbił mnie w fotel tak, jak zrobiła to "Surogatka". Wow, jestem pod ogromnym wrażeniem! Autorce należą się wielkie brawa nie tylko za pomysł na fabułę książki, który jest oryginalny i niebanalny, ale także za mistrzowsko uknutą intrygę i zaskakujące zakończenie, które w książkach tego gatunku jest dla mnie bardzo ważne i to właśnie na nie zwracam największą uwagę. Zapewniam Was, że nie będziecie się nudzić podczas lektury. Akcja pędzi do przodu w zawrotnym tempie, z każdą kolejną stroną napięcie jest coraz większe, aż wreszcie sięga zenitu na ostatnich kartach powieści. Podczas lektury siedziałam jak na szpilkach, w głowie knując kolejne rozwiązania zagadki, jednak żadne z nich nie okazało się trafne, za co też należy się pochwała autorce. Jensen z powodzeniem wodzi czytelnika za nos, zmuszając go do myślenia i jednocześnie wyprowadzając go w pole. W tej książce nic nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać. "Surogatki" się nie czyta, ją się pochłania! Jeśli ją otworzysz, to jestem pewna, że dopóki nie znajdziesz się na ostatniej stronie, to jej nie zamkniesz. Język, którym posługuje się Jensen jest łatwy i przyjemny w odbiorze, co dodatkowo ułatwia szybkie czytanie. I jak na thriller nie ma w nim wielu wulgaryzmów, co według mnie też warto zaliczyć do zalet.


Jeżeli chodzi o bohaterów, to są oni namacalnie prawdziwi. Autorka pozwala czytelnikowi wniknąć w umysł Kat oraz Nicka, przeżywać z nimi cały kalejdoskop emocji. Dzięki licznym retrospekcjom, powrotom do przeszłości Naszych bohaterów, jest Nam łatwiej zrozumieć ich postępowanie, pragnienia, wybory. Chociaż czy aby na pewno? Chęć posiadania dziecka przez Kat jest tak ogromna, że w pewnym momencie jej zachowanie rodzi w głowie czytelnika pytanie: czy to nadal tylko próba spełnienia największego marzenia, czy może już chora obsesja? Jensen stworzyła genialny thriller psychologiczny ze świetną fabułą, szybką akcją, mistrzowsko wykreowanymi bohaterami oraz zaskakującym zakończeniem. Nie ma w tej książce nic, do czego mogłabym się przyczepić, a to zdarza się bardzo rzadko, żeby nie pokusić się o stwierdzenie, że nigdy.


"Surogatkę" polecam zarówno osobom obeznanym z thrillerami, jak i tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tym gatunkiem. Gwarantuję, że nie będziecie mogli oderwać się od lektury, a zakończenie wbije Was w fotel. Louise Jensen stworzyła historię z najwyższej półki, ja już zamówiłam Jej pozostałe książki i jestem pewna, że niedługo nadrobię zaległości. Tymczasem "Surogatkę" uznaję za najlepszy przeczytany dotychczas thriller, a Wam polecam jak najszybciej się z nim zapoznać. Naprawdę warto!

Jeśli jesteście już po lekturze, to dajcie znać jakie są Wasze wrażenia, czy również nie możecie wyjść z podziwu?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

poniedziałek, 30 października 2017

"It Ends with Us" - Colleen Hoover

Jeśli od dłuższego czasu śledzicie mój profil na Instagramie albo bloga, to zapewne wiecie, że Colleen Hoover jest jedną z moich ulubionych autorek. Z niecierpliwością wyczekuję każdej Jej kolejnej powieści. Nikt tak jak Ona nie potrafi łamać serca czytelników na milion maleńkich kawałków. Każda historia przez Nią stworzona odciska na mnie piętno, jest lekcją życia, którą postaram się zapamiętać do jego końca. Czy również w swojej najnowszej powieści "It Ends with Us" Colleen Hoover dostarcza czytelnikowi całego kalejdoskopu emocji? Czy i tym razem dociera do najgłębszych zakamarków ludzkiego serca?


Lily Bloom ma nietypowe marzenie. Chce otworzyć kwiaciarnię dla osób, które... nie lubią kwiatów. Dzięki swojemu uporowi oraz dążeniu do wyznaczonego celu udaje jej się zrealizować ten plan. Gdy na tarasie wieżowca spotyka przystojnego lekarza Ryle'a Kincaida, jej życie wywraca się do góry nogami. Mimo że dziewczyna nie chce tego przed sobą przyznać, powoli zaczyna się w niej budzić uczucie do tajemniczego mężczyzny. Kiedy wszystko zaczyna układać się po myśli Lily, nagle życie płata jej niemałego figla... Tylko dawny przyjaciel z czasów młodości jest w stanie dostrzec to, co kryje się za idealnym związkiem Lily i Ryle'a. Kiedyś dziewczyna pomogła Atlasowi Corriganowi, czy tym razem on wyciągnie do niej pomocną dłoń?


Po przeciętnej lekturze "Confess" nie nastawiałam się, że "IEWU" będzie powieścią z fajerwerkami, jednak bardzo miło się zaskoczyłam. Do tej pory moją ulubioną książką CoHo była "Ugly Love". Od niedawna jej pozycję zajmuje "It Ends with Us". Najnowszą książkę autorki pochłonęłam w jeden dzień, nie mogłam się od niej oderwać nawet na sekundę, musiałam poznać zakończenie historii Lily i Ryle'a. Wielokrotnie podczas czytania łzy płynęły mi po policzkach, Colleen wywołała we mnie mnóstwo momentami skrajnych emocji i roztrzaskała moje serce na milion kawałków. Nie jest to zdecydowanie łatwa książka, obok której przejdziemy obojętnie, porusza ona bardzo ważny problem, który współcześnie (jestem pewna) dotyka bardzo wiele rodzin i par.


Są takie tematy, na które nie rozmawia się w towarzystwie, o których wstyd Nam czasami komukolwiek wspomnieć, nie chcemy się z nikim nimi dzielić bojąc się oceny drugiej osoby. Tych właśnie tematów, tematów tabu, nie boi się poruszać w swoich książkach Colleen Hoover. A co więcej, otwarcie mówi, że te problemy dotknęły również jej rodzinę oraz najbliższe otoczenie. To sprawia, że autorka wydaje Nam się bardziej ludzka, możemy się z nią utożsamić, znaleźć wspólny język, lepiej zrozumieć, co chce Nam przekazać. A przekazać chce Nam bardzo wiele, chce otworzyć Nasze oczy, sprawić, abyśmy wyciągnęli wnioski z Jej historii i zwracali większą uwagę na to, co dzieje się wokół Nas. Może nawet nie jesteśmy świadomi tego, że tuż za rogiem jest osoba, która potrzebuje Naszej pomocy, potrzebuje autorytetu, kogoś, kto da jej motywację do działania i przeciwstawienia się złemu traktowaniu. Nie zapominajmy, że każdy zasługuje na szacunek, każdy ma swoją godność, której nie możemy nikomu odebrać. Nie chcę Wam spoilerować i pisać, jaki problem porusza pisarka, chociaż zapewne z wielu recenzji możecie się tego dowiedzieć. Napiszę tylko, że jest to lektura obowiązkowa dla każdego bez względu na płeć, wiek, czy dojrzałość emocjonalną. Lektura "It Ends with Us" uświadomiła mi bardzo wiele rzeczy. Między innymi to, że nie możemy oceniać innych zanim nie poznamy ich całej historii. Musimy pamiętać, że nie każdy potrafi być silny, żeby przeciwstawić się nieposzanowaniu własnej godności, ale to my możemy znaleźć w nim tę siłę. Najnowsza powieść Hoover nauczyła mnie także tego, że należy rozmawiać z ludźmi na wszystkie możliwe tematy, wyjaśniać sobie wszelkie nieporozumienia i wspólnie dochodzić do kompromisu.


Jestem pewna, że polubicie (może nie wszystkich, ale niektórych na pewno) bohaterów, których tym razem wykreowała autorka. Mnie do gustu najbardziej przypadła postać Allysy. Jest ona bardzo pozytywną dziewczyną, która wnosi wiele radości do książki. A ta radość bardzo się przydaje, gdyż w przeciwnym wypadku powieść byłaby zbyt smutna i przygnębiająca. Często spotykam się ze stwierdzeniami, że każda powieść Hoover jest taka sama. Tacy sami bohaterowie, zbliżone historie, a nawet dialogi! Zapewniam Was, że tym razem autorka wyszła poza utarte przez samą siebie schematy, stworzyła coś świeżego i nowego, a nawet udało się Jej kilka razy zaskoczyć czytelnika.


"It Ends with Us" nie bez powodu została okrzyknięta najlepszą książką Colleen Hoover, przekonałam się o tym na własnej skórze. Jeśli kochacie twórczość tej autorki, to jestem pewna, że pokochacie również jej najnowszą powieść. A jeśli nie mieliście jeszcze do czynienia z Jej romansami, to najwyższy czas to zmienić! "It Ends with Us" to mocna lektura, która dostarczy Wam mnóstwa emocji i wrażeń, i która zapadnie w Waszej pamięci na zawsze! Pamiętajcie tylko, żeby zanim zasiądziecie do czytania, przygotować sobie co najmniej jedną paczkę chusteczek oraz zarezerwować cały wieczór, gdyż jestem pewna, że nie będziecie mogli oderwać się od lektury!

Dajcie znać w komentarzu, jeśli czytaliście już "It Ends with Us" i co o niej myślicie :)

wtorek, 19 września 2017

"Zdrajca Tronu" - Alwyn Hamilton

Hej! Jeśli czytaliście moją opinię o "Buntowniczce z pustyni", to pewnie wiecie, że zakochałam się w tej książce od pierwszej strony. Nie mogłam się doczekać, kiedy sięgnę po kontynuację. W końcu się udało, ale czy "Zdrajca Tronu" przebił pierwszą część? A może był od niej gorszy? Tego dowiecie się po przeczytaniu recenzji.


Amani Al-Hiza wyrwała się z zabitej deskami wioski Dustwalk, aby przemierzać bezkresne piaski pustyni wraz z tajemniczym chłopakiem Jinem. W drodze ku wolności czekało na nią wiele przygód, nie obeszło się również bez przeciwności losu. W drugiej części sytuacja zmienia się diametralnie. Amani wbrew własnej woli trafia do pałacu Sułtana, gdzie zostaje uwięziona. Od tej chwili ma w głowie tylko jeden cel: uwolnić się spod władzy tyrana, a także obalić jego rządy. Nie będzie to jednak łatwe. Czy znajdzie sojuszników, którzy pomogą jej wydostać się z pałacu? Czy przyjaciele nie zostawią jej na pastwę losu i obmyślą plan ucieczki Amani? A także co się dzieje z Jinem? Jeśli chcecie znać odpowiedzi na te pytania, koniecznie przeczytajcie "Zdrajcę Tronu"!


Jedynym minusem "Buntowniczki z pustyni" było to, że tak szybko się skończyła. Dlatego gdy zobaczyłam, że kolejna część ma ponad 550 stron, byłam w siódmym niebie. Chciałam jeszcze mocniej zagłębić się w świat pustyni, lepiej poznać bohaterów, przeżywać z nimi kolejne przygody. Muszę przyznać, że gdy zasiadałam do lektury "Zdrajcy Tronu" byłam w dołku czytelniczym, jednak miałam nadzieję, że Alwyn Hamilton pomoże mi się z niego wydostać, abym na nowo mogła czerpać przyjemność z czytania. Nie zawiodłam się! Mimo że książka pochłonęła mnie na dobre dopiero od setnej strony, to do ostatniego słowa pozostałam w świecie stworzonym przez autorkę, która po raz kolejny odwaliła kawał świetnej roboty! Rzadko zdarza mi się kierować pochwały w stronę autorów, aczkolwiek Alwyn Hamilton zasługuje na wielkie brawa! To, co potrafi ona robić z czytelnikiem, który podczas czytania jej powieści przeżywa prawdziwy kalejdoskop emocji, co więcej trzyma go w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, naprawdę jestem dla Niej za to pełna podziwu. 


"Zdrajcę Tronu" oraz "Buntowniczkę z pustyni" łączy sporo rzeczy, jednak są też takie które je od siebie różnią. W pierwszej części Nasza odważna bohaterka przemierzała pustynię w poszukiwaniu lepszego jutra. Autorka przedstawiła Nam, jak wygląda życie w małej mieścinie, gdzie nie ma żadnych perspektyw na przyszłość, wprowadziła Nas w świat dżinów, półdżinów, magicznych koni Buraqi oraz pokazała jak wygląda wędrówka przez niekończące się piaski bez niezbędnej do przetrwania wody i jedzenia. W drugiej części Alwyn Hamilton przenosi Nas do pałacu Sułtana, przybliża Nam życie ludzi z bogatszych sfer miasta, królewskiej rodziny, a także samego władcy, co więcej uświadamia Nam jak są traktowane żony w haremie, a także pokazuje, że nikomu nie można ufać, zwłaszcza własnej rodzinie. Autorka zadbała o to, aby język powieści był lekki i przyjemny, a książkę czytało się w szybkim tempie. Podobnie jak w "Buntowniczce z pustyni" nie zabrakło tu niespodziewanych zwrotów akcji, ciekawej fabuły oraz dużej ilości przygód. Alwyn Hamilton odpuściła Nam nic nie wnoszące, dłużące się opisy, chociaż myślę, że gdyby umieściła je w swojej powieści, to czytałoby się ją równie dobrze. Co więcej ilość epitetów pomagających czytelnikowi przenieść się w magiczny świat pustyni, jest naprawdę ogromna, a dzięki nim jesteśmy w stanie jeszcze mocniej wczuć się w klimat książki, który jest zupełnie inny niż w pierwszym tomie, ale fascynuje równie niesłychanie. Jeżeli chodzi o bohaterów, to w drugim tomie autorka wprowadza sporo nowych postaci, niestety zapominając o tych, którzy pojawili się w pierwszej części. I podobnie jak w "Buntowniczce z pustyni" nie przybliża Nam dokładnie każdej z nich, tylko stwarza ich ogólny zarys. Najbardziej brakowało mi osoby Jina, mam nadzieję, że w kolejnym tomie będę mogła się nim wreszcie nacieszyć :)


Jeśli nadal zastanawiacie się, czy sięgnąć po serię Alwyn Hamilton, to mam nadzieję, że Was do tego zachęciłam. Polecam ją wszystkim fanom fantastyki, powieści młodzieżowych, którzy szukają w książkach czegoś innowacyjnego i kreatywnego, a zapewniam, że na pewno się nie zawiedziecie! Osobiście jestem bardzo ciekawa, co autorka zaserwuje Nam w trzecim tomie, bo muszę przyznać, że "Zdrajcą Tronu" wysoko podniosła sobie poprzeczkę. Mam nadzieję, że Wydawnictwo Czwarta Strona szybko zdecyduje się wydać polską wersję książki, gdyż nie mogę się już doczekać kontynuacji tej fenomenalnej historii!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję:




środa, 9 sierpnia 2017

"Buntowniczka z pustyni" - Alwyn Hamilton

Cześć! Zapewne większość z Was słyszała o "Buntownicze z pustyni" Alwyn Hamilton.A nawet jeśli nie słyszeliście, to na pewno widzieliście okładkę tej fantastycznej powieści, która swego czasu opanowała cały Bookstagram. Nie ma co się dziwić, na żywo prezentuje się zjawiskowo! Podobnie jak treść, ale o tym za chwilę ;)


Amani jest nastoletnią dziewczyną, mającą jedno małe marzenie: za wszelką cenę pragnie wyrwać się spod opieki swojego wuja oraz z osady Dustwalk, gdzie nie ma dla niej żadnych perspektyw na przyszłość. Jedyne co jej w tym przeszkadza, to brak pieniędzy. Pewnego razu nadarza się okazja, aby zarobić trochę gotówki i uciec z zabitego deskami miasteczka. Amani posiada nieprzeciętny talent posługiwania się bronią i liczy na to, że to właśnie on pomoże jej w osiągnięciu celu. Podczas zawodów strzelniczych poznaje tajemniczego chłopaka imieniem Jin, z którym rywalizuje o zwycięstwo. Nieoczekiwany zwrot akcji uniemożliwia dziewczynie wygraną, a nawet zmusza do ucieczki z, jak się później okazuje, zbiegiem oskarżonym o zdradę stanu. Amani nie dane jest jednak szybkie pozbycie się nowego znajomego. Razem będą przemierzać bezkresne piaski pustyni, aby uciec przed Sułtanem oraz gonić marzenia o lepszym życiu.


Rzadko zdarza mi się trafić na książkę, która wciągnęłaby mnie od pierwszej strony. Tym razem się udało! Autorka świetnie buduje napięcie już we wstępnym rozdziale oraz serwuje czytelnikowi prawdziwy rollercoaster emocji, który nie pozwala mu odłożyć powieści nawet na sekundę. Wartka akcja, nieustanne jej zwroty oraz elementy zaskoczenia to główne zalety "Buntowniczki z pustyni". Muszę przyznać, że mocno wciągnął mnie świat wykreowany przez Alwyn Hamilton. Do tej pory miałam okazję czytać tylko jedną książkę, której fabuła osadzona była na pustyni, dlatego bardzo chętnie sięgnęłam po coś w podobnym klimacie. Autorka używa wielu epitetów, które pomagają czytelnikowi wyobrazić sobie wszystko nawet z najdrobniejszymi szczegółami. Czytając tę książkę czułam się, jakbym została rzucona w sam środek rozgrywanych w niej wydarzeń, i mogła przeżywać przygody Amani i Jina razem z nimi. Jeżeli chodzi o język, to nie ma żadnych problemów z jego zrozumieniem, jest lekki i przyjemny w odbiorze, co sprawia, że powieść pochłania się w ekspresowym tempie. Na wspomnienie zasługuje fakt, że wątek miłosny jest bardzo subtelny i nie razi w oczy, a autorka skupiła się na stworzeniu ciekawych i intrygujących pustynnych stworzeń. Osobiście zakochałam się w piaskowych koniach Buraqi i gdyby istniały one naprawdę, to z chęcią bym jednego przygarnęła :D 


Teraz kilka słów o bohaterach. Alwyn Hamilton zadbała o to, aby czytelnik polubił dwójkę pierwszoplanowych osób, czyli Amani i Jina. Jeżeli lubicie Celaenę ze "Szklanego Tronu", to Amani również przypadnie Wam do gustu. Dziewczyna jest bardzo wybuchowa, pomysłowa, kreatywna i ma dar do pakowania się w kłopoty, ale jednocześnie do szybkiego rozwiązywania problemów. Za wszelką cenę dąży do określonego celu i nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Co do Jina, to według mnie jest go za mało w tej powieści, autorka mogła bardziej skupić się na odkryciu tajemnic tego bohatera oraz przybliżeniu jego życiorysu. Mam jednak cichą nadzieję, że wątek chłopaka rozwinie się w kolejnych częściach serii i będzie mi dane bliżej poznać Jina oraz jego charakter. Podobne odczucia mam co do drugoplanowych postaci. Zaznajamiamy się z nimi tylko powierzchownie, a uważam, że są to bardzo ciekawe i złożone osobowości, a ich losy mogą wciągnąć równie mocno, jak historia Amani i Jina.


Podsumowując, jeśli kochacie młodzieżowe fantastyczne powieści i szukacie czegoś innowacyjnego oraz wciągającego na książkowym rynku, to koniecznie musicie sięgnąć po "Buntowniczkę z pustyni". Ja zakochałam się w niej od pierwszej strony i nie mogę doczekać się, kiedy będę mogła sięgnąć po kontynuację. Oceniam ją również jako najlepszą książkę przeczytaną w bieżącym roku, o której na pewno długo nie zapomnę! 

Jeśli czytaliście już "Buntowniczkę z pustyni", to chętnie dowiem się, co o niej myślicie :) Czy Was też zauroczyła historia Amani i Jina?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu oraz Czwartej Stronie.


wtorek, 4 lipca 2017

PRZEDPREMIEROWO "Miłość, po prostu" - Żurnalista.pl

Hej! Jeśli śledzicie media społecznościowe, a zwłaszcza to, co dzieje się na Bookstagramie, zapewne zauważyliście, że ostatnio jest bardzo głośno o pewnym autorze, a mianowicie Żurnaliście.pl. Na dniach (11 lipca) będzie miała miejsce premiera Jego debiutanckiej książki "Miłość, po prostu". Jest to zbiór krótkich wierszy i listów kierowanych do ukochanej autora. Zbiera on bardzo wiele pozytywnych opinii, lecz czy i ja dołączę do zachwytów nad tą książką? Z góry przepraszam za chaotyczną wypowiedź, ale tyle emocji we mnie siedzi po przeczytaniu tego tomiku poezji, że ciężko mi jeszcze ochłonąć i zebrać myśli.



Następnym razem,

gdy powie, bym

puścił jej rękę,
wiem, że powinienem
chwycić ją mocniej.

Kobiety nie masz rozumieć,
tylko kochać.

Bez przerwy.






Wydawać by się mogło, że pisanie o miłości jest proste. Lecz czy każdy wie, czym jest miłość? Czy miał okazję poznać jej smak? Jeśli nie, to jak o niej pisać? Na szczęście Żurnalista.pl wie, co to znaczy kochać i mam nadzieję, że odkrył również, jak to jest być kochanym.. Autor wprowadza czytelnika w swój świat, świat cierpienia, smutku, łez, popełnionych błędów, ale także namiętności, radości, cieszenia się chwilą, a przede wszystkim miłości. Zarówno krótkie utwory, jak i dłuższe listy, wywołały we mnie tak wiele emocji, nie raz zdarzyło mi się uronić łzę. Słowa, których używa autor są momentami wulgarne, ale moim zdaniem to właśnie one zwracają uwagę czytelnika na najważniejsze momenty. Na szczęście całość utrzymana jest w dobrym stylu i smaku. Osobiście uważam, że nie sztuką jest pisanie cukierkowych tekstów o miłości, nad którymi czytelnik będzie się rozpływał, lecz sztuką jest przelanie uczuć na papier i wywołanie palety emocji, momentami skrajnych, u odbiorcy.

Muszę przyznać, że dawno nic do mnie tak mocno nie trafiło, jak te krótkie utwory poetyckie. Mimo że nigdy nie zaznaczam w książkach cytatów, to tym razem każdy wiersz mogłabym zapisać. Jest to kopalnia tak wielu pięknych cytatów ukazujących, o co naprawdę chodzi w miłości. Książkę pochłonęłam w niecałą godzinę, czuję niedosyt, chciałabym więcej. Mam ochotę sięgnąć po nią jeszcze raz i mocniej zagłębić się w jej przesłanie, przeanalizować każdy wiersz od początku do końca. Jestem pewna, że bardzo często będę do niej wracać. Gdy najdą mnie chwile zwątpienia w ukochaną osobę, ta książka przypomni mi o wartości miłości i o tym, że nie wolno się poddawać, tylko zawsze trzeba walczyć o to, co w życiu najważniejsze! Bo czasami możemy nie dostać kolejnej szansy, a jeden mały błąd potrafi wywrócić nasze życie do góry nogami. 


Inni by poczuć się super bohaterem

muszą latać jak ptaki nad ziemią,

a ja, by być nad ziemią,
muszę chwycić Cię za rękę i
spojrzeć w Twoje oczy.


Z całego serca pragnę polecić tę pozycję każdemu! Jeśli szukacie niebanalnej, nieprzewidywalnej oraz skłaniającej do refleksji książki o miłości, to "Miłość, po prostu" będzie idealnym wyborem. Mam nadzieję, że Żurnalista.pl osiągnie ogromny sukces na skalę światową, że będzie to najgłośniejszy debiut w 2017 roku! Warto promować coś nowego, coś, czego jeszcze nie ma na polskim rynku. Żurnalista.pl to moje największe odkrycie, czekam na więcej takich pięknych tekstów, a póki co idę zagłębić się jeszcze raz w lekturę "Miłości, po prostu".


Teraz już mogę przyznać, że tak naprawdę nie lubię poezji i do tej pory raczej nie miałam z nią styczności. Spotkałam się z opiniami, które przyrównują "Miłość, po prostu" do "Mleka i miodu" Rupi Kaur. Ja niestety nie mogę się odnieść do drugiej pozycji, gdyż nie miałam okazji jej czytać. Jednak, jeśli jest ona tak dobra jak "Miłość, po prostu", to na pewno się z nią zapoznam.

Za egezamplarz recenzencki dziękuję autorowi, Żurnaliście.pl. Mam nadzieję, że uda mi się dostać książkę w wersji papierowej, a Was, jeśli chcecie zamówić "Miłość, po prostu" w preorderze, to odsyłam na stronę na Facebooku: Żurnalista.pl, gdzie jest wszystko opisane. 



Siedzę na tarasie,
widzę niebo i Ciebie
Twoje promienie,
spadają na mnie.



Słońce.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Trylogia Eriki Johansen

Nie było mnie tu dobre pół roku, ale dzisiaj pragnę wrócić do Was z recenzją trylogii Eriki Johansen o Kelsea - królowej Tearlingu. Jest to w tej chwili moja ulubiona seria składająca się z trzech części i myślę, że pozostanie nią na długo. 



Kilka słów o fabule. Młoda księżniczka musi upomnieć się o tron i stoczyć bój z potężną czarownicą w decydującej rozgrywce między światłością a mrokiem. Kelsea dorastała w ukryciu, z dala od królewskiej twierdzy, i niewiele wie o straszliwej przeszłości Tearlingu. W dniu dziewiętnastych urodzin Kelsea wyrusza w niebezpieczną podróż do stolicy, gdzie ma zająć należne jej miejsce na tronie Tearlingu. Jednak zło, jakie odkrywa w sercu królestwa, popycha ją ku śmiałemu czynowi, który otwiera Szkarłatnej Królowej drogę do zemsty. Śmiertelnie niebezpieczni przeciwnicy – od skrytobójców po ludzi posługujących się najmroczniejszą magią krwi – snują plany zamordowania dziewczyny. Kelsea dopiero rozpoczyna walkę o ocalenie królestwa. Pełna zagadek, zdrad i niebezpieczeństw droga do jej przeznaczenia jest próbą ognia, z której wyłoni się legenda... lub która doprowadzi do jej upadku.



Pierwszą rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę, są przepiękne okładki (zarówno w wersji z twardą oprawą jak i miękką), które urzekły mnie od pierwszego wejrzenia, i które w dużej mierze skłoniły mnie do zakupu tych książek. Cóż poradzić na to, że jestem taką okładkową sroką... ;) Na moje szczęście okazało się, że nie tylko zakochałam się w okładkach, ale także w historii ukrytej na stronach tych powieści. Erika Johansen wykreowała wspaniały świat, świetnych bohaterów, jednych lubimy bardziej, z innymi Nam nie po drodze, ale każdy ma swoją niepowtarzalną historię, którą zapamiętamy na długo. Bardzo podobało mi się to, że autorka nie skupiła się mocno na wątku miłosnym, postawiła go w drugim rzędzie, gdzie pozostał do samego końca. Prawda jest taka, że teraz w większości książek, czy to New Adult, czy fantasy, miłość jest na pierwszym miejscu, więc bardzo przyjemnie czytało mi się powieść, gdzie w końcu ktoś odszedł od tego schematu. Do zalet tej trylogii śmiało mogę zaliczyć również język i styl pisania autorki, która wymaga od Nas pełnego skupienia na lekturze, a także wykazania się pewną językową dojrzałością. Myślę, że młodsi czytelnicy mogą mieć problem z tempem czytania, zwłaszcza jeśli do tej pory mieli do czynienia tylko z literaturą młodzieżową. Muszę przyznać, że w wielu książkach kolą mnie w oczy wulgaryzmy pojawiające się na stronach powieści częściej niż wyrazy "proszę", "dziękuję" itp. Pani Johansen tak subtelnie wplatała niecenzuralne słowa i używała ich na tyle rzadko, że nawet nie zauważyłam ich istnienia, Co według mnie w dzisiejszych czasach jest sporą zaletą, zważywszy na to, że autorzy chyba czasem wychodzą z założenia, że im więcej "ku*w" tym lepiej.



Kolejną mocną stroną tej trylogii jest to, że na pewno nie będziecie się nudzić podczas jej czytania. Każdy tom kończy się tak, że jak najszybciej chcemy sięgnąć po kolejny. Może w "Królowej Tearlingu" akcja nie jest aż tak wartka jak w "Inwazji na Tearling" oraz "Losach Tearlingu", ale autorka tak świetnie potrafi splatać ze sobą różne wątki, które na samym końcu łączą się w idealną całość, że już same historie naszych bohaterów powinny Was zainteresować. W dwóch ostatnich częściach Pani Johansen zabiera nas w podróż w czasie, wracamy do przeszłości, aby sukcesywnie dowiadywać się od czego wszystko się zaczęło oraz przyczyny różnych zdarzeń mających miejsce tu i teraz. Muszę jeszcze wspomnieć, że bardzo podoba mi się rozpoczynanie każdego rozdziału od cytatu. Ja nie jestem ich wielką fanką i nigdy ich nie zaznaczam w książkach, ale tutaj one są tak wyraźnie wyszczególnione, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Zastanawiacie się pewnie, czy znajdzie się tu chociaż jedno zło słowo na temat trylogii Eriki Johansen i muszę Was zaskoczyć (a może i nie?), że tak! Ale zapewniam Was, że to jedyna wada tych fantastycznych powieści. Mianowicie bardzo rozczarowało mnie zakończenie ostatniego tomu. Autorka tak długo budowała napięcie przez trzy części, że pod sam koniec byłam już mocno zaintrygowana, jak to się wszystko rozegra, a tu nagle trach! Pani Johansen zrezygnowała z przedstawionych do tej pory pomysłów i poszła w zupełnie innym, dla mnie niesatysfakcjonującym, kierunku. 



Podsumowując, bardzo mi szkoda, że to już koniec tej niesamowitej historii, na pewno będę tęsknić za Kelsea i jej przygodami, a także za innymi bohaterami. Mam nadzieję, że w niedługim czasie Erika Johansen przygotuje dla Nas kolejną wspaniałą serię. Czekam na to niecierpliwie! 

Czy polecam? To chyba pytanie retoryczne. Polecam jak najbardziej! Wszystkim fanom fantastyki i nie tylko. Jeśli macie ochotę na dojrzałą lekturę, chcielibyście dowiedzieć się, jak wygląda połączenie "Gry o tron" ze "Szklanym Tronem", to nie pozostaje Wam nic innego, niż sięgnąć po "Królową Tearlingu", a potem mam nadzieję, że także po kolejne tomy.
A jeśli ktoś już przeczytał te książki, to będzie mi bardzo miło, jeśli podzielicie się ze mną swoimi odczuciami w komentarzach! :)


środa, 20 lipca 2016

"Ugly Love" - Colleen Hoover

Po mocno przeciętnej lekturze, jaką było dla mnie "Maybe Someday", bałam się sięgać po kolejną książkę Colleen Hoover. Jednak w końcu się przemogłam i postanowiłam przeczytać "Ugly Love". Po kilku niepochlebnych opiniach przyrównujących tę powieść do "Pięćdziesięciu twarzy Greya" zupełnie nie wiedziałam, czego powinnam od niej oczekiwać, czy taniego romansu,w którym seks gra główną rolę, czy może głębszego uczucia, opartego na wzajemnym szacunku i zaufaniu. Dostałam po trochu tego i tego.




Tate jest dwudziestotrzyletnią pielęgniarką, poznajemy ją, kiedy wprowadza się do swojego brata Corbina. Na drodze do mieszkania napotyka na niemałą przeszkodę w postaci pijanego mężczyzny, który błaga, aby wpuściła go do siebie. Tak właśnie zaczyna się znajomość Milesa i Tate. Mimo że chłopak nie zrobił na naszej bohaterce dobrego pierwszego wrażenia, to z każdym kolejnym spotkaniem serce młodej pielęgniarki zaczyna bić szybciej na widok przystojnego sąsiada. I on nie pozostaje wobec niej obojętny. Oboje zaczynają odczuwać wobec siebie silne pożądanie. Wtedy Miles ustala dwie zasady, które będą obowiązywały w ich luźnym związku: nie pytaj o przeszłość oraz nie oczekuj przyszłości. Tate z łatwością zgadza się na taki układ. Jednak po pewnym czasie zaczynają ją męczyć tajemnice skrywane przez Milesa. Chłopak zamiast otwierać swoje serce na miłość dziewczyny, coraz bardziej się od niej odsuwa. Czy Tate zdoła przekonać ukochanego, aby podzielił się z nią swoimi sekretami? Czy Miles złamie którąś ze swoich zasad dla dziewczyny z sąsiedztwa? Musicie przeczytać "Ugly Love", aby się o tym przekonać.




Colleen Hoover po raz drugi złamała moje serce na milion kawałków. Ta autorka wie, jak zagrać na ludzkich uczuciach, dotrzeć do czytelnika i zostawić po sobie ślad na dłużej. Nawet najbardziej twarde osoby nie będą mogły przejść obok tej książki obojętnie i tak, aby nie uronić chociaż jednej łzy. Ta książka jest jednym słowem: GENIALNA. Jednak jest ona kierowana do starszych czytelników. Nie tylko ze względu na liczne sceny erotyczne, które moim zdaniem mogły zostać bez problemu pominięte, nie wniosły nic szczególnego do fabuły, ale także ze względu na trudny temat w niej poruszany. Po prostu młodsze osoby nie będą w stanie do końca jej zrozumieć. Mimo że wiele osób pewnie powie, że książka jest przewidywalna i już od pierwszych stron wiemy, jak autorka zamierza poprowadzić czytelnika przez losy wykreowanych przez siebie bohaterów, to ja byłam naprawdę wstrząśnięta tym, jak wszystko się potoczyło. Może dlatego, że nigdy nie zastanawiam się, co będzie dalej, tylko daję się prowadzić za rękę autorowi, aby czerpać jak najwięcej przyjemności z czytania danej pozycji. "Ugly Love" pochłonęłam w szaleńczym tempie, nie mogłam się od niej oderwać. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to od pierwszych stron mocno zżyłam się z Milesem. Mimo że zachowywał się dosyć protekcjonalnie i nieodpowiednio w stosunku do Tate, to wiedziałam, że musi mieć naprawdę silny powód swojego postępowania. I nie myliłam się, to co przytrafiło się temu dwudziestoczteroletniemu mężczyźnie było naprawdę wstrząsające i nie życzę tego nawet największemu wrogowi. Co do Tate, to trochę rozumiem jej ślepe zauroczenie Milesem. Robiła i zgadzała się na wszystko, aby tylko przez chwilę poczuć się kochaną i komuś potrzebną. Ta dziewczyna również bardzo dużo przeszła i poświęciła dla chłopaka, o którym nie wiedziała praktycznie nic, oprócz tego jak ma na imię i gdzie mieszka. Jak to mówią: miłość jest ślepa, ale nawet taka jest lepsza, niż żadna. A czasem zdesperowane działania, aby zatrzymać jakąś osobę przy sobie, mogą przynieść nam od dawna upragnioną i odwzajemnioną miłość.





Podsumowując, polecam Wam przeczytanie "Ugly Love" z całego serca. Powieść ta porusza problemy, z którymi może nie każdy z nas spotyka się na codzień, ale takie, które mogą nas dotknąć w najmniej spodziewanym momencie naszego życia. I właśnie wtedy wali nam się na głowę cały świat. Colleen Hoover uczy nas jak radzić sobie z dramatyczną przeszłością i przedstawia nam lek na ponowne odnalezienie sensu istnienia. Ja na pewno wrócę jeszcze nie raz do "Ugly Love" i niecierpliwie wyczekuję premiery kolejnych książek Pani Hoover, która szybko pnie się ku górze w rankigu moich ulubionych autorów.







poniedziałek, 27 czerwca 2016

"Fobos" - Victor Dixen

Dwa dni temu wkroczyłam na pokład statku kosmicznego razem z Leonor i jedenastoma innymi uczestnikami programu Genesis, i była to najlepsza przygoda, jaką kiedykolwiek przeżyłam! A to jeszcze nie koniec! Mowa tutaj o książce "Fobos" Victora Dixena. Sięgając po nią nie wiedziałam, czy mi się spodoba, temat kosmosu i odkrywania innych planet nie jest bliski mojemu sercu, jednak ta powieść skradła każdy jego, nawet najmniejszy, kawałek!

Do startu statku Cupido pozostała niecała godzina. Dziewczyna o ognistych włosach Leonor ma coraz więcej wątpliwości, czy zgłoszenie swojej kandydatury do programu Genesis, było dobrym pomysłem. Na Ziemi nie trzyma jej nic, nie ma żadnej rodziny, ambitnych planów na przyszłość, ani ukochanej osoby. Lot na Marsa, gdzie będzie mogła założyć rodzinę z jednym z sześciu uczestników show, wydaje się być świetnym początkiem do zmiany swojego dotychczasowego życia. Wie, że stamtąd nie będzie już powrotu. Ma również świadomość, że ukrywa pewien sekret, który chcąc nie chcąc, będzie musiała prędzej czy później wyjawić swojemu przyszłemu mężowi. Sześć uczestniczek, sześciu uczestników i sześć minut na każdą z randek, podczas których chłopcy i dziewczęta będą się lepiej poznawać, aby w końcu zdecydować kto zostanie ich życiowym partnerem na nowej planecie.  W podjęciu decyzji ma im pomóc tworzenie cotygodniowej Listy Serc, a o standardzie życia, jakie będą prowadzić, decyduje wysokość wpłat dokonywanych przez widzów i wpływających do Posagu poszczególnych uczestników. Wszystko wydaje się idealne, prawda? Jednak organizatorzy skrywają mroczny sekret, który może zniszczyć cały plan założenia kolonii na Marsie! Czy Leonor będzie w stanie odkryć prawdę, zanim będzie za późno na jakiekolwiek zmiany? Czy znajdzie miłość swojego życia podczas randek w Kuli Spotkań? Odpowiedzi na te oraz inne pytania czekają na Was w fantastycznej powieści, jaką jest "Fobos"!

Powieść Victora Dixena pochłonęłam w mniej niż dwa dni! W moim przypadku jest to absolutny rekord, czytałam wszędzie i w każdej wolnej chwili. Cały czas myślałam o wydarzeniach z książki, łączyłam się z bohaterami całym sercem i nie mogłam się doczekać, kiedy poznam ich dalsze losy. Autor funduje nam mocną dawkę wrażeń, na każdej stronie tyle się dzieje, że nie sposób oderwać się od czytania. Intrygi, kłamstwa, ukrywanie prawdy, miłość, zdrada - z tym wszystkim spotkamy się podczas lektury "Fobosa". Co więcej Dixen nie skupia się tylko na losach naszej głównej bohaterki Leonor, ale także uchyla czytelnikom rąbka tajemnicy i zdradza, co dzieje się w Kuli Spotkań podczas randek innych uczestników, opisuje spiskowanie organizatorów, i przedstawia życie osób, które nie wyruszyły w lot statkiem Cupido, ale również mają związek z programem Genesis. Bardzo polubiłam główną bohaterkę, przypomina mi ona trochę Celeanę ze "Szklanego Tronu", pewna siebie, umie postawić na swoim, z mocnym temperamentem. Inne osoby również da się lubić. Każda z nich ma ciężką przeszłość, o której chce jak najszybciej zapomnieć i zostawić za sobą wszystko co złe. Trudne dzieciństwo i okres dojrzewania uczestników sprawia, że stają się oni bardziej prawdziwi, a czytelnik utożsamia się z ich cierpieniem. Nie mogę oczywiście zapomnieć o pięknej okładce, która również jest atutem tej książki. W "Fobosie" wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, naprawdę nie ma rzeczy, do której mogłabym mieć jakieś zastrzeżenia. Autor świetnie buduje napięcie, pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy, a narracja pierwszoplanowa w niektórych rozdziałach pozwala nam lepiej zrozumieć myślenie i postępowanie Leonor. Dawno nie czytałam takiej fantastycznej książki i mam nadzieję, że stanie się ona światowym bestsellerem, gdyż w pełni na to zasługuje.

Podsumowując, polecam Wam "Fobosa" z całego serca. Jeśli chcecie przeżyć wspaniałą przygodę i lot na Marsa, to sięgnięcie po tą książkę będzie świetnym pomysłem. Ja się nie zawiodłam, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i mam nadzieję, że Wam również się ona spodoba! Tymczasem będę niecierpliwie czekać na kolejny tom, bo zakończenie zostawiło tak wiele spraw niewyjaśnionych, a ja już bym chciała dowiedzieć się, jak potoczą się dalsze losy uczestników programu Genesis.