Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżówka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 czerwca 2018

"Aru Shah i koniec czasu" - Roshani Chokshi

Muszę się przyznać, że nie czytałam jeszcze ani jednej książki Ricka Riordana. Jednak kiedy zobaczyłam Jego polecajkę na okładce "Aru Shah i koniec czasu" wiedziałam, że musi to być dobra powieść. Mitologia hinduska, ciekawy opis plus piękna oprawa utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę sięgnąć po najnowszą książkę Roshani Chokshi. Jak przebiegło Nasze pierwsze spotkanie? Zapraszam na recenzję.


Aru Shah ma tendencję do naciągania prawdy – robi to, by zyskać sympatię w prywatnej szkole, do której uczęszcza. Kiedy jej koledzy z klasy latają prywatnymi odrzutowcami na egzotyczne wakacje, ona spędza wolny czas w Muzeum Starożytnej Sztuki i Kultury Indyjskiej, którego kustoszem jest jej mama. Czy to zatem dziwne, że Aru zmyśla opowieści o tym, że pochodzi z rodziny królewskiej, podróżuje do Paryża i ma własnego szofera? Pewnego dnia trójka jej kolegów zjawia się w domu Aru, żeby przyłapać ją na kłamstwie. Nie wierzą w jej opowieść o tym, że znajdująca się w muzeum lampa Bharaty jest przeklęta, wyzywają więc Aru, by to udowodniła. „Zapalę ją tylko na moment” – myśli Aru. A potem już nigdy przenigdy nie będzie łgać. Ale zapalenie lampy rodzi poważne konsekwencje. Aru niechcący uwalnia Śpiącego, starożytnego demona, który planuje obudzić Boga Zniszczenia. Jej koledzy i mama zostają zamrożeni, a Aru musi ich uratować. Jedynym sposobem na to, żeby powstrzymać demona, jest odnalezienie legendarnych braci Pandawów i złożenie wizyty w Królestwie Śmierci. Ale jak dziewczynka w piżamie ze Spider-Manem ma tego wszystkiego dokonać?


Co najbardziej urzekło mnie w "Aru Shah i koniec czasu"? Zdecydowanie humor! Nie raz nie mogłam przestać się śmiać, Roshani Chokshi ma świetne poczucie humoru, które bardzo dobrze wykorzystała w swojej powieści. Książkę czyta się bardzo szybko, głównie ze względu na lekki i przyjemny w odbiorze język, a także niekończące się tarapaty i kłopoty, w które na każdym kroku wpadają Aru i jej towarzyszka, Mini. Akcja pędzi do przodu jak szalona, gwarantuję, że nie będziecie się nudzić podczas czytania. Przewaga dialogów nad przeróżnymi opisami również jest w tej książce zaletą. Warto wspomnieć również o samej mitologii hinduskiej, która jest bardzo ciekawa i z którą po prawdzie pierwszy raz miałam do czynienia, ale jestem nią totalnie oczarowana. Autorka co rusz wplata w historię bohaterek elementy hinduskich tradycji, a prawie za każdym rogiem czekają na Aru i Mini zastępy przeróżnych hinduskich bogów oraz demonów. Nie martwcie się jednak natłokiem informacji, na pewno na spokojnie wszystko zrozumiecie i przyswoicie. Kolejną mocną stroną powieści są barwnie wykreowani bohaterowie, którzy szybko zyskują sympatię i przychylność czytelnika. A z każdą kolejną stroną kibicujemy im coraz mocniej. "Aru Shah i koniec czasu" to lekka powieść, jednak niesie ze sobą ważne przesłanie. Mianowicie pokazuje nam, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywają przyjaciele i rodzina, i że bez nich ciężko byłoby nam sobie samemu poradzić. 


Tyle zachwytów, a czy znajdą się jakieś wady? Niestety tak. Powieść Roshani Chokshi jest skierowana raczej do młodszych czytelników. Podczas lektury zauważałam niekiedy absurdalność niektórych sytuacji. Najbardziej przeszkadzał mi chyba wiek bohaterek. które mają jeśli dobrze pamiętam około 12 lat, a są silniejsze i odważniejsze niż niejeden dorosły. Mnie po prostu śmieszy, kiedy takie młode osoby ratują świat, nie tylko w tej książce, więc to raczej moje małe osobiste uprzedzenie. Jestem też zła na autorkę za to, że usunęła na dłuższy czas z fabuły postać, którą najbardziej polubiłam (kto czytał, ten pewnie wie o kogo chodzi, ja nie będę zdradzać, żeby nie spoilerować) i która wnosiła do książki bardzo dużo uśmiechu oraz pozytywnego myślenia. Mam nadzieję jednak, że pojawi się ona w kolejnych tomach i Roshani Chokshi bardziej wykorzysta jej potencjał. 


Zanim sięgniecie po "Aru Shah i koniec czasu" miejcie na uwadze, że jest to książka skierowana głównie do młodszych czytelników. Niemniej jednak ja już z lat młodości wyrosłam, a też świetnie bawiłam się podczas lektury. Polecam szczególnie fanom powieści młodzieżowych z elementami fantastyki. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o mitologii hinduskiej, to ta książka również uchyli Wam rąbka tajemnicy na ten temat. No i oczywiście jeśli lubicie powieści z morałem, które jednocześnie są lekkie i zabawne, to "Aru Shah i koniec czasu" powinna być obowiązkową pozycją na Waszej liście must-read. Ja po kolejne tomy sięgnę na pewno :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

środa, 2 maja 2018

"Niedźwiedź i słowik" - Katherine Arden

Jako mała dziewczynka uwielbiałam zatapiać się w baśniach Braci Grimm i Christiana Andersena. Gdy trochę podrosłam fascynował mnie świat opisany w książkach Lwa Tołstoja oraz Fiodora Dostojewskiego. Po kilkunastu latach odnalazłam książkę z elementami baśni, której fabuła osadzona jest w średniowiecznej Rusi. Mowa tu oczywiście o "Niedźwiedziu i słowiku" Katherine Arden. Już sama okładka przyciąga do siebie czytelnika, nie wspominając o opisie, po którego przeczytaniu nie mogłam się doczekać, aż dorwę tę powieść w swoje ręce i znów przeniosę się do czasów młodości. 


W Rusi, na skraju pustkowia, zima trwa większą część roku, a podczas długich wieczorów Wasilisa i jej rodzeństwo lubią siadać razem przy piecu i słuchać bajek, które opowiada im niania. Wasia uwielbia zwłaszcza bajkę o Mrozie, błękitnookim demonie zimy. Mądrzy Rosjanie boją się go, gdyż zabiera zbłąkane dusze, szanują także duchy chroniące ich domostw przed złem. Pewnego dnia owdowiały ojciec Wasi przywozi z Moskwy nową żonę, Annę. Fanatycznie nabożna macocha Wasi zakazuje rodzinie składać ofiary domowym duchom, chociaż Wasia obawia się, co wyniknie z takiej postawy. I rzeczywiście na wioskę zaczynają spadać kolejne nieszczęścia. Jednak surowość macochy tylko się nasila. Anna z uporem wprowadza w wiosce swoje porządki, a zbuntowaną pasierbicę postanawia albo wydać za mąż, albo wysłać do klasztoru. Gdy wioska staje się coraz bardziej bezbronna, a zło z lasu podkrada się coraz bliżej, Wasilisa musi przywołać swoją, skrywaną dotąd, magiczną moc – by obronić rodzinę przed niebezpieczeństwem rodem z najbardziej przerażających bajek starej niani.


Pierwsza część trylogii Katherine Arden porwała mnie już od pierwszej strony! Dawno nie miałam w rękach tak klimatycznej książki, od której nie mogłam się oderwać. Pochłonęłam ją w niecałe dwa dni. Autorka ma bardzo przyjemny styl pisania, mimo że w powieści pojawiało się sporo opisów, to nie były one nużące, z przyjemnością wyobrażałam sobie każdą opisaną scenę. Leśne klimaty są mi szczególnie bliskie, gdyż sama urodziłam i wychowałam się na wsi. Język jest lekki w odbiorze, pojawiają się czasem słowa zaciągnięte z rosyjskiego, jednak na końcu jest słowniczek, więc nie musimy się martwić, że czegoś nie zrozumiemy. Powieść jest wielowątkowa, poznajemy losy nie tylko głównej bohaterki, czyli Wasilisy Pietrowny, ale także jej macochy Anny, która widzi demony, popa Konstantego, który ma we wsi pewną misję do wykonania, demona zimy Morozki. Postaci w książce jest naprawdę sporo, jednak żadna nie jest pominięta przez autorkę, o każdej możemy się mniej lub więcej dowiedzieć oraz poznać jej charakter. Ja osobiście chętnie bym poznała dalsze losy rodzeństwa Wasi, czyli jej siostry Oli oraz brata Saszy, po cichu liczę na to, że w kolejnych tomach jeszcze o nich przeczytamy. 


Akcja powieści nie pędzi w zawrotnym tempie, aczkolwiek ja byłam do tego stopnia pochłonięta historią rozgrywającą się w małej wsi na Rusi, że tak naprawdę nawet tego nie zauważyłam. Fakt, że poznajemy tak wielu bohaterów, magiczny klimat książki oraz lekki i przyjemny w odbiorze język sprawiają, że lektura "Niedźwiedzia i słowika" to czysta przyjemność. Elementy słowiańskich prastarych wierzeń oraz rosyjskich tradycji idealnie uzupełniają tę książkę i to właśnie one nadają jej tak wyjątkową i niepowtarzalną atmosferę. Jeżeli chodzi o bohaterów, to Wasia mimo swoich wad jest bardzo pozytywną osobą, której nie da się nie lubić. Od początku nie ma w życiu lekko, ojciec nie jest w stanie określić uczuć do córki, gdyż z jednej strony to jego dziecko, ale z drugiej to dziewczynka, która doprowadziła do śmierci jego ukochanej żony. Wasilisa od najmłodszych lat postrzegana jest jako dziwadło, nie zachowuje się jak przystało na prawdziwą kobietę, od chłopców i szycia woli jazdę konno oraz bieganie po lesie. Buntownicza, odważna, pakująca się w kłopoty, zawsze mówiąca co myśli - te cechy charakteru przyniosły jej złą sławę we wsi, lecz ona się tym nie przejmuje, twardo stąpa po ziemi i dąży do wyznaczonego celu. 


"Niedźwiedź i słowik" to bardzo klimatyczna, magiczna powieść, z elementami mrocznej baśni, więc nie jest skierowana dla młodszych czytelników, jednak starsi podczas lektury na pewno nie raz wspomną czasy dzieciństwa. Ja jestem nią zafascynowana, nie mogę doczekać się kolejnych tomów tej trylogii, po które chętnie już dzisiaj bym sięgnęła. A Wam póki co polecam lekturę pierwszej części tej baśniowej trylogii! Szczególnie jeśli lubicie słowiańskie klimaty :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


niedziela, 18 marca 2018

"Dzień ostatnich szans" - Robyn Schneider

Robyn Schneider zdobyła moje serce już swoją pierwszą powieścią "Początek wszystkiego" (recenzja). Gdy dowiedziałam się, że premierę będzie miała jej kolejna książka, czyli "Dzień ostatnich szans", nie mogłam się doczekać, aby ją przeczytać. Czy po lekturze dobre wrażenie o autorce pozostało? Czy również i tym razem udało Jej się dotrzeć do najgłębszych zakamarków mojego serca i zostawić w nim po sobie ślad?


Lane jest ambitnym siedemnastolatkiem, który ma zaplanowaną przyszłość – jest w niej miejsce na prestiżowy uniwersytet, ale nie na chorobę. Mimo zdiagnozowania u niego lekoopornej gruźlicy postanawia żyć, jak gdyby nic się nie zmieniło. Pobyt w ośrodku dla chorych Latham House traktuje jak przymusowe wakacje. Sadie na przekór chorobie beztrosko chwyta każdy dzień. Dla wielu osób ośrodek jest jak więzienie, ona znalazła tutaj swoje miejsce. Tu stała się artystką, która wraz z przyjaciółmi stworzyła małą, bezpieczną przystań. Znajomość z Sadie pomoże Lane’owi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie priorytety są zupełnie inne. Gdy choroba się zaostrza, żadne z nich nie dopuszcza do siebie myśli, że każda chwila może być tą ostatnią.


Czytając opis książki możecie pomyśleć, że "Dzień ostatnich szans" to kolejna smętna, nudna i flegmatyczna opowieść o chorobie. Nic bardziej mylnego! Robyn Schneider pokazuje Nam, że będąc chorym również można żyć - i to tak jak nigdy dotąd tego nie robiliśmy. Ludzie mający problemy zdrowotne często traktują każdy kolejny dzień, jakby ten miał być ich ostatnim. A co za tym idzie: żyją chwilą, spełniają marzenia, mimo niepewnej przyszłości są szczęśliwi. Tak też zachowują się Lane i Sadie. Pobyt w Latham nie jest dla nich, jak dla większości przebywających tam osób, karą, przymusem. Oni bawią się życiem, łamią zasady, przeżywają swoje pierwsze razy. Mimo że niektóre dni są pełne smutku, to nie zapominają o tym, aby się uśmiechać, korzystać może z już ostatniej dla nich szansy na normalne życie. Właśnie takiego zachowania powinniśmy uczyć się od bohaterów najnowszej powieści Robyn Schneider. Przy podejmowaniu decyzji należy dobrze się zastanowić, aby później niczego nie żałować, bo czasem może być za późno na zmianę zdania, możemy stracić swoją szansę na lepsze życie. Moim zdaniem w życiu chodzi o to, żeby tego ostatniego dnia na łożu śmierci powiedzieć sobie: "Jestem zadowolony z tego, jak minął mój czas na tym świecie, nie chciałbym go cofnąć, aby cokolwiek zmienić, bo wszystkie decyzje jakie podjąłem, prowadziły mnie ku szczęściu, spełnianiu marzeń, samozadowoleniu, a każdy błąd, który popełniłem, był dla mnie lekcją na przyszłość". I tego sobie i Wam z całego serca życzę.


Robyn Schneider po raz kolejny kupiła mnie bardzo oryginalnym pomysłem na fabułę książki, cieszę się, że na tym świecie są jeszcze autorzy, którzy pamiętają o tym, co w życiu jest ważne, piszą powieści, w których poruszają ciężkie tematy i które są lekcją dla czytelników. Zarówno z "Początku wszystkiego", jak i "Dnia ostatnich szans" można wynieść sporo życiowej wiedzy. Po lekturze warto zatrzymać się na chwilę, zastanowić nad sobą, swoimi problemami, wadami oraz nad tym, co warto zmienić, aby być bardziej szczęśliwym i spełnionym. Autorka nie zapomina również o poczuciu humoru, dlatego nie martwcie się, że w pewnym momencie zrobi się zbyt poważnie. Bohaterowie są świetnie wykreowani, nie da się ich nie lubić. Historia jest opowiadana naprzemiennie przez Lane'a oraz Sadie, co pozwala czytelnikowi na lepsze poznanie obu głównych postaci. Samą książkę czyta się naprawdę szybko, wciąga od pierwszej strony, mimo że nie ma w niej szybko pędzącej akcji oraz niespodziewanych jej zwrotów. Co więcej zakończenie niczym mnie nie zaskoczyło, jednak wyjątkowo mi to nie przeszkadzało, uroniłam nawet kilka łez. 


Podsumowując, jeżeli lubicie mądre, nieszablonowe, pozostające na dłużej w pamięci powieści, to koniecznie musicie sięgnąć po "Dzień ostatnich szans". Oczywiście polecam również "Początek wszystkiego" tej samej autorki. Mimo że nie przepadam za tematem chorób w książkach czy filmach, to sposób w jaki Robyn Schneider ukazała ten motyw w swoich młodzieżowych powieściach zdecydowanie do mnie trafił. Już nie mogę doczekać się jej kolejnej książki. 

Jeśli jesteście już po lekturze, to koniecznie dajcie znać, jak Wasze wrażenia!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:


poniedziałek, 26 lutego 2018

"Okrutna Pieśń" - Victoria Schwab

"Okrutną Pieśń" skończyłam czytać już jakiś czas temu, ale do tej pory nie przestałam o niej myśleć. A to chyba najlepszy dowód na to, że warto sięgnąć po tę książkę. Victoria Schwab w pierwszej części serii "Świat Verity" zabiera czytelnika w niesamowitą podróż, pełną niebezpiecznych przygód oraz niespotykanych stworzeń. Malchaje, Sunaje, Corsaje - jeśli jeszcze o nich nie słyszeliście, to najwyższa pora to nadrobić! Ale zacznijmy od początku...


Kate Harker i August Flynn są następcami przywódców podzielonego miasta – miasta, gdzie z przemocy zaczęły rodzić się prawdziwe potwory.  Kate robi wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę swojego ojca. Za wszelką cenę pragnie mu się przypodobać, jednak nawet podpalenie kaplicy w szkole jej tego nie ułatwia. August chciałby być człowiekiem, mieć dobre serce i odgrywać większą rolę w obronie niewinnych przed potworami – niestety sam jest jednym z nich. Może ukraść duszę, wygrywając pieśń na swoich skrzypcach. Kiedy dochodzi do spotkania tej dwójki, oboje starają się ukryć przed sobą pewne fakty ze swojego życia. Jednak czy im się to uda? W mrocznym urban fantasy dwoje młodych ludzi musi wybrać, czy chcą zostać dobrymi czy złymi bohaterami – przyjaciółmi czy wrogami. A stawką jest przyszłość ich rodzinnego miasta...


"Okrutna Pieśń" wciąga czytelnika w swój świat tak już od pierwszej strony. W tej książce nie ma miejsca na nudę! Każdą kolejną kartkę przewracałam z zapartym tchem, ciekawa co takiego za chwilę się wydarzy. Akcja pędzi w zawrotnym tempie, autorka nie daje Nam chwili wytchnienia, co sprawia że powieść czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Nim się obejrzymy, a już przewracamy ostatnią stronę, spragnieni poznania dalszych losów Kate i Augusta. Muszę przyznać, że po lekturze czuję pewien niedosyt, chciałabym więcej i nie mogę się już doczekać kolejnego tomu! Mam wrażenie, że autorka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a następne części będą jeszcze lepsze (o ile to możliwe). 

W "Okrutnej Pieśni" najbardziej urzekł mnie oryginalny pomysł na fabułę książki. W czasach, kiedy wydaje Nam się, że widzieliśmy i słyszeliśmy już wszystko, bardzo ciężko o coś kreatywnego i niepowtarzalnego. Victorii Schwab udało się jednak pozytywnie mnie zaskoczyć, zarówno swoimi umiejętnościami pisania, jak i bardzo interesującą i niesztampową treścią, za co należą Jej się wielkie brawa. Co więcej autorka nie powiela utartych schematów. Mimo że bohaterowie to chłopak i dziewczyna, to nie ma między nimi rażącego w oczy romansu. Mamy delikatny wątek romantyczny, ale jest on na tyle subtelny, że nie przesłania całej książki. Co więcej powieść jest nieprzewidywalna, niczego nie możemy być pewni, a autorka nie raz w trakcie czytania Nas zaskakuje. 


Jeżeli chodzi o słabe strony "Okrutnej Pieśni", to mam tylko jedno zastrzeżenie. Mianowicie brakowało mi głębszego wprowadzenia czytelnika w wykreowany przez autorkę świat, bliższego zapoznania się z bohaterami oraz ich charakterami. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach Victoria Schwab pozwoli Nam mocniej zagłębić się w postapokaliptyczny świat, pełen przerażających potworów czyhających za rogiem. A do bohaterów nie mam żadnych zastrzeżeń, zarówno Kate jak i Augusta bardzo polubiłam i niecierpliwie czekam na ich kolejne przygody!


"Okrutna Pieśń" jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Ma wszystkie cechy, które powinna mieć dobra książka, jest oryginalna, nieprzewidywalna i zaskakująca. Mogę Wam ją z czystym sumieniem polecić. Mimo że jest to powieść młodzieżowa, to zapewniam, że spodoba się również fanom fantastyki oraz urban fantasy. Dopiszcie ją koniecznie do swojej listy "must read"!

Jeśli czytaliście już "Okrutną Pieśń", to koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze wrażenie po lekturze! Jeśli nie, to mam nadzieję, że po tej recenzji przekonacie się do sięgnięcia po tę powieść.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


wtorek, 13 lutego 2018

"Kłamczucha" - E. Lockhart

Pewnie każdy z Was zna powiedzenie, że kłamstwo ma krótkie nogi. Jednak czy zna je również tytułowa Kłamczucha, bohaterka najnowszej powieści E. Lockhart? Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką. Jeśli chcecie wiedzieć, czy udane, to zapraszam na recenzję!


Wierzyła, że im więcej wypocisz na treningu, tym mniej wycierpisz w walce.
Wierzyła, że najlepszym sposobem, by uniknąć złamanego serca, jest udawać, że się go nie ma.
Wierzyła, że to, jak mówisz, jest często ważniejsze niż to, co masz do powiedzenia.
Wierzyła też w filmy akcji, trening siłowy, potęgę makijażu, ćwiczenie pamięci, równe prawa oraz to, że z filmików na YouTube można się nauczyć miliona rzeczy, których na próżno szukać w college’u.

Jule West Williams to wojowniczka, dziewczyna kameleon, zawsze gotowa do ataku.
Imogen Sokoloff to dziedziczka fortuny i zagubiona w życiu sierota. Co przyniesie przyjaźń tych dwóch tak różnych dziewczyn?


Zacznijmy od plusów tej powieści. Co urzekło mnie w "Kłamczusze"? Na pewno bardzo oryginalny i kreatywny zabieg, który zastosowała autorka, mianowicie opowiedziała Ona historię głównej bohaterki od końca. Niektórzy uważają, że wprowadziło to niepotrzebny chaos do książki, nie mogli połapać się w bieżących wydarzeniach. Ja na szczęście nie miałam tego problemu, skrupulatnie zapamiętywałam wszystkie istotne szczegóły każdego kolejnego rozdziału, aby za chwilę dowiedzieć się, co kierowało bohaterką w danej sytuacji. Bo skoro już znałam skutek działania Jule, to musiałam przecież jeszcze poznać jego motyw, prawda? Autorka świetnie zbudowała napięcie, nie mogłam oderwać się od książki i pochłonęłam ją w ekspresowym tempie. Mimo że język powieści jest łatwy i prosty w odbiorze, co wspomaga szybkie czytanie, to powieść wymaga od czytelnika maksymalnego skupienia, żeby żaden istotny szczegół mu nie umknął. Na plus jest także wątek kryminalny, który sprawił, że autorka wyszła poza ramy tradycyjnej powieści młodzieżowej, dodała coś od siebie. "Kłamczucha" nie należy do powieści łatwych, jednak po przeczytaniu na pewno pozostanie na dłużej w Waszej pamięci. Ja do tej pory się zastanawiam nad przesłaniem tej książki, bo muszę przyznać, że chyba nie do końca je zrozumiałam. 

I w tym momencie niestety nadszedł czas na słabe strony lektury. Największym rozczarowaniem było dla mnie zakończenie tej książki. Nie dość, że nagłe i moim zdaniem nieprzemyślane przez autorkę, to sprawiło, że ostatecznie nie znalazłam sensu całej powieści. "Kłamczucha" przez prawie 300 stron mocno trzymała mnie w napięciu, wręcz nie mogłam się doczekać, aż poznam ostatni rozdział i byłam bardzo ciekawa, jakiego asa w rękawie trzymała dla czytelników E. Lockhart na sam koniec. Niestety okazało się, że żadnego... Muszę przyznać, że dawno żadne zakończenie książki mnie aż tak nie rozczarowało, zniszczyło dobre zdanie, które zdążyłam wyrobić sobie o powieści w trakcie czytania. No cóż, nie zawsze jest idealnie, tym razem autorce w ostatnim rozdziale coś zdecydowanie nie wyszło. Jeżeli chodzi o kolejne minusy "Kłamczuchy", to jest to niewyjaśnienie do końca wszystkich rozpoczętych wątków. Mam wrażenie, że ta historia nie została opowiedziana do końca, a autorka rozpoczynając kolejne epizody zapominała o nich przy następnych rozdziałach. Może jakbym aż tak bardzo nie skupiała się na wszystkich szczegółach, to by mi to aż tak bardzo nie przeszkadzało, jednak ostatecznie mam wrażenie, że E. Lockhart sama zagubiła się w tej historii. Jeżeli chodzi o bohaterów, to uważam, że zostali oni przedstawieni zbyt powierzchownie. Osobiście nie do końca potrafiłam wczuć się w skórę Jule i zrozumieć jej decyzje. Moim zdaniem książka zyskałaby, jeśli autorka dołożyłaby do niej chociażby sto stron i lepiej pociągnęła niektóre wątki oraz przybliżyła czytelnikowi charaktery bohaterów. 


Czy polecam? Ciężkie pytanie. Na pewno radzę Wam przeczytać "Kłamczuchę" chociażby po to, aby wyrobić sobie o niej własne zdanie. Może autorka Was bardziej do siebie przekona i znajdziecie przesłanie w tej powieści, którego ja niestety szukam na próżno nawet po zakończeniu lektury. Niewykluczone, że zrobię kiedyś reread tej książki i wtedy spojrzę na nią zupełnie inaczej. 

Jeśli czytaliście już najnowszą powieść E. Lockhart, to koniecznie dajcie znać jakie są Wasze opinie na jej temat! Czy Wy też macie problem z tym zakończeniem? 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


wtorek, 5 grudnia 2017

"Światło" - Jay Asher

Okres przedświąteczny zaczął się na dobre już w listopadzie. Wtedy też przeczytałam swoją pierwszą w tym roku książkę o tematyce Świąt Bożego Narodzenia. Było to również moje pierwsze spotkanie z twórczością Jaya Ashera - autora słynnych "13 powodów". Jak przebiegło? Czy pisarzowi udało się wprowadzić mnie w świąteczny klimat? 


Sierra prowadzi podwójne życie, a jego rytm wyznaczają święta Bożego Narodzenia. Jedno to życie w Oregonie, przy plantacji drzewek choinkowych, którą prowadzi jej rodzina. Drugie to życie świąteczne, kiedy przychodzi czas ich sprzedaży i wszyscy przenoszą się na miesiąc do Kalifornii. Gdy podczas jednej ze świątecznych podróży poznaje Caleba, wszystko się zmienia. Calebowi daleko do idealnego chłopaka. Kiedyś popełnił ogromny błąd, którego cenę wciąż płaci. Sierra potrafi w nim jednak zobaczyć coś więcej niż jego przeszłość i jest gotowa zrobić wszystko, by pomóc mu odzyskać wiarę w siebie. Sierra i Caleb odkrywają coś, co może przezwyciężyć nieporozumienia, podejrzliwość i niechęć, które narastają wokół nich: prawdziwą miłość.

Muszę przyznać, że tematyka "Światła" była mi szczególnie bliska ze względu na fakt, że sama kiedyś miałam okazję sprzedawać choinki, więc miło było znowu powrócić do starych czasów i trochę powspominać. Bardzo się cieszę, że autor nie skupił się tylko i wyłącznie na wątku miłosnym, ale rozwinął jeszcze inne, takie jak wspomniana wyżej praca na plantacji świątecznych drzewek, a także problemy Sierry i Caleba, z którymi prędzej czy później każdemu przyjdzie czas się zmierzyć. Dobrze wiemy, że w życiu nie zawsze jest kolorowo, jednak najważniejsze to nigdy się nie poddawać, czego między innymi uczy Nas ta powieść. Co więcej pokazuje ona działanie współczesnego społeczeństwa oceniającego innych na podstawie zasłyszanych plotek czy niedopowiedzianych historii. Często odwracamy się od innych, gdy ci popełnią błąd, nie próbując zrozumieć motywów kierujących nimi w danej sytuacji oraz nie dając im szansy na wytłumaczenie swojego postępowania. Jay Asher uzmysławia Nam, że w życiu nie powinniśmy sugerować się opiniami innych, tylko wyrabiać swoje własne zdanie na dany temat oraz tego, że każdy zasługuje na drugą szansę. Uważam, że książka jest bardzo wartościowa i mądra, zdecydowanie warta przeczytania oraz wyciągnięcia z niej pewnych wniosków. Wielkim plusem jest to, że autor osadził czas akcji w pięknym przedświątecznym okresie, kiedy jest najlepszy moment na przebaczenie i wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka. 


Książkę czytało mi się bardzo szybko i przyjemnie, język jest łatwy w odbiorze i mimo że powieść skierowana jest głównie do nastolatków, to myślę, że również starsze osoby znajdą w niej coś dla siebie. Jeżeli chodzi o bohaterów to autor zadbał o to, żeby dali się lubić. Nie są idealni, są zwykłymi młodymi osobami, które mają za sobą miłe przeżycia, ale również dotknęło ich w życiu kilka przykrych sytuacji. Dzięki temu łatwiej Nam się z nimi utożsamić. Zapewniam, że historia Sierry i Caleba na dlugo zapadnie w Waszej pamięci!

Jeśli szukacie książek, które wprowadzą Was w świąteczny nastrój, a także takich, które Was czegoś nauczą, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po najnowszą powieść Jaya Ashera! Gwarantuję Wam, że gdy usiądziecie wieczorem z kubkiem ciepłej herbaty w jednej ręcę oraz "Światłem" w drugiej, to nim się obejrzycie będziecie przewracali ostatnią stronę książki. 


Może ktoś z Was miał już okazję czytać? Jeśli tak, to koniecznie podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


czwartek, 2 listopada 2017

"Król Kier" - Aleksandra Polak

Często wspominam o tym, że lubię czytać książki polskich autorów, szczególnie jeśli są to debiuty. Wtedy jestem w stanie przymknąć oko na kilka niedociągnięć i zrozumieć, że każdy kiedyś zaczynał od zera i trzeba dać szansę początkującym osobom próbującym zaistnieć na polskim rynku wydawniczym (co wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe!). Już sama okładka "Króla Kier" przyciąga uwagę czytelnika, sprawia, że chce on sprawdzić, co kryje się na kartach tej powieści. Tak było i ze mną. Jak na prawdziwą okładkową srokę przystało, kiedy zobaczyłam oprawę debiutanckiej książki Aleksandry Polak, wiedziałam, że muszę ją mieć. Po przeczytaniu opisu tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. A jak przebiegło moje pierwsze spotkanie z twórczością młodej polskiej pisarki? Zapraszam na recenzję.


Alicja jest zwyczajną dziewczyną, nie należy do szkolnej elity, nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle rówieśników. Poznajemy ją, gdy jest w ostatniej klasie liceum i trwają przygotowania do studniówki. Kilka dni przed jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu maturzystów, Alicja przestaje dogadywać się ze swoim chłopakiem Maksem. Najlepsza przyjaciółka dziewczyny postanawia zainterweniować i zabiera Alę do cyrku, aby ta chociaż na chwilę zapomniała o swoich problemach. Bohaterka poznaje tam tajemniczego chłopaka Hadriana, który jak się później okaże, wywróci jej życie do góry nogami...


Długo zastanawiałam się, co napisać na temat "Króla Kier". Nie potrafię jasno powiedzieć, czy książka mi się podobała, czy też nie, mam co do niej bardzo mieszane uczucia. Ma sporo zalet, ale niestety tyle samo wad. Zacznijmy jednak od początku. Po okładce, tytule oraz opisie książki wydawać by się mogło, że będzie ona powieścią fantastyczną, w której główną rolę będzie grał cyrk. Muszę Was jednak wyprowadzić z błędu. Mimo że magia pojawia się w "Królu Kier", to dzieje się to dopiero około dwusetnej strony, jednak z cyrkiem nie ma ona za wiele wspólnego - jedynie grupa uzdolnionych magicznie osób nazywa się Circus Lumos. Przez pierwszą połowę ksiązki autorka skupia się tylko i wyłącznie na wątku miłosnym i problemach sercowych Alicji, która boryka się między wyborem jednego z dwóch kandydatów na chłopaka. Kiedy wreszcie udaje jej się podjąć decyzję, to do świata naszej bohaterki z impetem wpada magia. Muszę przyznać, że miałam problem z przestawieniem się z typowej powieści Young Adult na książkę z gatunku fantastyki. Myślę, że jakby oddzielić obie części kreską i dopisać każdej z nich brakującą połowę, to powstałyby dwie bardzo dobre książki. Połączenie, które zastosowała Aleksandra Polak wprowadziło do "Króla Kier" niepotrzebny chaos oraz wywołało we mnie mieszane uczucia.


Co do bohaterów, to są oni niestety bardzo schematyczni. Kiedy poznawałam losy Alicji, jej rozterki sercowe oraz problemy, to w tyle głowy miałam cały czas postać Belli ze "Zmierzchu", a także Clary Fray z "Darów Anioła". Hadrian to typowy rycerz na białym koniu, idealny, nieskazitelny, każda kobieta marzy o takim mężczyźnie - szkoda tylko, że tacy żyją tylko w książkach. A Maks to bohater "zapchaj dziurę" - w końcu na trójkąt miłosny muszą składać się trzy osoby.

Niestety podczas lektury można zauważyć niedoświadczenie autorki oraz Jej niewyćwiczony warsztat. Z bólem serca muszę stwierdzić, że Aleksandra Polak miała naprawdę dobry i kreatywny pomysł na świetną powieść, jednak gorzej poszło Jej z wykonaniem. Niektórym pewnie będą przeszkadzać liczne powtórzenia, bardzo prosty język oraz urywanie wątków w najciekawszych momentach, ja jednak przymknęłam na to oko i wierzę, że z tomu na tom będę zauważać zmianę, jaka zajdzie w stylu oraz warsztacie pisania autorki. Mimo wszystkich niedociągnięć książkę czytało mi się szybko i przyjemnie, chociaż były takie momenty, przez które ciężko było mi przebrnąć.


Po przeczytaniu "Króla Kier" mam mieszane uczucia, jednak nie skreślam jeszcze młodej, debiutującej na polskim rynku wydawniczym autorki. Jestem bardzo ciekawa, co pokaże w następnym tomie, jak rozwinie się Jej warsztat, styl oraz jak rozegra się dalej wątek magiczny. Mam nadzieję, że problemy miłosne zejdą na drugi plan i będziemy mogli cieszyć się tym, czego oczekujemy od tej serii, czyli magią w najczystszym wydaniu!

Jeśli lubicie dawać szansę debiutującym autorom, to koniecznie musicie sięgnąć po "Króla Kier" i wyrobić sobie własną opinię. Nie oczekujcie jednak powieści z efektem wow, podejdźcie do niej na luzie, a może miło się zaskoczycie ;)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

środa, 27 września 2017

"Kroniki Jaaru. Księga Luster" - Adam Faber

Hej! Zapewne większość z Was zna (a jeśli nie, to polecam nadrobić zaległości!) Tojko, która robi przepiękne zakładki. Niedawno zaprojektowała również śliczną okładkę do "Księgi Luster" i to między innymi zachęciło mnie do przeczytania tej książki. Co więcej w ostatnim czasie postanowiłam sięgać po więcej książek rodzimych autorów, których powieści są równie dobre jak zagranicznych pisarzy. Dzisiaj zapraszam Was do przeczytania mojej opinii na temat pierwszego tomu "Kronik Jaaru" Adama Fabera.


Kate jest typową nastolatką. Mieszka u swojej ciotki w Londynie​ i wiedzie spokojne życie. Pewnego dnia staje na progu tajemniczego sklepu pełnego czarodziejskich przedmiotów, od właścicielki którego otrzymuje Księgę Luster. Dziewczyna rzuca miłosny urok na przystojnego Jonathana, lecz czar skutkuje zupełnie inaczej, niż by tego oczekiwała. Pewnego dnia Kate trafia do Jaaru, krainy zamieszkanej przez magiczne stworzenia. Żyjący tam Fion jest ferem, baśniową istotą. Jego stosunki z ojcem są coraz gorsze, więc w akcie buntu opuszcza dom, by odnaleźć przypisaną mu czarownicę. Wpada w ręce niebezpiecznej nimfy Erato​ i przez swoją naiwność wprowadza do świata magii wielki zamęt. Tymczasem w Londynie ciotka dowiaduje się, że ze sklepu pani Selene zniknął magiczny kamień o potężnej mocy. Czy uda się go odnaleźć? Jak Kate, początkująca wiedźma, poradzi sobie w świecie Jaaru, mając u boku ekscentryczne fery i wyniosłego jednorożca? I co tak naprawdę skrywa plan nikczemnej Erato? ​​


Pierwszą rzeczą, do której chciałabym się odnieść, to porównanie "Kronik Jaaru" do cyklu o Harrym Potterze J. K. Rowling. Moim zdaniem obie serie nie mają ze sobą wielu cech wspólnych, jedynym podobieństwem jest występująca w obu fantastycznych powieściach magia. Jeśli miałabym zestawić książkę Adama Fabera z jakimś powszechnie znanym książkowym cyklem dla młodzieży, to byłyby to "Opowieści z Narnii" C.S. Lewisa, gdyż główna bohaterka Kate kojarzyła mi się z Łucją, najmłodszą z rodzeństwa Pevensie, a jednorożec Jawis z Panem Tumnusem. Do zalet powieści zdecydowanie należy fakt, że książka została napisana lekkim i przyjemnym w odbiorze językiem, przez co czyta się ją naprawdę szybko (jest to również zasługa dużej czcionki). Autor zadbał o to, żeby czytelnik naprawdę dobrze poznał wykreowany przez niego magiczny świat oraz wszystkie stworzenia go zamieszkujące. Czytając "Księgę Luster" można wyczuć, że jest to dopiero wprowadzenie do kolejnych tomów, a akcja rozwinie się na dobre w następnych częściach. Muszę przyznać, że momentami miałam problem z wczuciem się w historię Kate i Fiona, gdyż wbrew moim oczekiwaniom akcja nie pędziła w zawrotnym tempie, wszystko działo się powoli i spokojnie. Uważam, że autor mógł ominąć kilka wątków i poprowadzić czytelnika szybciej przez wydarzenia mające miejsce w książce, co pomogłoby zbudować napięcie i sprawić, że mocniej przeżywalibyśmy losy Naszych bohaterów. 


Skupmy się teraz na postaciach występujących w "Kronikach Jaaru". Moim zdaniem autor posłużył się utartym schematem, wprowadził do powieści sztampowych bohaterów, którzy nie wyróżniają się niczym szczególnym na tle innych postaci literackich. Główne charaktery mają dar do pakowania się w kłopoty, nie dogadują się najlepiej ze swoją rodziną, oprócz nich znajdziemy tu również złą czarownicę, która dąży po trupach do celu, a także bohatera poświęcającego się dla dobra ogółu. Mimo to muszę przyznać, że niektóre wykreowane przez Pana Fabera postacie naprawdę da się lubić. Spotkałam się z wieloma opiniami, które kwalifikują "Księgę Luster" jako literaturę skierowaną do młodszych czytelników. Zgadzam się z nimi, aczkolwiek uważam, że starsze osoby znajdą w niej również coś dla siebie. Będą mogły przenieść się do bajkowego świata, przypomnieć sobie czasy młodości, poczuć się znów jak nastolatkowie i razem z Kate przeżywać masę przygód. Na wspomnienie zasługuje również przepiękne wydanie książki, Czwarta Strona w ostatnim czasie wydaje same perełki, które czytelnik zjada oczami. Oby tak dalej!


Podsumowując, "Księga Luster" jako debiut literacki Adama Fabera jest naprawdę książką wartą poświęcenia jej chwili uwagi. Sprawdzi się głównie jako lektura dla nastolatków i młodszych czytelników, ale ja jako dwudziestokilkulatka również znalazłam w niej coś dla siebie. Już niedługo, bo 11 października, premierę będzie miała kolejna część serii "Czarny amulet". Jestem bardzo ciekawa, jak potoczą się losy bohaterów i co tym razem przygotował dla Nas autor.

A Wy czytaliście już "Księgę Luster"? A może już czekacie na kolejny tom? Dzielcie się swoimi wrażeniami po lekturze w komentarzach!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


wtorek, 19 września 2017

"Zdrajca Tronu" - Alwyn Hamilton

Hej! Jeśli czytaliście moją opinię o "Buntowniczce z pustyni", to pewnie wiecie, że zakochałam się w tej książce od pierwszej strony. Nie mogłam się doczekać, kiedy sięgnę po kontynuację. W końcu się udało, ale czy "Zdrajca Tronu" przebił pierwszą część? A może był od niej gorszy? Tego dowiecie się po przeczytaniu recenzji.


Amani Al-Hiza wyrwała się z zabitej deskami wioski Dustwalk, aby przemierzać bezkresne piaski pustyni wraz z tajemniczym chłopakiem Jinem. W drodze ku wolności czekało na nią wiele przygód, nie obeszło się również bez przeciwności losu. W drugiej części sytuacja zmienia się diametralnie. Amani wbrew własnej woli trafia do pałacu Sułtana, gdzie zostaje uwięziona. Od tej chwili ma w głowie tylko jeden cel: uwolnić się spod władzy tyrana, a także obalić jego rządy. Nie będzie to jednak łatwe. Czy znajdzie sojuszników, którzy pomogą jej wydostać się z pałacu? Czy przyjaciele nie zostawią jej na pastwę losu i obmyślą plan ucieczki Amani? A także co się dzieje z Jinem? Jeśli chcecie znać odpowiedzi na te pytania, koniecznie przeczytajcie "Zdrajcę Tronu"!


Jedynym minusem "Buntowniczki z pustyni" było to, że tak szybko się skończyła. Dlatego gdy zobaczyłam, że kolejna część ma ponad 550 stron, byłam w siódmym niebie. Chciałam jeszcze mocniej zagłębić się w świat pustyni, lepiej poznać bohaterów, przeżywać z nimi kolejne przygody. Muszę przyznać, że gdy zasiadałam do lektury "Zdrajcy Tronu" byłam w dołku czytelniczym, jednak miałam nadzieję, że Alwyn Hamilton pomoże mi się z niego wydostać, abym na nowo mogła czerpać przyjemność z czytania. Nie zawiodłam się! Mimo że książka pochłonęła mnie na dobre dopiero od setnej strony, to do ostatniego słowa pozostałam w świecie stworzonym przez autorkę, która po raz kolejny odwaliła kawał świetnej roboty! Rzadko zdarza mi się kierować pochwały w stronę autorów, aczkolwiek Alwyn Hamilton zasługuje na wielkie brawa! To, co potrafi ona robić z czytelnikiem, który podczas czytania jej powieści przeżywa prawdziwy kalejdoskop emocji, co więcej trzyma go w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, naprawdę jestem dla Niej za to pełna podziwu. 


"Zdrajcę Tronu" oraz "Buntowniczkę z pustyni" łączy sporo rzeczy, jednak są też takie które je od siebie różnią. W pierwszej części Nasza odważna bohaterka przemierzała pustynię w poszukiwaniu lepszego jutra. Autorka przedstawiła Nam, jak wygląda życie w małej mieścinie, gdzie nie ma żadnych perspektyw na przyszłość, wprowadziła Nas w świat dżinów, półdżinów, magicznych koni Buraqi oraz pokazała jak wygląda wędrówka przez niekończące się piaski bez niezbędnej do przetrwania wody i jedzenia. W drugiej części Alwyn Hamilton przenosi Nas do pałacu Sułtana, przybliża Nam życie ludzi z bogatszych sfer miasta, królewskiej rodziny, a także samego władcy, co więcej uświadamia Nam jak są traktowane żony w haremie, a także pokazuje, że nikomu nie można ufać, zwłaszcza własnej rodzinie. Autorka zadbała o to, aby język powieści był lekki i przyjemny, a książkę czytało się w szybkim tempie. Podobnie jak w "Buntowniczce z pustyni" nie zabrakło tu niespodziewanych zwrotów akcji, ciekawej fabuły oraz dużej ilości przygód. Alwyn Hamilton odpuściła Nam nic nie wnoszące, dłużące się opisy, chociaż myślę, że gdyby umieściła je w swojej powieści, to czytałoby się ją równie dobrze. Co więcej ilość epitetów pomagających czytelnikowi przenieść się w magiczny świat pustyni, jest naprawdę ogromna, a dzięki nim jesteśmy w stanie jeszcze mocniej wczuć się w klimat książki, który jest zupełnie inny niż w pierwszym tomie, ale fascynuje równie niesłychanie. Jeżeli chodzi o bohaterów, to w drugim tomie autorka wprowadza sporo nowych postaci, niestety zapominając o tych, którzy pojawili się w pierwszej części. I podobnie jak w "Buntowniczce z pustyni" nie przybliża Nam dokładnie każdej z nich, tylko stwarza ich ogólny zarys. Najbardziej brakowało mi osoby Jina, mam nadzieję, że w kolejnym tomie będę mogła się nim wreszcie nacieszyć :)


Jeśli nadal zastanawiacie się, czy sięgnąć po serię Alwyn Hamilton, to mam nadzieję, że Was do tego zachęciłam. Polecam ją wszystkim fanom fantastyki, powieści młodzieżowych, którzy szukają w książkach czegoś innowacyjnego i kreatywnego, a zapewniam, że na pewno się nie zawiedziecie! Osobiście jestem bardzo ciekawa, co autorka zaserwuje Nam w trzecim tomie, bo muszę przyznać, że "Zdrajcą Tronu" wysoko podniosła sobie poprzeczkę. Mam nadzieję, że Wydawnictwo Czwarta Strona szybko zdecyduje się wydać polską wersję książki, gdyż nie mogę się już doczekać kontynuacji tej fenomenalnej historii!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję:




sobota, 19 sierpnia 2017

"Milion odsłon Tash" - Kathryn Ormsbee

Hej! Dwa dni temu miała miejsce premiera nowej książki młodzieżowej "Milion odsłon Tash" Kathryn Ormsbee. Jako że czasem lubię sięgnąć po lekką i niewymagającą lekturę, to postanowiłam przeczytać nowość od Wydawnictwa Otwartego oraz Moondrive. Czy dostałam to, czego oczekiwałam, dowiecie się po przeczytaniu recenzji.


Tash, a właściwie Natasha Zelenka, jest siedemnastoletnią dziewczyną, miłośniczką twórczości Lwa Tołstoja. Pewnego dnia wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Jack postanawia stworzyć współczesną wersję klasycznej powieści "Anny Kareniny". Ze względu na brak pieniędzy, odcinki swojego serialu zamieszczają na YouTube. Jakie jest zdziwienie ekipy "Nieszczęśliwych rodzin", gdy w ciągu jednego dnia przybywa im kilkadziesiąt tysięcy subskrybentów. Okazuje się, że sławnej YouTuberce Taylor Mears bardzo spodobał się niskobudżetowy serial tworzony przez nastolatków z liceum Calhoun High i wspomniała o nim na swoim kanale. Od tej chwili wszystko się zmienia. Tash i Jack mają więcej obowiązków związanych z tworzeniem nowych odcinków, "Nieszczęśliwe rodziny" dostają nominację do najważniejszej nagrody dla vlogerów, czyli Złotych Tub, a do naszej bohaterki odzywa się Thom Causer, jeden z najpopularniejszych vlogerów. Czy nastolatka udźwignie ciężar sławy, który spadł na nią jak grom z jasnego nieba? Jak poradzi sobie z ciemną stroną Internetu? I w jakim kierunku podąży jej znajomość z Thomem? Przeczytajcie, aby się dowiedzieć!


Zabierając się za tę pozycję oczekiwałam lekkiej i przyjemnej powieści i właśnie taką dostałam. Kathryn Ormsbee używa prostego języka, dzięki któremu książkę czyta się bardzo szybko. Ja pochłonęłam ją w dwa wieczory. Mimo że akcja rozkręca się powoli, to "Milion odsłon Tash" wciąga od pierwszej strony. Powieść posiada wszystkie zalety dobrej młodzieżówki. A jej lekki temat jest tylko przykrywką do przybliżenia czytelnikowi problemów współczesnych rodzin oraz nastolatków. Autorka pokazuje Nam, z czym wiąże się prowadzenie własnego kanału w Internecie, uświadamia moc hejtu oraz odsłania złe strony sławy. Do tego możemy odkryć ciekawostki z życia sławnego pisarza Lwa Tołstoja oraz dowiedzieć się, jak wygląda praca nad tworzeniem filmików internetowych. Wielką zaletą powieści jest to, że Kathryn Ormsbee przedstawiła nastoletnich bohaterów jako osoby pełne pasji, zainteresowań, mające cel w życiu, do którego konsekwentnie starają się dążyć. Co więcej przeciwności, które stają im na drodze, sprawiają, że lepiej poznają świat i samych siebie. Nikt nie jest ideałem, każdy musi zmagać się z własnymi problemami i często jest nierozumiany przez innych. To sprawia, że bohaterowie "Milion odsłon Tash" stają się dla czytelnika bardziej realni i możemy się z nimi utożsamiać, a co więcej postrzegać ich jako autorytet do naśladowania. Warto również wspomnieć, że historia przepełniona jest świetnym poczuciem humoru, a podczas czytania nie raz uśmiechniemy się do siebie pod nosem.


Mimo że lato się już kończy, to "Milion odsłon Tash" jest lekturą idealną na tę porę roku, zatem musicie pospieszyć się z jej przeczytaniem, jeśli chcecie poczuć niepowtarzalny klimat tej powieści. Jeśli chcielibyście poznać mądrą historię dla nastolatków, która niesie ze sobą jakieś przesłanie, a do tego jest napisana lekkim językiem, to nie zastanawiajcie się długo, tylko biegnijcie do księgarni po nową książkę Kathryn Ormsbee. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.

środa, 9 sierpnia 2017

"Buntowniczka z pustyni" - Alwyn Hamilton

Cześć! Zapewne większość z Was słyszała o "Buntownicze z pustyni" Alwyn Hamilton.A nawet jeśli nie słyszeliście, to na pewno widzieliście okładkę tej fantastycznej powieści, która swego czasu opanowała cały Bookstagram. Nie ma co się dziwić, na żywo prezentuje się zjawiskowo! Podobnie jak treść, ale o tym za chwilę ;)


Amani jest nastoletnią dziewczyną, mającą jedno małe marzenie: za wszelką cenę pragnie wyrwać się spod opieki swojego wuja oraz z osady Dustwalk, gdzie nie ma dla niej żadnych perspektyw na przyszłość. Jedyne co jej w tym przeszkadza, to brak pieniędzy. Pewnego razu nadarza się okazja, aby zarobić trochę gotówki i uciec z zabitego deskami miasteczka. Amani posiada nieprzeciętny talent posługiwania się bronią i liczy na to, że to właśnie on pomoże jej w osiągnięciu celu. Podczas zawodów strzelniczych poznaje tajemniczego chłopaka imieniem Jin, z którym rywalizuje o zwycięstwo. Nieoczekiwany zwrot akcji uniemożliwia dziewczynie wygraną, a nawet zmusza do ucieczki z, jak się później okazuje, zbiegiem oskarżonym o zdradę stanu. Amani nie dane jest jednak szybkie pozbycie się nowego znajomego. Razem będą przemierzać bezkresne piaski pustyni, aby uciec przed Sułtanem oraz gonić marzenia o lepszym życiu.


Rzadko zdarza mi się trafić na książkę, która wciągnęłaby mnie od pierwszej strony. Tym razem się udało! Autorka świetnie buduje napięcie już we wstępnym rozdziale oraz serwuje czytelnikowi prawdziwy rollercoaster emocji, który nie pozwala mu odłożyć powieści nawet na sekundę. Wartka akcja, nieustanne jej zwroty oraz elementy zaskoczenia to główne zalety "Buntowniczki z pustyni". Muszę przyznać, że mocno wciągnął mnie świat wykreowany przez Alwyn Hamilton. Do tej pory miałam okazję czytać tylko jedną książkę, której fabuła osadzona była na pustyni, dlatego bardzo chętnie sięgnęłam po coś w podobnym klimacie. Autorka używa wielu epitetów, które pomagają czytelnikowi wyobrazić sobie wszystko nawet z najdrobniejszymi szczegółami. Czytając tę książkę czułam się, jakbym została rzucona w sam środek rozgrywanych w niej wydarzeń, i mogła przeżywać przygody Amani i Jina razem z nimi. Jeżeli chodzi o język, to nie ma żadnych problemów z jego zrozumieniem, jest lekki i przyjemny w odbiorze, co sprawia, że powieść pochłania się w ekspresowym tempie. Na wspomnienie zasługuje fakt, że wątek miłosny jest bardzo subtelny i nie razi w oczy, a autorka skupiła się na stworzeniu ciekawych i intrygujących pustynnych stworzeń. Osobiście zakochałam się w piaskowych koniach Buraqi i gdyby istniały one naprawdę, to z chęcią bym jednego przygarnęła :D 


Teraz kilka słów o bohaterach. Alwyn Hamilton zadbała o to, aby czytelnik polubił dwójkę pierwszoplanowych osób, czyli Amani i Jina. Jeżeli lubicie Celaenę ze "Szklanego Tronu", to Amani również przypadnie Wam do gustu. Dziewczyna jest bardzo wybuchowa, pomysłowa, kreatywna i ma dar do pakowania się w kłopoty, ale jednocześnie do szybkiego rozwiązywania problemów. Za wszelką cenę dąży do określonego celu i nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Co do Jina, to według mnie jest go za mało w tej powieści, autorka mogła bardziej skupić się na odkryciu tajemnic tego bohatera oraz przybliżeniu jego życiorysu. Mam jednak cichą nadzieję, że wątek chłopaka rozwinie się w kolejnych częściach serii i będzie mi dane bliżej poznać Jina oraz jego charakter. Podobne odczucia mam co do drugoplanowych postaci. Zaznajamiamy się z nimi tylko powierzchownie, a uważam, że są to bardzo ciekawe i złożone osobowości, a ich losy mogą wciągnąć równie mocno, jak historia Amani i Jina.


Podsumowując, jeśli kochacie młodzieżowe fantastyczne powieści i szukacie czegoś innowacyjnego oraz wciągającego na książkowym rynku, to koniecznie musicie sięgnąć po "Buntowniczkę z pustyni". Ja zakochałam się w niej od pierwszej strony i nie mogę doczekać się, kiedy będę mogła sięgnąć po kontynuację. Oceniam ją również jako najlepszą książkę przeczytaną w bieżącym roku, o której na pewno długo nie zapomnę! 

Jeśli czytaliście już "Buntowniczkę z pustyni", to chętnie dowiem się, co o niej myślicie :) Czy Was też zauroczyła historia Amani i Jina?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu oraz Czwartej Stronie.