Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 września 2018

"Ostatnia Wyrocznia" - James Rollins

Długo szukałam autora piszącego podobne książki do Dana Browna - sensacyjne, z wartką akcją oraz wciągające od pierwszej strony. W końcu go znalazłam! A o kim mowa? O Jamesie Rollinsie - swoją przygodę z tym pisarzem rozpoczęłam od książki "Ostatnia Wyrocznia" i już teraz mogę Wam powiedzieć, że na pewno nie jest to ostatnia przeczytana przeze mnie powieść Rollinsa.


Rok 398, świątynia Apollina w Delfach na górze Parnas. Z rozkazu cesarza Rzymu legionista zabija Pytię – kobietę zasiadającą na tronie wyroczni wielbionej przez władców i zdobywców antycznego świata. 
Waszyngton, czasy współczesne. Na rękach Pierce’a umiera starszy człowiek, śmiertelnie postrzelony przez snajpera. Okazuje się, że zabity to profesor neurologii Archibald Polk, jeden z współzałożycieli Sigmy. Dlaczego zginął? Odpowiedź może ukrywać zakrwawiona grecka moneta przedstawiająca świątynię w Delfach…
Polk był jednym ze współpracowników tajnego Projektu JASON, w którym na zlecenie rządu wybitni naukowcy prowadzili badania nad autystycznymi dziećmi odznaczającymi się wyjątkowym talentem. Grayson i agenci Sigmy będą musieli przemierzyć cały świat – od Waszyngtonu, przez indyjskie slumsy i napromieniowane ruiny Czarnobyla, po opuszczone podziemne miasto w Uralu – by rozwikłać zagadkę , której korzenie sięgają starożytnej Grecji. I powstrzymać szaleńca, który nie zawaha się przed zgładzeniem jednej czwartej ziemskiej populacji, by urzeczywistnić swój plan zdobycia niczym nieograniczonej władzy…


Gdy przeczytałam opis "Ostatniej Wyroczni" wiedziałam, że ta książka może mi się spodobać. Na szczęście się nie pomyliłam. Akcja pędzi w zawrotnym tempie już od pierwszej strony. Autor zgrabnie przeskakuje między wydarzeniami oraz miejscami, w których się one rozgrywają, zmienia narratorów na każdym kroku. Na początku miałam mały problem, aby połapać się w tym natłoku informacji, jednak kiedy skupiłam się tylko i wyłącznie na książce i bohaterach wszystko stało się dla mnie jasne i klarowne. Wielkim plusem jest to, jak autor zgrabnie i sprytnie połączył ze sobą na pozór nic nie mające ze sobą wspólnego wątki i osoby. Książkę czyta się bardzo szybko, po prostu się przez nią płynie, napięcie sięga zenitu, a czytelnik jak najszybciej chce dowiedzieć się, co się za chwilę wydarzy. Język powieści nie zawsze jest jasny w odbiorze, autor używa wyszukanych słów oraz posługuje się specjalistycznym słownictwem, które nie zawsze potrafiłam rozszyfrować, ale od czego są słowniki, prawda? ;) Rollins posiada talent do opisywania miejsc, ludzi i wydarzeń. Dawno nie czytałam książki, w której są aż tak szczegółowe opisy, tę powieść czuję się całym sobą, dosłownie jakbyśmy sami uczestniczyli w opisanych w niej wydarzeniach. Mnogość epitetów oraz onomatopei sprawiają, że wyobraźnia czytelnika pracuje na najwyższych obrotach. Jeżeli chodzi o samą fabułę, to moim zdaniem idealnie sprawdziłaby się na dużym ekranie. Jeśli lubicie kino przygodowe i sensacyjne oraz szukacie książki w podobnych klimatach, to z czystym sumieniem mogę Wam polecić "Ostatnią Wyrocznię". A może kiedyś doczekamy się ekranizacji? ;)

Co do słabych stron, to znalazłam tylko jedną: bohaterowie. Są oni bezbarwnymi postaciami, autor kładzie nacisk na akcję i emocje, niestety zapominając o tych, którzy tworzą całą tę historię. Ciężko mi cokolwiek powiedzieć o występujących w książce postaciach, gdyż oni naprawdę nie mają żadnych cech charakteru. Jedyne co mają to nazwisko i imię, które czasem też mogą się Nam mylić. 


Jeśli lubicie powieści sensacyjne i przygodowe, a twórczość Dana Browna nie jest Wam obca, to jestem pewna, że polubicie się również z książkami Jamesa Rollinsa! Dla fanów intryg, zagadek, wartkiej akcji i wielu emocji lektura "Ostatniej Wyroczni" jest obowiązkowa. Ja na pewno sięgnę jeszcze po powieści tego autora. Jeśli jakieś czytaliście, to możecie mi polecić w komentarzach. :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros:



środa, 4 lipca 2018

"Rywalka" - Sandie Jones

Większość z Nas nie raz pewnie słyszała opowieści o zaborczej przyszłej teściowej  (a może też zna je z autopsji? ;)). Często nie wiemy, jak sobie radzić z kobietą, która "zabiera" Nam ukochanego chłopaka, narzeczonego czy męża. Po przeczytaniu opisu "Rywalki" Sandie Jones wiedziałam, że to książka dla mnie i że koniecznie muszę ją przeczytać. A jak wrażenia po lekturze? Sprawdźcie sami!


Ona, on i... jego matka
Pammie zachowuje się jak typowa zaborcza matka. Niechęć, jaką żywi do Emily, ukochanej Adama, z każdym dniem rośnie. Pammie wtrąca się w ich życie, psuje romantyczne chwile, a wreszcie – pod pretekstem choroby – wprowadza się do nich. Stopniowo życie Emily zmienia się w koszmar. Adam zawsze staje po stronie matki, a im bliżej ślubu, tym bardziej oddala się od przyszłej żony. Kiedy Emily odkrywa, że to Pammie znalazła ciało poprzedniej narzeczonej syna, która zmarła w tajemniczych okolicznościach, uświadamia sobie, w jakim niebezpieczeństwie się znalazła...
A jeśli zagrożeniem jest ktoś inny?


"Rywalka" to książka, od której nie można się oderwać! Sama pochłonęłam ją w niespełna jeden dzień, co mi się z reguły nie zdarza. Byłam tak mocno zaintrygowana tym, co się dalej wydarzy, że nie mogłam odłożyć książki nawet na chwilę. A jak już mi się to zdarzyło, to cały czas o niej myślałam i próbowałam rozwikłać zagadkę ukrytą na kartach tej powieści. Język Sandie Jones jest lekki i przyjemny w odbiorze, autorka wie, jak zbudować napięcie i wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Mimo że akcja nie pędzi w zawrotnym tempie, to podczas lektury towarzyszy Nam kalejdoskop przeróżnych emocji. Narracja jest pierwszoosobowa, a wydarzenia poznajemy z perspektywy Emily. Autorka co jakiś czas wplata w rozdziały drobne retrospekcje, wspomnienia oraz powroty do przeszłości głównej bohaterki. Nie ukrywam, że była to jedna z rzeczy, które delikatnie mnie denerwowały, gdyż zwyczajnie gubiłam się w tych wydarzeniach i nie wiedziałam, kiedy czytam już o tym, co działo się w danej chwili, a kiedy były to jeszcze wspomnienia z przeszłości. Uważam, że lepszym zabiegiem byłoby podzielenie wydarzeń z przeszłości i z teraźniejszości na oddzielne rozdziały. Na szczęście takich sytuacji było tylko kilka., więc aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało.


Jeżeli chodzi o bohaterów, to niestety nie da ich się lubić, aczkolwiek domyślam się, że to specjalny zabieg autorki, żeby byli tacy a nie inni ;) Najczęściej z równowagi wyprowadzało mnie zachowanie zaborczej matki Adama - Pammie. Jednak zdaję sobie sprawę, że autorka celowo wykreowała tę postać na stereotypową znienawidzoną przez wszystkie kobiety przyszłą teściową, które niektóre z Nas pewnie znają z życia a niektóre póki co jeszcze z opowieści. Kolejne intrygi Pammie, wyskoki Adama i dylematy Emily sprawiają że "Rywalkę" czyta się z zapartym tchem i nie nudzimy się podczas lektury. Jednak uważam, że mimo iż jest to thriller to niestety posiada mało elementów tego gatunku literackiego. Nie znajdziemy tu niespodziewanych zwrotów akcji, na opisy mrożące krew w żyłach i sceny grozy również nie mamy co liczyć. I coś nad czym ubolewam najbardziej i co zdecydowanie obniżyło moją ocenę na temat tej książki to niestety rozczarowujące zakończenie. Moim zdaniem nie było w nim nic zaskakującego, a rozwiązanie zagadki było łatwe do przewidzenia. Może jestem już starą wyjadaczką i przeczytałam za dużo thrillerów, żeby mogły mnie one czymś zaskoczyć. Niemniej jednak uważam, że zakończenie powinno być bardziej rozbudowane. Nie zmienia to faktu, że książka mimo kilku niedociągnięć mi się podobała. Szczególne wyrazy uznania kieruję w stronę autorki za świetny pomysł na fabułę, lekki styl pisania oraz wyrazistych bohaterów. 


Polecam szczególnie osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z thrillerami, fani gatunku mogą być delikatnie rozczarowani zakończeniem. Jednak dopóki nie przeczytacie, to nie będziecie wiedzieli, czy faktycznie nie jest zaskakujące ;) "Rywalka" to książka idealna do wzięcia na wakacje bądź leniwy wieczór w domu. Przed lekturą koniecznie zarezerwujcie sobie wolny dzień, gdyż gwarantuję, że nie będziecie mogli się od niej oderwać! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


piątek, 22 czerwca 2018

"Aru Shah i koniec czasu" - Roshani Chokshi

Muszę się przyznać, że nie czytałam jeszcze ani jednej książki Ricka Riordana. Jednak kiedy zobaczyłam Jego polecajkę na okładce "Aru Shah i koniec czasu" wiedziałam, że musi to być dobra powieść. Mitologia hinduska, ciekawy opis plus piękna oprawa utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę sięgnąć po najnowszą książkę Roshani Chokshi. Jak przebiegło Nasze pierwsze spotkanie? Zapraszam na recenzję.


Aru Shah ma tendencję do naciągania prawdy – robi to, by zyskać sympatię w prywatnej szkole, do której uczęszcza. Kiedy jej koledzy z klasy latają prywatnymi odrzutowcami na egzotyczne wakacje, ona spędza wolny czas w Muzeum Starożytnej Sztuki i Kultury Indyjskiej, którego kustoszem jest jej mama. Czy to zatem dziwne, że Aru zmyśla opowieści o tym, że pochodzi z rodziny królewskiej, podróżuje do Paryża i ma własnego szofera? Pewnego dnia trójka jej kolegów zjawia się w domu Aru, żeby przyłapać ją na kłamstwie. Nie wierzą w jej opowieść o tym, że znajdująca się w muzeum lampa Bharaty jest przeklęta, wyzywają więc Aru, by to udowodniła. „Zapalę ją tylko na moment” – myśli Aru. A potem już nigdy przenigdy nie będzie łgać. Ale zapalenie lampy rodzi poważne konsekwencje. Aru niechcący uwalnia Śpiącego, starożytnego demona, który planuje obudzić Boga Zniszczenia. Jej koledzy i mama zostają zamrożeni, a Aru musi ich uratować. Jedynym sposobem na to, żeby powstrzymać demona, jest odnalezienie legendarnych braci Pandawów i złożenie wizyty w Królestwie Śmierci. Ale jak dziewczynka w piżamie ze Spider-Manem ma tego wszystkiego dokonać?


Co najbardziej urzekło mnie w "Aru Shah i koniec czasu"? Zdecydowanie humor! Nie raz nie mogłam przestać się śmiać, Roshani Chokshi ma świetne poczucie humoru, które bardzo dobrze wykorzystała w swojej powieści. Książkę czyta się bardzo szybko, głównie ze względu na lekki i przyjemny w odbiorze język, a także niekończące się tarapaty i kłopoty, w które na każdym kroku wpadają Aru i jej towarzyszka, Mini. Akcja pędzi do przodu jak szalona, gwarantuję, że nie będziecie się nudzić podczas czytania. Przewaga dialogów nad przeróżnymi opisami również jest w tej książce zaletą. Warto wspomnieć również o samej mitologii hinduskiej, która jest bardzo ciekawa i z którą po prawdzie pierwszy raz miałam do czynienia, ale jestem nią totalnie oczarowana. Autorka co rusz wplata w historię bohaterek elementy hinduskich tradycji, a prawie za każdym rogiem czekają na Aru i Mini zastępy przeróżnych hinduskich bogów oraz demonów. Nie martwcie się jednak natłokiem informacji, na pewno na spokojnie wszystko zrozumiecie i przyswoicie. Kolejną mocną stroną powieści są barwnie wykreowani bohaterowie, którzy szybko zyskują sympatię i przychylność czytelnika. A z każdą kolejną stroną kibicujemy im coraz mocniej. "Aru Shah i koniec czasu" to lekka powieść, jednak niesie ze sobą ważne przesłanie. Mianowicie pokazuje nam, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywają przyjaciele i rodzina, i że bez nich ciężko byłoby nam sobie samemu poradzić. 


Tyle zachwytów, a czy znajdą się jakieś wady? Niestety tak. Powieść Roshani Chokshi jest skierowana raczej do młodszych czytelników. Podczas lektury zauważałam niekiedy absurdalność niektórych sytuacji. Najbardziej przeszkadzał mi chyba wiek bohaterek. które mają jeśli dobrze pamiętam około 12 lat, a są silniejsze i odważniejsze niż niejeden dorosły. Mnie po prostu śmieszy, kiedy takie młode osoby ratują świat, nie tylko w tej książce, więc to raczej moje małe osobiste uprzedzenie. Jestem też zła na autorkę za to, że usunęła na dłuższy czas z fabuły postać, którą najbardziej polubiłam (kto czytał, ten pewnie wie o kogo chodzi, ja nie będę zdradzać, żeby nie spoilerować) i która wnosiła do książki bardzo dużo uśmiechu oraz pozytywnego myślenia. Mam nadzieję jednak, że pojawi się ona w kolejnych tomach i Roshani Chokshi bardziej wykorzysta jej potencjał. 


Zanim sięgniecie po "Aru Shah i koniec czasu" miejcie na uwadze, że jest to książka skierowana głównie do młodszych czytelników. Niemniej jednak ja już z lat młodości wyrosłam, a też świetnie bawiłam się podczas lektury. Polecam szczególnie fanom powieści młodzieżowych z elementami fantastyki. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o mitologii hinduskiej, to ta książka również uchyli Wam rąbka tajemnicy na ten temat. No i oczywiście jeśli lubicie powieści z morałem, które jednocześnie są lekkie i zabawne, to "Aru Shah i koniec czasu" powinna być obowiązkową pozycją na Waszej liście must-read. Ja po kolejne tomy sięgnę na pewno :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

poniedziałek, 7 maja 2018

"Nie ufaj nikomu" - Kathryn Croft

"Nie ufaj nikomu" to kolejny thriller psychologiczny, który w ostatnim czasie wpadł mi w ręce. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Kathryn Croft. Oczekiwania były spore, jednak czy autorce udało się im sprostać?

Mia jest młodą mamą i psychoterapeutką. Pięć lat temu jej mąż Zach popełnił samobójstwo, osieracając tym samym żonę i małą córeczkę. Wtedy również na jaw wyszły szokujące fakty: ukochany mąż Mii, człowiek, którego darzyła bezgranicznym zaufaniem, miał romans ze swoją studentką Josie, która po tragicznych wydarzeniach zaginęła bez śladu. Wydaje się, że po tylu latach Mia pogodziła się wreszcie ze skrywanymi przez Zacha sekretami i rozpoczęła normalne życie. Do czasu, kiedy w jej gabinecie pojawia się nowa pacjentka Alison, a z jej ust padają słowa, które zmienią wszystko w poukładanym życiu kobiety: "Twój mąż nie popełnił samobójstwa, został zamordowany". Kim jest Alison? Czy coś ją łączyło z Zachiem? Czy można jej ufać? Co się stało z Josie? Mia na własną rękę rozpoczyna śledztwo mające odkryć prawdę na temat śmierci jej męża.


W książce mamy dwie narratorki: Mię oraz Josie. Akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Teraźniejsze wydarzenia poznajemy z perspektywy Mii, zaś przeszłość ukazana jest oczami Josie. Dzięki narracji pierwszoplanowej możemy lepiej poznać bohaterów i zagłębić się w ich psychikę oraz tok myślenia. Muszę przyznać, że Kathryn Croft wciągnęła mnie do świata wykreowanego w w swoim najnowszym thrillerze już od pierwszej strony. Nie mogłam oderwać się od lektury, byłam bardzo ciekawa rozwiązania zagadki, a myślenie o historii Mii, Zacha i Josie towarzyszyło mi jeszcze długo po zakończeniu czytania. "Nie ufaj nikomu" to książka naładowana napięciem, emocjami, pędzącą do przodu akcją, której nie odłożycie na półkę, dopóki nie przekręcicie ostatniej strony. Przyjemny w odbiorze język, lekki styl pisania autorki oraz mnóstwo dialogów ułatwiają czytelnikowi szybkie czytanie - ja pochłonęłam ją w kilka godzin.  A sposób w jaki pisarka kończyła każdy kolejny rozdział przyprawiał mnie o zawał serca. 


Co do bohaterów, to niestety nie da ich się lubić, niemiłosiernie denerwowało mnie zachowanie zarówno Mii, jak i Josie, Zacha czy Alison. Miałam wrażenie, że Will był jedyną postacią, która nie działała mi na nerwy. Na szczęście napięcie, jakie zbudowała autorka i pomysł na fabułę książki wynagrodziły mi denerwujące charaktery bohaterów. Kathryn Croft potrafi świetnie zwodzić czytelnika, na każdym kroku podsuwa Nam potencjalne rozwiązania zagadki, jednak żadne z nich nie okazuje się trafne. Zapewniam Was, że z każdym kolejnym rozdziałem będziecie zmieniać osobę podejrzaną, a na końcu i tak mocno się zaskoczycie, gdy dowiecie się, kto za tym wszystkim stoi. Chociaż nie ukrywam, że po przeczytaniu ostatnich stron w mojej głowie kłębiło się mnóstwo pytań, na które niestety nie dostałam odpowiedzi, więc zakończenie nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Autorka zostawiła za dużo niewiadomych, mogła dokładniej wyjaśnić niektóre sprawy, miałam wrażenie, że trochę przekombinowała, nagięła rzeczywistość, według mnie sporo rzeczy po prostu się nie zgadzało i do siebie nie pasowało. Ale może to tylko moje wrażenie. Niewykluczone, że kiedyś jeszcze raz sięgnę po ten thriller i przeanalizuję wszystko na spokojnie i może wtedy na kartach powieści znajdę odpowiedzi na pytania, które cały czas siedzą mi w głowie.


Podsumowując, jeśli szukacie pełnego napięcia, akcji i emocji thrillera, to "Nie ufaj nikomu" powinno być pozycją obowiązkową na Waszej liście czytelniczej. Jeżeli lubicie rozwiązywać zagadki, to w tej książce znajdziecie ich naprawdę sporo. Polecam zarówno miłośnikom gatunku jak i osobom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z kryminałami i thrillerami. Ja na pewno sięgnę po kolejne książki Kathryn Croft! Mam nadzieję, że również mi się spodobają.

Jeśli mieliście już okazję czytać "Nie ufaj nikomu", to koniecznie podzielcie się wrażeniami! A może ktoś mi wytlumaczy to wątpliwe zakończenie? :D 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


sobota, 5 maja 2018

PRZEDPREMIEROWO "I że cię nie opuszczę" - Michelle Richmond

Miłość, wierność, zaufanie - te wartości są najważniejsze w szczęśliwym małżeństwie i to właśnie o nie trzeba szczególnie dbać. Tylko jak tego dokonać? Z pozoru łatwe zadanie, jednak w rzeczywistości wymaga ono sporego wysiłku oraz poświęcenia. W najnowszym thrillerze psychologicznym "I że cię nie opuszczę" Michelle Richmond dowiemy się, jak osiągnąć pełnię małżeńskiego szczęścia, pytanie tylko: za jaką cenę?

Alice i Jake to młode kochające się małżeństwo. Alice odnosi sukcesy jako prawniczka, Jake jest terapeutą i współwłaścicielem poradni psychologicznej. Przed nimi wspólne życie pełne planów. W prezencie ślubnym od prominentnego klienta Alice nowożeńcy otrzymują zaproszenie do elitarnego klubu dla małżeństw, który działa pod nazwą Pakt. Jego celem jest wspieranie par w staraniach o szczęśliwy i trwały związek. Nierozerwalny. Za wszelką cenę… Jak daleko się posuną, aby ochronić swoje małżeństwo?


Na początku muszę pochwalić autorkę za genialny pomysł na fabułę książki. Jest ona bardzo oryginalna, nie mamy tu do czynienia (jak w przypadku większości thrillerów) z morderstwem czy zaginięciem. Cała struktura Paktu, sposób jego działania oraz motywy nim kierujące spędzały mi sen z powiek. Już od pierwszej strony wciągnęłam się w tę historię i do samego końca nie mogłam się od niej oderwać! Zgodzę się ze słowami Lisy Gardner z okładki, a mianowicie z tym, że "ta książka nie pozwoli ci zmrużyć oka przez całą noc". Mimo że powieść jest uboga w dialogi, autorka skupia się raczej na opisach, to nie przeszkadza to zupełnie w szybkim czytaniu. Lekki i przyjemny w odbiorze język, a także narracja pierwszoplanowa dodatkowo sprzyjają ekspresowemu pochłanianiu tej książki. Historię Alice i Jake poznajemy z perspektywy Jake'a i to właśnie temu bohaterowi autorka poświęca większość uwagi. Poznajemy jego przeszłość, wchodzimy w jego umysł, rozumiemy jego zachowanie. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o Alice. Brakowało mi rozdziałów, w których narratorką byłaby właśnie ona. Chciałabym lepiej poznać jej postać, dowiedzieć się więcej o jej przeszłości, cechach charakteru, zachowaniu, a także o tym, co się działo w więzieniu w Fernley, kiedy była do niego zabierana (niestety nie dzieli się tymi informacjami z mężem, a dla mnie one były istotne). 


Powiem Wam szczerze, że jeśli liczycie na thriller pełen wartkiej akcji oraz niesamowitego napięcia, to tu ich nie znajdziecie. Wszystko dzieje się powoli, ale nie martwcie się, cała historia jest tak intrygująca, że nawet nie zauważycie zwolnionego tempa rozgrywających się w książce wydarzeń. Nie ma tu też wielu mocnych oraz drastycznych scen, także jeśli macie słabe nerwy, to również śmiało możecie sięgnąć po ten thriller. Mi ostatecznie czegoś w nim zabrakło. Na pewno zakończenie mocno mnie rozczarowało. Liczyłam na to, że autorka zdradzi Nam coś więcej na temat Paktu, wyjaśni wątpliwe sytuacje, rozwiąże zagadki. I przede wszystkim, że czymś zaskoczy czytelnika! Ja niestety nie byłam zdziwiona, a zawiedziona podczas czytania ostatnich rozdziałów. Otwarte zakończenie to coś, czego bardzo nie lubię w książkach, a w przypadku "I że cię nie opuszczę" właśnie z takim mamy do czynienia. Ostatecznie nie nazwałabym tej powieści thrillerem psychologicznym, gdyż posiada znikomą ilość cech tego gatunku. Aczkolwiek mimo licznych niedociągnięć jestem zadowolona z lektury. Uważam, że Michelle Richmond miała genialny pomysł na świetną książkę, gorzej wyszło z wprowadzeniem go w życie, jednak mam nadzieję, że w kolejnych thrillerach autorka nie będzie już powielała tych samych błędów.


Podsumowując, lekturę "I że cię nie opuszczę" polecam szczególnie osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z thrillerami. Jeśli nie przeszkadza Wam brak akcji i napięcia, to również śmiało możecie sięgnąć po tę pozycję. Pamiętajcie tylko, żeby przygotować sobie zapas czasu, zanim zasiądziecie do lektury, gdyż jestem pewna, że szybko nie będziecie mogli jej odłożyć!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:



sobota, 13 stycznia 2018

"Kroniku Jaaru. Czarny Amulet" - Adam Faber

Nie wiem, czy pamiętacie jak w recenzji pierwszego tomu Kronik Jaaru trochę narzekałam. Wspomniałam jednak, że wybaczam autorowi wszystkie błędy ze względu na to, że był to Jego pisarski debiut. Niedawno miała premierę druga część przygód Kate Hallander oraz jej fera Fiona. Czy tym razem autor spełnił moje oczekiwania? I czy poprawił błędy popełnione w "Księdze Luster"?


Odkąd Kate poznała tajemniczy Jaar, jej życie uległo całkowitej zmianie. Nie jest już zwykłą nastolatką, a początkującą czarownicą. Po raz pierwszy wybiera się na magiczne wakacje, gdzie poznaje inne młode wiedźmy. Szybko okazuje się jednak, że oprócz nowych przyjaciół zyska „magicznego prześladowcę”, który nawiedza jej sny. Wraz z ferem Fionem próbują odkryć, o kogo może chodzić. Podejrzenia mogą paść na każdego, z kim Kate miała do tej pory kontakt, a lista potencjalnych prześladowców się wydłuża. Świat ludzi i Jaar nigdy jeszcze nie były sobie tak bliskie. Co przyniesie nowa era? Z czym będą się zmagać Strażnicy Żywiołów?


Już na wstępie muszę powiedzieć, że "Czarny Amulet" w moim odczuciu jest dużo lepszy od "Księgi Luster". Pierwszy tom był tylko wstępem do ciekawych przygód młodej czarownicy Kate Hallander, dlatego też nie obfitował w dużą ilość wydarzeń oraz szybko pędzącą akcję, autor skupił się głównie na tym, aby jak najlepiej wprowadzić czytelnika w magiczny świat Jaaru. W drugiej części wszystko się jednak zmienia. Po pierwsze historia jest opowiadana z punktu widzenia zarówno Kate jak i Jonathana, co pozwala czytelnikowi na lepsze poznanie bohaterów oraz przeszłości obiektu westchnień młodej czarownicy. Fabułę dodatkowo urozmaicają nowe postacie, których zachowanie Kate wydaje się mocno podejrzane. Mam nadzieję, że autor znajdzie dla nich miejsce również w kolejnych tomach, gdyż muszę przyznać, że niektórych z nich bardzo polubiłam. 


W "Czarnym Amulecie" nie ma czasu na nudę, akcja pędzi w zawrotnym tempie, przez co książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Sam pomysł na fabułę drugiego tomu Kronik Jaaru bardzo przypadł mi do gustu, jednak mam pewien niedosyt związany z małą ilością wydarzeń rozgrywających się w Jaarze, autor skupił się tym razem na głównych bohaterach, tym samym magiczne istoty odstawiając na bok. Podobnie jak w "Księdze Luster" Pan Faber czerpie pomysły z innych książkowych serii dla młodzieży. Na kartach powieści można znaleźć bardzo wiele podobieństw do Harry'ego Pottera, co moim zdaniem jest niestety słabą stroną tej lektury. Na szczęście kreatywność autora też jest w książce widoczna :)


Jeśli szukacie książki pełnej magii, osobliwych stworzeń, która przeniesie Was w fantastyczny świat Jaaru i sprawi, że powrócicie do czasów młodości, to koniecznie musicie sięgnąć po serię Adama Fabera. Gwarantuję, że nie będziecie się nudzić podczas lektury. A ja już zacieram rączki na "Siedem Bram", których premiera już 28.02! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:



sobota, 30 grudnia 2017

"Murder Park. Park Morderców" - Jonas Winner

Chyba każdy w swoim życiu był chociaż raz w wesołym miasteczku. To miejsce kojarzy Nam się z karuzelami, diabelskim młynem, kolejką górską, a przede wszystkim z beztroskimi latami dzieciństwa. Kiedy po długim czasie wróciłam do parku rozrywki, tym razem w książce "Murder Park. Park Morderców" Jonasa Winnera, wszystkie miłe wspomnienia o wesołym miasteczku zastąpiły strach, przerażenie oraz unoszący się w powietrzu zapach śmierci.


Zodiac Island − samotna wyspa u wybrzeży USA, smagana wiatrem i falami wzburzonego morza. A na niej park rozrywki: dwanaście tematycznych sektorów poświęconych znakom zodiaku. Cukrowa wata, rozbawione rodziny, diabelski młyn, kolejka górska, strzelnice. I maniakalny morderca, który szczególnie upodobał sobie młode kobiety.
Mija dwadzieścia lat. Park, zamknięty po serii brutalnych morderstw, ma zostać ponownie otwarty. Wesołe miasteczko ze znakami zodiaku zmienia się w upiorny skansen słynnych zabójców i zbrodni, które wstrząsnęły światem. Manager parku zaprasza na długi weekend starannie wyselekcjonowaną grupę: ludzi mediów i tych, którzy pamiętają to miejsce sprzed dwóch dekad. Dwunastka wybrańców przybywa na wyspę, na której straszą jeszcze zardzewiałe karuzele. Ostatni prom odpływa. Nadciąga sztorm. Urywa się łączność. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy. A do tego te upiorne pogłoski, że prawdziwy morderca nie został skazany, że wciąż jest na wolności…


Na wstępie muszę przyznać, że po książce spodziewałam się czegoś zupełnie innego, a mianowicie morderstw dokonywanych na różnych atrakcjach w wesołym miasteczku; czegoś w stylu "Oszukać przeznaczenie". Mimo że autor wymyślił inny sposób popełniania zbrodni niż ja, to ostatecznie kupił mnie swoim pomysłem. Jednak początki mojej przygody z "Parkiem Morderców" nie należały do najłatwiejszych. Miałam problem z odróżnieniem bohaterów, momentami książka wydawała mi się bardzo chaotyczna, a także miałam wrażenie, że za dużo się w niej dzieje. Tak naprawdę jedna zagadka nie została rozwiązana do końca, a już za chwilę znajdowaliśmy się w innym miejscu, z nową popełnioną zbrodnią. Z reguły lubię szybko pędzącą akcję oraz wiele jej zwrotów, jednak tu moim zdaniem było jej trochę za dużo. 


Mimo że narratorem był niejaki Paul Greenblat, to Jonas Winner nie dał Nam zapomnieć o pozostałych jedenastu postaciach. Moją aprobatę zyskały pojawiające się raz na jakiś czas wywiady z uczestnikami "weekendu z mordercą", były one dobrą okazją do bliższego zapoznania się z bohaterami, poznania ich psychiki i motywów, które nimi kierowały. Chociaż nie mogę powiedzieć, że zapadli mi oni w pamięci ani że szczególnie ich polubiłam. Zwłaszcza główny bohater, który mocno mnie denerwował i zupełnie nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. 

Książka była momentami obrzydliwa i brutalna, dlatego nie polecam czytać jej w trakcie jedzenia.  Autor ze szczegółami opisywał dokonywane zbrodnie oraz to, co działo się z ciałami ofiar po śmierci. Została ona napisana lekkim i przyjemnym w odbiorze językiem, dzięki któremu bardzo szybko się ją czytało. Nie było łatwo domyślić się rozwiązania oraz wytypować mordercę, gdyż tropy zmieniały się ze strony na stronę. Autor świetnie manipulował czytelnikiem, sprawiając, że nie mógł on być niczego pewien.  Mimo że miałam naprawdę sporo scenariuszy na rozwiązanie zagadki, to niestety nie udało mi się przewidzieć zakończenia. Autor mocno mnie zaskoczył i za to należą mu się brawa, gdyż tak jak wspominałam już we wcześniejszych recenzjach, ostatnio bardzo ciężko o nieprzewidywalne zakończenie.


"Park Morderców" polecam wszystkim miłośnikom kryminałów i thrillerów psychologicznych, którym niestraszne krwawe i brutalne zbrodnie. Przygotujcie się na wciągającą fabułę, pędzącą akcję oraz nieprzewidywalne zakończenie. Zapnijcie pasy, bo kolejka górska po Parku Morderców rusza właśnie teraz!

wtorek, 5 grudnia 2017

"Światło" - Jay Asher

Okres przedświąteczny zaczął się na dobre już w listopadzie. Wtedy też przeczytałam swoją pierwszą w tym roku książkę o tematyce Świąt Bożego Narodzenia. Było to również moje pierwsze spotkanie z twórczością Jaya Ashera - autora słynnych "13 powodów". Jak przebiegło? Czy pisarzowi udało się wprowadzić mnie w świąteczny klimat? 


Sierra prowadzi podwójne życie, a jego rytm wyznaczają święta Bożego Narodzenia. Jedno to życie w Oregonie, przy plantacji drzewek choinkowych, którą prowadzi jej rodzina. Drugie to życie świąteczne, kiedy przychodzi czas ich sprzedaży i wszyscy przenoszą się na miesiąc do Kalifornii. Gdy podczas jednej ze świątecznych podróży poznaje Caleba, wszystko się zmienia. Calebowi daleko do idealnego chłopaka. Kiedyś popełnił ogromny błąd, którego cenę wciąż płaci. Sierra potrafi w nim jednak zobaczyć coś więcej niż jego przeszłość i jest gotowa zrobić wszystko, by pomóc mu odzyskać wiarę w siebie. Sierra i Caleb odkrywają coś, co może przezwyciężyć nieporozumienia, podejrzliwość i niechęć, które narastają wokół nich: prawdziwą miłość.

Muszę przyznać, że tematyka "Światła" była mi szczególnie bliska ze względu na fakt, że sama kiedyś miałam okazję sprzedawać choinki, więc miło było znowu powrócić do starych czasów i trochę powspominać. Bardzo się cieszę, że autor nie skupił się tylko i wyłącznie na wątku miłosnym, ale rozwinął jeszcze inne, takie jak wspomniana wyżej praca na plantacji świątecznych drzewek, a także problemy Sierry i Caleba, z którymi prędzej czy później każdemu przyjdzie czas się zmierzyć. Dobrze wiemy, że w życiu nie zawsze jest kolorowo, jednak najważniejsze to nigdy się nie poddawać, czego między innymi uczy Nas ta powieść. Co więcej pokazuje ona działanie współczesnego społeczeństwa oceniającego innych na podstawie zasłyszanych plotek czy niedopowiedzianych historii. Często odwracamy się od innych, gdy ci popełnią błąd, nie próbując zrozumieć motywów kierujących nimi w danej sytuacji oraz nie dając im szansy na wytłumaczenie swojego postępowania. Jay Asher uzmysławia Nam, że w życiu nie powinniśmy sugerować się opiniami innych, tylko wyrabiać swoje własne zdanie na dany temat oraz tego, że każdy zasługuje na drugą szansę. Uważam, że książka jest bardzo wartościowa i mądra, zdecydowanie warta przeczytania oraz wyciągnięcia z niej pewnych wniosków. Wielkim plusem jest to, że autor osadził czas akcji w pięknym przedświątecznym okresie, kiedy jest najlepszy moment na przebaczenie i wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka. 


Książkę czytało mi się bardzo szybko i przyjemnie, język jest łatwy w odbiorze i mimo że powieść skierowana jest głównie do nastolatków, to myślę, że również starsze osoby znajdą w niej coś dla siebie. Jeżeli chodzi o bohaterów to autor zadbał o to, żeby dali się lubić. Nie są idealni, są zwykłymi młodymi osobami, które mają za sobą miłe przeżycia, ale również dotknęło ich w życiu kilka przykrych sytuacji. Dzięki temu łatwiej Nam się z nimi utożsamić. Zapewniam, że historia Sierry i Caleba na dlugo zapadnie w Waszej pamięci!

Jeśli szukacie książek, które wprowadzą Was w świąteczny nastrój, a także takich, które Was czegoś nauczą, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po najnowszą powieść Jaya Ashera! Gwarantuję Wam, że gdy usiądziecie wieczorem z kubkiem ciepłej herbaty w jednej ręcę oraz "Światłem" w drugiej, to nim się obejrzycie będziecie przewracali ostatnią stronę książki. 


Może ktoś z Was miał już okazję czytać? Jeśli tak, to koniecznie podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


środa, 27 września 2017

"Kroniki Jaaru. Księga Luster" - Adam Faber

Hej! Zapewne większość z Was zna (a jeśli nie, to polecam nadrobić zaległości!) Tojko, która robi przepiękne zakładki. Niedawno zaprojektowała również śliczną okładkę do "Księgi Luster" i to między innymi zachęciło mnie do przeczytania tej książki. Co więcej w ostatnim czasie postanowiłam sięgać po więcej książek rodzimych autorów, których powieści są równie dobre jak zagranicznych pisarzy. Dzisiaj zapraszam Was do przeczytania mojej opinii na temat pierwszego tomu "Kronik Jaaru" Adama Fabera.


Kate jest typową nastolatką. Mieszka u swojej ciotki w Londynie​ i wiedzie spokojne życie. Pewnego dnia staje na progu tajemniczego sklepu pełnego czarodziejskich przedmiotów, od właścicielki którego otrzymuje Księgę Luster. Dziewczyna rzuca miłosny urok na przystojnego Jonathana, lecz czar skutkuje zupełnie inaczej, niż by tego oczekiwała. Pewnego dnia Kate trafia do Jaaru, krainy zamieszkanej przez magiczne stworzenia. Żyjący tam Fion jest ferem, baśniową istotą. Jego stosunki z ojcem są coraz gorsze, więc w akcie buntu opuszcza dom, by odnaleźć przypisaną mu czarownicę. Wpada w ręce niebezpiecznej nimfy Erato​ i przez swoją naiwność wprowadza do świata magii wielki zamęt. Tymczasem w Londynie ciotka dowiaduje się, że ze sklepu pani Selene zniknął magiczny kamień o potężnej mocy. Czy uda się go odnaleźć? Jak Kate, początkująca wiedźma, poradzi sobie w świecie Jaaru, mając u boku ekscentryczne fery i wyniosłego jednorożca? I co tak naprawdę skrywa plan nikczemnej Erato? ​​


Pierwszą rzeczą, do której chciałabym się odnieść, to porównanie "Kronik Jaaru" do cyklu o Harrym Potterze J. K. Rowling. Moim zdaniem obie serie nie mają ze sobą wielu cech wspólnych, jedynym podobieństwem jest występująca w obu fantastycznych powieściach magia. Jeśli miałabym zestawić książkę Adama Fabera z jakimś powszechnie znanym książkowym cyklem dla młodzieży, to byłyby to "Opowieści z Narnii" C.S. Lewisa, gdyż główna bohaterka Kate kojarzyła mi się z Łucją, najmłodszą z rodzeństwa Pevensie, a jednorożec Jawis z Panem Tumnusem. Do zalet powieści zdecydowanie należy fakt, że książka została napisana lekkim i przyjemnym w odbiorze językiem, przez co czyta się ją naprawdę szybko (jest to również zasługa dużej czcionki). Autor zadbał o to, żeby czytelnik naprawdę dobrze poznał wykreowany przez niego magiczny świat oraz wszystkie stworzenia go zamieszkujące. Czytając "Księgę Luster" można wyczuć, że jest to dopiero wprowadzenie do kolejnych tomów, a akcja rozwinie się na dobre w następnych częściach. Muszę przyznać, że momentami miałam problem z wczuciem się w historię Kate i Fiona, gdyż wbrew moim oczekiwaniom akcja nie pędziła w zawrotnym tempie, wszystko działo się powoli i spokojnie. Uważam, że autor mógł ominąć kilka wątków i poprowadzić czytelnika szybciej przez wydarzenia mające miejsce w książce, co pomogłoby zbudować napięcie i sprawić, że mocniej przeżywalibyśmy losy Naszych bohaterów. 


Skupmy się teraz na postaciach występujących w "Kronikach Jaaru". Moim zdaniem autor posłużył się utartym schematem, wprowadził do powieści sztampowych bohaterów, którzy nie wyróżniają się niczym szczególnym na tle innych postaci literackich. Główne charaktery mają dar do pakowania się w kłopoty, nie dogadują się najlepiej ze swoją rodziną, oprócz nich znajdziemy tu również złą czarownicę, która dąży po trupach do celu, a także bohatera poświęcającego się dla dobra ogółu. Mimo to muszę przyznać, że niektóre wykreowane przez Pana Fabera postacie naprawdę da się lubić. Spotkałam się z wieloma opiniami, które kwalifikują "Księgę Luster" jako literaturę skierowaną do młodszych czytelników. Zgadzam się z nimi, aczkolwiek uważam, że starsze osoby znajdą w niej również coś dla siebie. Będą mogły przenieść się do bajkowego świata, przypomnieć sobie czasy młodości, poczuć się znów jak nastolatkowie i razem z Kate przeżywać masę przygód. Na wspomnienie zasługuje również przepiękne wydanie książki, Czwarta Strona w ostatnim czasie wydaje same perełki, które czytelnik zjada oczami. Oby tak dalej!


Podsumowując, "Księga Luster" jako debiut literacki Adama Fabera jest naprawdę książką wartą poświęcenia jej chwili uwagi. Sprawdzi się głównie jako lektura dla nastolatków i młodszych czytelników, ale ja jako dwudziestokilkulatka również znalazłam w niej coś dla siebie. Już niedługo, bo 11 października, premierę będzie miała kolejna część serii "Czarny amulet". Jestem bardzo ciekawa, jak potoczą się losy bohaterów i co tym razem przygotował dla Nas autor.

A Wy czytaliście już "Księgę Luster"? A może już czekacie na kolejny tom? Dzielcie się swoimi wrażeniami po lekturze w komentarzach!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


sobota, 19 sierpnia 2017

"Milion odsłon Tash" - Kathryn Ormsbee

Hej! Dwa dni temu miała miejsce premiera nowej książki młodzieżowej "Milion odsłon Tash" Kathryn Ormsbee. Jako że czasem lubię sięgnąć po lekką i niewymagającą lekturę, to postanowiłam przeczytać nowość od Wydawnictwa Otwartego oraz Moondrive. Czy dostałam to, czego oczekiwałam, dowiecie się po przeczytaniu recenzji.


Tash, a właściwie Natasha Zelenka, jest siedemnastoletnią dziewczyną, miłośniczką twórczości Lwa Tołstoja. Pewnego dnia wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Jack postanawia stworzyć współczesną wersję klasycznej powieści "Anny Kareniny". Ze względu na brak pieniędzy, odcinki swojego serialu zamieszczają na YouTube. Jakie jest zdziwienie ekipy "Nieszczęśliwych rodzin", gdy w ciągu jednego dnia przybywa im kilkadziesiąt tysięcy subskrybentów. Okazuje się, że sławnej YouTuberce Taylor Mears bardzo spodobał się niskobudżetowy serial tworzony przez nastolatków z liceum Calhoun High i wspomniała o nim na swoim kanale. Od tej chwili wszystko się zmienia. Tash i Jack mają więcej obowiązków związanych z tworzeniem nowych odcinków, "Nieszczęśliwe rodziny" dostają nominację do najważniejszej nagrody dla vlogerów, czyli Złotych Tub, a do naszej bohaterki odzywa się Thom Causer, jeden z najpopularniejszych vlogerów. Czy nastolatka udźwignie ciężar sławy, który spadł na nią jak grom z jasnego nieba? Jak poradzi sobie z ciemną stroną Internetu? I w jakim kierunku podąży jej znajomość z Thomem? Przeczytajcie, aby się dowiedzieć!


Zabierając się za tę pozycję oczekiwałam lekkiej i przyjemnej powieści i właśnie taką dostałam. Kathryn Ormsbee używa prostego języka, dzięki któremu książkę czyta się bardzo szybko. Ja pochłonęłam ją w dwa wieczory. Mimo że akcja rozkręca się powoli, to "Milion odsłon Tash" wciąga od pierwszej strony. Powieść posiada wszystkie zalety dobrej młodzieżówki. A jej lekki temat jest tylko przykrywką do przybliżenia czytelnikowi problemów współczesnych rodzin oraz nastolatków. Autorka pokazuje Nam, z czym wiąże się prowadzenie własnego kanału w Internecie, uświadamia moc hejtu oraz odsłania złe strony sławy. Do tego możemy odkryć ciekawostki z życia sławnego pisarza Lwa Tołstoja oraz dowiedzieć się, jak wygląda praca nad tworzeniem filmików internetowych. Wielką zaletą powieści jest to, że Kathryn Ormsbee przedstawiła nastoletnich bohaterów jako osoby pełne pasji, zainteresowań, mające cel w życiu, do którego konsekwentnie starają się dążyć. Co więcej przeciwności, które stają im na drodze, sprawiają, że lepiej poznają świat i samych siebie. Nikt nie jest ideałem, każdy musi zmagać się z własnymi problemami i często jest nierozumiany przez innych. To sprawia, że bohaterowie "Milion odsłon Tash" stają się dla czytelnika bardziej realni i możemy się z nimi utożsamiać, a co więcej postrzegać ich jako autorytet do naśladowania. Warto również wspomnieć, że historia przepełniona jest świetnym poczuciem humoru, a podczas czytania nie raz uśmiechniemy się do siebie pod nosem.


Mimo że lato się już kończy, to "Milion odsłon Tash" jest lekturą idealną na tę porę roku, zatem musicie pospieszyć się z jej przeczytaniem, jeśli chcecie poczuć niepowtarzalny klimat tej powieści. Jeśli chcielibyście poznać mądrą historię dla nastolatków, która niesie ze sobą jakieś przesłanie, a do tego jest napisana lekkim językiem, to nie zastanawiajcie się długo, tylko biegnijcie do księgarni po nową książkę Kathryn Ormsbee. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.

środa, 5 lipca 2017

PRZEDPREMIEROWO "Replika" - Lauren Oliver

Hej! Moje pierwsze spotkanie z Lauren Oliver miało miejsce podczas czytania "Paniki" i niestety nie należało ono do udanych. Długo zastanawiałam się, czy dać autorce drugą szansę. Dlatego kiedy Wydawnictwo Otwarte zapytało, czy chciałabym zrecenzować jej najnowszą książkę pt. "Replika", to długo wahałam się, czy przyjąć tę propozycję. W końcu zdecydowałam się przeczytać tę powieść i na szczęście tym razem się nie zawiodłam!


Szesnastoletnia Gemma nie jest jak większość nastolatków z jej otoczenia. Jest cichą, spokojną i chorowitą dziewczyną niemającą wielu przyjaciół. Rodzice w trosce o córkę trzymają ją pod koszem. Pewnego razu April, jej jedyna przyjaciółka, proponuje, aby razem spędziły kilka dni na Florydzie u jej dziadków. Gemma jest bardzo podekscytowana, gdyż będzie to jej pierwszy taki wyjazd. Jakie jest jej rozczarowanie, gdy podczas podsłuchanej rozmowy rodziców dowiaduje się, ze jednak nie może jechać, gdyż w pobliżu jest ulokowana tajemnicza klinika Haven. Dziewczyna zaczyna zastanawiać się, co ukrywa przed nią rodzina i aby się tego dowiedzieć postanawia uciec z domu. Czy odkryje co łączy ją z Haven?  A także z Lirą, dziewczyną stworzoną w tej klinice? 

Książkę można czytać na wiele sposobów, gdyż z jednej strony mamy historię opowiedzianą przez Lirę, a z drugiej przez Gemmę. Ja osobiście zaczęłam od Liry, ale jeśli miałabym polecić najlepszą metodę na przeczytanie "Repliki", to jest to moim zdaniem przeplatanie rozdziałów. Na szczęście obie bohaterki nie spotykają się za często, więc nie ma wiele powtórzonych dialogów (co bardzo nie podobało mi się w przypadku "Hopeless" i "Losing Hope"), a jeśli już do tego dojdzie, to jest to ten sam numer rozdziału z obu stron książki.W tym przypadku nie zaspoilerujemy sobie wielu rzeczy, co może się niestety zdarzyć w przypadku całkowitego przeczytania historii z perspektywy tylko jednej z dziewczyn.

Tak jak napisałam wcześniej, nie spodziewałam się po nowej książce Lauren Oliver wybitnej, zapierającej dech w piersiach powieści, a muszę przyznać, że czytałam "Replikę" z zapartym tchem, szybko przekręcając kolejne strony, wiedziona ciekawością, co się następnie wydarzy. Podczas lektury zdarzyły mi się nawet momenty strachu, zaskoczenia, szoku i niedowierzania. Autorka na szczęście nie popełniła tego samego błędu co w "Panice", gdzie każda, wywołująca w czytelniku poruszenie, sytuacja kończyła się nagle, a emocje bardzo szybko opadały.  Język utworu jest przyjemny w odbiorze, książkę czyta się jednym tchem. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała, że i tym razem dużym plusem było dla mnie nieużywanie wulgaryzmów, cieszę się, że autorka miała świadomość tego, że jej powieść będzie kierowana do nastolatków, którzy niekoniecznie powinni posługiwać się ordynarnym słownictwem. Jeżeli chodzi o bohaterów, muszę przyznać, iż bardzo polubiłam Lirę, trochę mniej Gemmę, gdyż irytowało mnie jej zafascynowanie każdym napotkanym na swej drodze chłopakiem (w sumie było ich tylko trzech, lecz każdy pociągał ją wizualnie). Tak naprawdę jest to jedyny minus tej powieści.



Lauren Oliver należą się głębokie ukłony za historię, którą udało jej się stworzyć. Autorka tak świetnie przeplatała ze sobą losy obu bohaterek, wszystko było bardzo naturalne, a nie aranżowane na silę. Po przeczytaniu czuję jednak pewien niedosyt, jest tak wiele pytań, na które nie poznałam odpowiedzi. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak tylko czekać na kolejną część tej serii (a może trylogii, sama nie wiem, co zaserwuje nam autorka).


Podsumowując, z czystym sumieniem mogę Wam polecić "Replikę. Mimo że momentami kojarzyła mi się z trylogią "Legenda" Marie Lu, to ogólny pomysł na fabułę i sposób jej przedstawienia przez autorkę jest bardzo oryginalny. Wymaga ona również od czytelnika pewnego zaangażowania i wyboru w jaki sposób będzie chciał się zapoznać z tą historią, co moim zdaniem było świetnym pomysłem.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.



środa, 24 maja 2017

"Confess" - Colleen Hoover

Cześć! Chciałabym się dzisiaj z Wami podzielić odczuciami towarzyszącymi mi po lekturze najnowszej książki mojej ulubionej autorki Colleen Hoover- "Confess". Przeczytałam większość Jej powieści i mam swoje ulubione, ale także i te trochę mniej lubiane. Do której kategorii zaliczyłam "Confess"? Dowiecie się po przeczytaniu tej recenzji.


Na początku powieści poznajemy prawie dwudziestojednoletnią dziewczynę Auburn, która desperacko potrzebuje pracy, aby móc wytoczyć proces sądowy przeciw pewnej osobie (nazywanej przez Nią Wielką Suką). W drodze do domu wpada Jej w oko ogłoszenie, w którym ktoś poszukuje pomocnika. Bez chwili wahania odpowiada na nie. Okazuje się, że nadawcą jest pewien malarz prowadzący własną galerię, w której sprzedaje namalowane przez siebie obrazy podpisane anonimowymi wyznaniami wrzucanymi do skrzynki przy wejściu. Auburn bardzo szybko zakochuje się w nowym pracodawcy, jednak doskonale wie, że jest to miłość zakazana, której nie powinna doświadczyć. Utwierdza się w tym przekonaniu, kiedy dowiaduje się, że Owen będzie sądzony za posiadanie narkotyków. Czy ukrywana przez Niego tajemnica zmieni coś w uczuciu Auburn? Czy Owen jest dealerem, a może co gorsze narkomanem? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w najnowszej powieści Colleen Hoover.


Na "Confess" czekałam już od dawna, mimo że mam w domu angielskie wydanie, to jakoś nie kwapiłam się do jego przeczytania, wolałam poczekać na polską wersję tej powieści. Oczekiwania co do niej miałam wielkie, ale chyba tak to już jest, że kiedy czytasz kolejną z rzędu książkę tego samego autora, to za każdym razem liczysz na więcej. Czy tym razem to "więcej" dostałam? Otóż nie. Od książek Colleen Hoover zawsze oczekuję efektu "wow", czegoś, po czym nie będę mogła się pozbierać. Tym razem tak nie było. Mimo to "Confess" nie jest złym romansem, ale bardzo przewidywalnym, bez momentów zaskoczenia. Mam wrażenie, że Pani Hoover skończyły się nowe pomysły i powiela stare, z którymi mieliśmy styczność w jej poprzednich powieściach. Chociażby to, że zastosowała ten sam schemat, co w "Hopeless" i "November 9", a mianowicie na początku książki okazuje się, że Owen zna Auburn, jednak do końca nie dowiadujemy się skąd. Różnicą jest, że podczas czytania "Ugly Love" bądź "Hopeless" wylewałam morze łez z powodu ludzkiego cierpienia, natomiast na "Confess" zdarzyło mi się uronić kilka kropel, aczkolwiek na tych dobrych momentach, kiedy autorka opisywała idealną i prawdziwą miłość pomiędzy bohaterami. 


Skupmy się teraz na nich. Po przeczytaniu innych recenzji okazało się, że wiele osób nie polubiło Auburn, która według nich była naiwna i zamiast coraz bardziej zbliżać się do osiągnięcia swojego celu, to oddalała się od niego. Osobiście muszę się z tym nie zgodzić. Bohaterka jest mi bardzo bliska i rozumiem jej postępowanie. Jestem pewna, że na jej miejscu zachowywałabym się tak samo, próbując na wszelkie sposoby zbliżyć się do najważniejszej osoby w życiu. Nie chcę zdradzać szczegółów i psuć Wam niespodzianki z odkrywania kolejnych stron książki, dlatego piszę tak tajemniczo. A czy mam jakieś zastrzeżenia co do męskiego bohatera, Owena? Moim zdaniem był zbyt pewny siebie i momentami nie rozumiałam Jego zachowania. 


Co do języka, to jest prosty z występującymi czasem wulgaryzmami (co w tych czasach już chyba nikogo nie dziwi), Książkę czyta się szybko, jest przyjemna w odbiorze. Chociaż muszę przyznać, że przez pierwszą połowę nie mogłam się w nią wciągnąć i jej czytanie szło mi opornie, to w drugiej połowie, kiedy już trochę wczułam się w historię Auburn i Owena, pochłonęłam ją w dwie godziny. To, co mi się podobało, to wyznania, które autorka umieściła w książce. Dla kolekcjonerów cytatów będą one idealne. Mnie w pamięć zapadł przede wszystkim jeden: "Zawsze będę Cię kochał, nawet kiedy nie będę już mógł."


Podsumowując, jak pewnie zdążyliście się zorientować, nie zaliczę "Confess" do ulubionych książek Colleen Hoover. Może jakbym ją przeczytała wcześniej, to miałabym trochę inne zdanie, ale teraz już nie ma co polemizować. Wiem, że wielu z Was ta pozycja bardzo się spodoba, życzę Wam, abyście znaleźli w "Confess" ukryte przesłanie, którego ja niestety nie znalazłam. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak odpocząć od tego gatunku książek i od Pani Hoover. Wrócę do jej twórczości w październiku po premierze "It ends with us". I teraz już mogę powiedzieć, że bardzo dużo od niej oczekuję, gdyż podobno jest najlepszą powieścią tej autorki. A Wy czytaliście "Confess"? Jeśli tak, to możecie podzielić się odczuciami w komentarzu :)