Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Otwarte. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

PRZEDPREMIEROWO "Jak mogłaś" - Heidi Perks

Przypuszczam, że każdy z Nas ma w swoim życiu choć jedną osobę, na której zawsze może polegać i której może powierzyć nawet największy sekret. Jednak co w przypadku, gdy ta przyjaźń działa tylko w jedną stronę? Gdy pewnego dnia okazuje się, że Nasza najlepsza przyjaciółka nie jest tą osobą, za którą ją uważaliśmy? Motywy przyjaźni, zaufania oraz szczerości porusza w swoim thrillerze "Jak mogłaś" Heidi Perks. Zapraszam na moje wrażenia po lekturze.

Charlotte, przyjaciółka Harriet, opiekuje się jej córką. Dziecko znika. Kobieta może przysiąc, że spuściła małą z oka ledwie na chwilę, że dziewczynka cały czas bawiła się z innymi dziećmi. Przecież dbała o nią jak o własne dziecko! Zrozpaczona Harriet winą za nieszczęście obarcza Charlotte. Jak mogłaby jej wybaczyć?
Dwa tygodnie później obie kobiety zmuszone są spotykać się na komisariacie. Będą przesłuchiwane w sprawie pewnego morderstwa. Sytuacja zaczyna się komplikować, bo na jaw wychodzą liczne sekrety. Harriet i Charlotte muszą zdecydować, czy wzajemnie sobie pomóc. Tak przecież robią najlepsze przyjaciółki, prawda?


Muszę przyznać, że Heidi Perks spisała się idealnie w swoim pierwszym thrillerze wydanym w Polsce. Książka "Jak mogłaś" wciągnęła mnie już od pierwszej strony i ciężko mi się było od niej oderwać nawet na chwilę. Narratorkami w powieści są główne bohaterki: Charlotte i Harriet, które spotykają się na komisariacie, aby złożyć zeznania w sprawie pewnego zabójstwa. Wydarzenia teraźniejsze przeplatają się z tymi, które miały miejsce w przeszłości. Jednak autorka świetnie poradziła sobie z zastosowaniem tego zabiegu, wszystko jest spójne, przemyślane, składa się w jedną całość, czytelnik nie gubi się podczas czytania, a co więcej z każdą kolejną stroną jest coraz bardziej zaintrygowany, gdyż na jaw wychodzą zaskakujące fakty. Język powieści i styl Heidi Perks są lekkie i przyjemne w odbiorze. Podobało mi się, że autorka przeplatała ze sobą różne wątki, tyle samo uwagi poświęciła wykreowaniu zarówno postaci Charlotte jak i Harriet, dzięki czemu było mi łatwiej utożsamić się z bohaterkami, zrozumieć ich spojrzenie na daną sytuację i opowiedzieć się po którejś ze stron. Postacie w tej książce są wyraziste, z charakterem, dają się albo lubić, albo nienawidzić. Sympatią niestety nie darzyłam męża Harriet, którego zachowanie doprowadzało mnie do białej gorączki. Jednak lubię powieści, które wzbudzają we mnie cały kalejdoskop emocji, czy to złych czy dobrych, i na to mogłam liczyć podczas lektury "Jak mogłaś".


Wielkim plusem tego thrillera jest oryginalny pomysł na fabułę, autorka próbuje Nam uświadomić, że każdy czasem popełnia błędy, skupiamy się na sobie, nie myśląc, jaki wpływ Nasze postępowanie będzie miało na drugiego człowieka. Co do zakończenia, to niestety było przewidywalne, jednak (o dziwo!) w tej książce zupełnie mi to nie przeszkadzało! Ważniejszy był dla mnie wątek obyczajowy, niż wątek kryminalny. Cieszę się też, że autorka od razu po rozwiązaniu zagadki nie zakończyła powieści, tylko dodała jeszcze jeden bardzo kluczowy rozdział, w którym możemy zobaczyć, jak z biegiem czasu bohaterki thrillera poradziły sobie z całą sytuacją, która je dotknęła. Chociaż nie ukrywam, że nie zgadzam się z tym, co przeczytałam w ostatnim rozdziale. Całą książkę stałam po stronie Harriet, rozumiem jej zachowanie i decyzje, które musiała podjąć. Ale nie będę Wam za dużo zdradzać. ;)


"Jak mogłaś" to jeden z lepszych thrillerów, jakie miałam okazję przeczytać. Wartka akcja, ciekawa fabuła, stopniowo budowane napięcie to tylko kilka mocnych stron powieści Heidi Perks. Nawet przewidywalne zakończenie nie przyćmiło mojego dobrego zdania o tej książce, a to się bardzo rzadko zdarza. Jednym słowem: polecam! Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie i wyciągniecie z lektury swoje własne wnioski. 

Jeśli mieliście już okazję przeczytać, to koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami. A jeśli nie, to dajcie znać, czy macie w planach lekturę "Jak mogłaś"!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:



środa, 4 lipca 2018

"Rywalka" - Sandie Jones

Większość z Nas nie raz pewnie słyszała opowieści o zaborczej przyszłej teściowej  (a może też zna je z autopsji? ;)). Często nie wiemy, jak sobie radzić z kobietą, która "zabiera" Nam ukochanego chłopaka, narzeczonego czy męża. Po przeczytaniu opisu "Rywalki" Sandie Jones wiedziałam, że to książka dla mnie i że koniecznie muszę ją przeczytać. A jak wrażenia po lekturze? Sprawdźcie sami!


Ona, on i... jego matka
Pammie zachowuje się jak typowa zaborcza matka. Niechęć, jaką żywi do Emily, ukochanej Adama, z każdym dniem rośnie. Pammie wtrąca się w ich życie, psuje romantyczne chwile, a wreszcie – pod pretekstem choroby – wprowadza się do nich. Stopniowo życie Emily zmienia się w koszmar. Adam zawsze staje po stronie matki, a im bliżej ślubu, tym bardziej oddala się od przyszłej żony. Kiedy Emily odkrywa, że to Pammie znalazła ciało poprzedniej narzeczonej syna, która zmarła w tajemniczych okolicznościach, uświadamia sobie, w jakim niebezpieczeństwie się znalazła...
A jeśli zagrożeniem jest ktoś inny?


"Rywalka" to książka, od której nie można się oderwać! Sama pochłonęłam ją w niespełna jeden dzień, co mi się z reguły nie zdarza. Byłam tak mocno zaintrygowana tym, co się dalej wydarzy, że nie mogłam odłożyć książki nawet na chwilę. A jak już mi się to zdarzyło, to cały czas o niej myślałam i próbowałam rozwikłać zagadkę ukrytą na kartach tej powieści. Język Sandie Jones jest lekki i przyjemny w odbiorze, autorka wie, jak zbudować napięcie i wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Mimo że akcja nie pędzi w zawrotnym tempie, to podczas lektury towarzyszy Nam kalejdoskop przeróżnych emocji. Narracja jest pierwszoosobowa, a wydarzenia poznajemy z perspektywy Emily. Autorka co jakiś czas wplata w rozdziały drobne retrospekcje, wspomnienia oraz powroty do przeszłości głównej bohaterki. Nie ukrywam, że była to jedna z rzeczy, które delikatnie mnie denerwowały, gdyż zwyczajnie gubiłam się w tych wydarzeniach i nie wiedziałam, kiedy czytam już o tym, co działo się w danej chwili, a kiedy były to jeszcze wspomnienia z przeszłości. Uważam, że lepszym zabiegiem byłoby podzielenie wydarzeń z przeszłości i z teraźniejszości na oddzielne rozdziały. Na szczęście takich sytuacji było tylko kilka., więc aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało.


Jeżeli chodzi o bohaterów, to niestety nie da ich się lubić, aczkolwiek domyślam się, że to specjalny zabieg autorki, żeby byli tacy a nie inni ;) Najczęściej z równowagi wyprowadzało mnie zachowanie zaborczej matki Adama - Pammie. Jednak zdaję sobie sprawę, że autorka celowo wykreowała tę postać na stereotypową znienawidzoną przez wszystkie kobiety przyszłą teściową, które niektóre z Nas pewnie znają z życia a niektóre póki co jeszcze z opowieści. Kolejne intrygi Pammie, wyskoki Adama i dylematy Emily sprawiają że "Rywalkę" czyta się z zapartym tchem i nie nudzimy się podczas lektury. Jednak uważam, że mimo iż jest to thriller to niestety posiada mało elementów tego gatunku literackiego. Nie znajdziemy tu niespodziewanych zwrotów akcji, na opisy mrożące krew w żyłach i sceny grozy również nie mamy co liczyć. I coś nad czym ubolewam najbardziej i co zdecydowanie obniżyło moją ocenę na temat tej książki to niestety rozczarowujące zakończenie. Moim zdaniem nie było w nim nic zaskakującego, a rozwiązanie zagadki było łatwe do przewidzenia. Może jestem już starą wyjadaczką i przeczytałam za dużo thrillerów, żeby mogły mnie one czymś zaskoczyć. Niemniej jednak uważam, że zakończenie powinno być bardziej rozbudowane. Nie zmienia to faktu, że książka mimo kilku niedociągnięć mi się podobała. Szczególne wyrazy uznania kieruję w stronę autorki za świetny pomysł na fabułę, lekki styl pisania oraz wyrazistych bohaterów. 


Polecam szczególnie osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z thrillerami, fani gatunku mogą być delikatnie rozczarowani zakończeniem. Jednak dopóki nie przeczytacie, to nie będziecie wiedzieli, czy faktycznie nie jest zaskakujące ;) "Rywalka" to książka idealna do wzięcia na wakacje bądź leniwy wieczór w domu. Przed lekturą koniecznie zarezerwujcie sobie wolny dzień, gdyż gwarantuję, że nie będziecie mogli się od niej oderwać! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


środa, 13 czerwca 2018

PRZEDPREMIEROWO "Without Merit" - Colleen Hoover

Już 20 czerwca premierę będzie miała najnowsza powieść mojej ulubionej autorki. Mowa tu oczywiście o Colleen Hoover i "Without Merit". Jestem chyba Jej największą fanką, z wypiekami na twarzy pochłaniam każdy Jej kolejny romans. Co więc myślę o "Without Merit"? Na początku zdradzę Wam tylko, że ta książka jest zdecydowanie inna od pozostałych. Czy gorsza, czy lepsza - tego dowiecie się z recenzji.


Siedemnastoletnia Merit na pewno nie ma normalnego życia. Jej schorowana matka mieszka w piwnicy, a ojciec na górze – z nową żoną i dziećmi z obu małżeństw. Jej siostra bliźniaczka, śliczna Honor, to chodzący ideał, a brat Utah – nieznośny perfekcjonista. Merit czuje, że jest ich zupełnym przeciwieństwem, że wciąż robi coś nie tak, jak powinna, a na dodatek stale przydarza jej się coś złego. Najbardziej bolesne są dla niej jednak kolejne tajemnice, które coraz bardziej oddalają od siebie członków rodziny. W tym sekret samej Merit: dziewczyna zakochuje się w chłopaku swojej siostry. Sytuacja zaczyna ją przerastać. Rezygnuje ze szkoły, zaszywa się w domu i po cichu „znika z własnego życia”, a w końcu postanawia opuścić dom na zawsze. Jednak jej plan nie wypala i musi zdecydować… czy może dać drugą szansę nie tylko swojej rodzinie, ale również sobie.


Tak jak wspomniałam wcześniej "Without Merit" różni się znacznie od pozostałych książek Hoover. Najbardziej zauważalną różnicą jest to, że tym razem (o dziwo!) Colleen odkłada wątek romantyczny na dalszy plan. Tutaj rządzą problemy rodziny Voss. Każdy jej członek jest moim zdaniem delikatnie przerysowany, gdyż każdy zmaga się z zupełnie innym kłopotem, co można uznać za mało wiarygodne i trochę absurdalne. Wydawać by się też mogło, że bohaterowie żyją w innej rzeczywistości, nie chcę Wam psuć niespodzianki i zdradzać fabuły, więc o tym będziecie musieli przekonać się sami. Bardzo polubiłam poczucie humoru Hoover w tej powieści. Nie raz śmiałam się właśnie ze wspomnianej wyżej absurdalności i niedorzecznych sytuacji, które przydarzały się bohaterom. Mimo że wiem, że to Merit jest tutaj główną postacią, to zabrakło mi trochę rozbudowania przez autorkę wątków pozostałych członków rodziny Voss. Mam tu na myśli ich osobowości, bliższe przyjrzenie się ich psychice oraz powodom, które spowodowały ich indywidualne problemy. Chociaż nie chcę tu powiedzieć, że są nijacy, bo to na pewno nie ma tutaj miejsca. Każdego z nich już na początku oceniamy, akceptujemy jego decyzje, działa Nam na nerwy albo zyskuje Naszą sympatię. Dopiero z czasem uczymy się, że nie należy oceniać ludzi po okładce, że każdy zasługuje na drugą szansę, że my sami nie jesteśmy idealni, więc nie powinniśmy wymagać też tego od innych. I najważniejsze! Że musimy nauczyć się wybaczać, wtedy na pewno będzie Nam lepiej. 


Książkę (tak jak pozostałe powieści Hoover) pochłonęłam w zabójczym tempie, mimo początkowych małych trudności z wciągnięciem się w fabułę. Colleen po prostu wie, jak pisać, żeby zaciekawić czytelnika i sprawić, by nie mógł oderwać się od lektury. Muszę Was jednak ostrzec, że jeśli liczycie na to, że po przeczytaniu "Without Merit" Wasze serce rozpadnie się na milion kawałków i nie będziecie się mogli pozbierać, to akurat tym razem to nie będzie miało miejsca. Powieść porusza bardzo ważny problem, który może spotkać każdego z Nas i owszem jest ona przepełniona emocjami, należy wyciągnąć z niej wnioski i zapadnie Wam w pamięci, jednak raczej nie uronicie przy niej wielu łez.  


Czy polecam? Jak najbardziej! Mimo że książka jest raczej skierowana do młodszych czytelników, to moim zdaniem problem w niej poruszany dotyczy tak naprawdę każdego z Nas, czy młodszego, czy starszego, więc jak najbardziej uważam, że bez względu na wiek powinniśmy zapoznać się z tą pozycją. Dla fanów Hoover jest to oczywiście lektura obowiązkowa! Może i "Without Merit" nie wskoczy do moich ulubionych powieści tej autorki, jednak na pewno na długo zapamiętam jej przesłanie i wyciągnięte wnioski/ I bardzo się cieszę, że możemy poznać Colleen od innej strony, że wyszła poza wyrobione przez samą siebie schematy oraz  że zaskoczyła czymś czytelników - mnie pozytywnie i mam nadzieję, że z Wami będzie podobnie! A jeżeli chodzi o pytanie, czy powieść jest gorsza czy lepsza od wszystkich poprzednich, to napiszę po prostu, że jest inna. Dla mnie tak samo dobra :)

Jeśli jesteście już po lekturze, to koniecznie podzielcie się wrażeniami na temat "Without Merit". Ja słyszałam już mnóstwo opinii, jedne pozytywne, drugie mniej, więc ciekawa jestem, jak to jest z Wami :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:




sobota, 5 maja 2018

PRZEDPREMIEROWO "I że cię nie opuszczę" - Michelle Richmond

Miłość, wierność, zaufanie - te wartości są najważniejsze w szczęśliwym małżeństwie i to właśnie o nie trzeba szczególnie dbać. Tylko jak tego dokonać? Z pozoru łatwe zadanie, jednak w rzeczywistości wymaga ono sporego wysiłku oraz poświęcenia. W najnowszym thrillerze psychologicznym "I że cię nie opuszczę" Michelle Richmond dowiemy się, jak osiągnąć pełnię małżeńskiego szczęścia, pytanie tylko: za jaką cenę?

Alice i Jake to młode kochające się małżeństwo. Alice odnosi sukcesy jako prawniczka, Jake jest terapeutą i współwłaścicielem poradni psychologicznej. Przed nimi wspólne życie pełne planów. W prezencie ślubnym od prominentnego klienta Alice nowożeńcy otrzymują zaproszenie do elitarnego klubu dla małżeństw, który działa pod nazwą Pakt. Jego celem jest wspieranie par w staraniach o szczęśliwy i trwały związek. Nierozerwalny. Za wszelką cenę… Jak daleko się posuną, aby ochronić swoje małżeństwo?


Na początku muszę pochwalić autorkę za genialny pomysł na fabułę książki. Jest ona bardzo oryginalna, nie mamy tu do czynienia (jak w przypadku większości thrillerów) z morderstwem czy zaginięciem. Cała struktura Paktu, sposób jego działania oraz motywy nim kierujące spędzały mi sen z powiek. Już od pierwszej strony wciągnęłam się w tę historię i do samego końca nie mogłam się od niej oderwać! Zgodzę się ze słowami Lisy Gardner z okładki, a mianowicie z tym, że "ta książka nie pozwoli ci zmrużyć oka przez całą noc". Mimo że powieść jest uboga w dialogi, autorka skupia się raczej na opisach, to nie przeszkadza to zupełnie w szybkim czytaniu. Lekki i przyjemny w odbiorze język, a także narracja pierwszoplanowa dodatkowo sprzyjają ekspresowemu pochłanianiu tej książki. Historię Alice i Jake poznajemy z perspektywy Jake'a i to właśnie temu bohaterowi autorka poświęca większość uwagi. Poznajemy jego przeszłość, wchodzimy w jego umysł, rozumiemy jego zachowanie. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o Alice. Brakowało mi rozdziałów, w których narratorką byłaby właśnie ona. Chciałabym lepiej poznać jej postać, dowiedzieć się więcej o jej przeszłości, cechach charakteru, zachowaniu, a także o tym, co się działo w więzieniu w Fernley, kiedy była do niego zabierana (niestety nie dzieli się tymi informacjami z mężem, a dla mnie one były istotne). 


Powiem Wam szczerze, że jeśli liczycie na thriller pełen wartkiej akcji oraz niesamowitego napięcia, to tu ich nie znajdziecie. Wszystko dzieje się powoli, ale nie martwcie się, cała historia jest tak intrygująca, że nawet nie zauważycie zwolnionego tempa rozgrywających się w książce wydarzeń. Nie ma tu też wielu mocnych oraz drastycznych scen, także jeśli macie słabe nerwy, to również śmiało możecie sięgnąć po ten thriller. Mi ostatecznie czegoś w nim zabrakło. Na pewno zakończenie mocno mnie rozczarowało. Liczyłam na to, że autorka zdradzi Nam coś więcej na temat Paktu, wyjaśni wątpliwe sytuacje, rozwiąże zagadki. I przede wszystkim, że czymś zaskoczy czytelnika! Ja niestety nie byłam zdziwiona, a zawiedziona podczas czytania ostatnich rozdziałów. Otwarte zakończenie to coś, czego bardzo nie lubię w książkach, a w przypadku "I że cię nie opuszczę" właśnie z takim mamy do czynienia. Ostatecznie nie nazwałabym tej powieści thrillerem psychologicznym, gdyż posiada znikomą ilość cech tego gatunku. Aczkolwiek mimo licznych niedociągnięć jestem zadowolona z lektury. Uważam, że Michelle Richmond miała genialny pomysł na świetną książkę, gorzej wyszło z wprowadzeniem go w życie, jednak mam nadzieję, że w kolejnych thrillerach autorka nie będzie już powielała tych samych błędów.


Podsumowując, lekturę "I że cię nie opuszczę" polecam szczególnie osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z thrillerami. Jeśli nie przeszkadza Wam brak akcji i napięcia, to również śmiało możecie sięgnąć po tę pozycję. Pamiętajcie tylko, żeby przygotować sobie zapas czasu, zanim zasiądziecie do lektury, gdyż jestem pewna, że szybko nie będziecie mogli jej odłożyć!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:



niedziela, 18 marca 2018

"Dzień ostatnich szans" - Robyn Schneider

Robyn Schneider zdobyła moje serce już swoją pierwszą powieścią "Początek wszystkiego" (recenzja). Gdy dowiedziałam się, że premierę będzie miała jej kolejna książka, czyli "Dzień ostatnich szans", nie mogłam się doczekać, aby ją przeczytać. Czy po lekturze dobre wrażenie o autorce pozostało? Czy również i tym razem udało Jej się dotrzeć do najgłębszych zakamarków mojego serca i zostawić w nim po sobie ślad?


Lane jest ambitnym siedemnastolatkiem, który ma zaplanowaną przyszłość – jest w niej miejsce na prestiżowy uniwersytet, ale nie na chorobę. Mimo zdiagnozowania u niego lekoopornej gruźlicy postanawia żyć, jak gdyby nic się nie zmieniło. Pobyt w ośrodku dla chorych Latham House traktuje jak przymusowe wakacje. Sadie na przekór chorobie beztrosko chwyta każdy dzień. Dla wielu osób ośrodek jest jak więzienie, ona znalazła tutaj swoje miejsce. Tu stała się artystką, która wraz z przyjaciółmi stworzyła małą, bezpieczną przystań. Znajomość z Sadie pomoże Lane’owi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie priorytety są zupełnie inne. Gdy choroba się zaostrza, żadne z nich nie dopuszcza do siebie myśli, że każda chwila może być tą ostatnią.


Czytając opis książki możecie pomyśleć, że "Dzień ostatnich szans" to kolejna smętna, nudna i flegmatyczna opowieść o chorobie. Nic bardziej mylnego! Robyn Schneider pokazuje Nam, że będąc chorym również można żyć - i to tak jak nigdy dotąd tego nie robiliśmy. Ludzie mający problemy zdrowotne często traktują każdy kolejny dzień, jakby ten miał być ich ostatnim. A co za tym idzie: żyją chwilą, spełniają marzenia, mimo niepewnej przyszłości są szczęśliwi. Tak też zachowują się Lane i Sadie. Pobyt w Latham nie jest dla nich, jak dla większości przebywających tam osób, karą, przymusem. Oni bawią się życiem, łamią zasady, przeżywają swoje pierwsze razy. Mimo że niektóre dni są pełne smutku, to nie zapominają o tym, aby się uśmiechać, korzystać może z już ostatniej dla nich szansy na normalne życie. Właśnie takiego zachowania powinniśmy uczyć się od bohaterów najnowszej powieści Robyn Schneider. Przy podejmowaniu decyzji należy dobrze się zastanowić, aby później niczego nie żałować, bo czasem może być za późno na zmianę zdania, możemy stracić swoją szansę na lepsze życie. Moim zdaniem w życiu chodzi o to, żeby tego ostatniego dnia na łożu śmierci powiedzieć sobie: "Jestem zadowolony z tego, jak minął mój czas na tym świecie, nie chciałbym go cofnąć, aby cokolwiek zmienić, bo wszystkie decyzje jakie podjąłem, prowadziły mnie ku szczęściu, spełnianiu marzeń, samozadowoleniu, a każdy błąd, który popełniłem, był dla mnie lekcją na przyszłość". I tego sobie i Wam z całego serca życzę.


Robyn Schneider po raz kolejny kupiła mnie bardzo oryginalnym pomysłem na fabułę książki, cieszę się, że na tym świecie są jeszcze autorzy, którzy pamiętają o tym, co w życiu jest ważne, piszą powieści, w których poruszają ciężkie tematy i które są lekcją dla czytelników. Zarówno z "Początku wszystkiego", jak i "Dnia ostatnich szans" można wynieść sporo życiowej wiedzy. Po lekturze warto zatrzymać się na chwilę, zastanowić nad sobą, swoimi problemami, wadami oraz nad tym, co warto zmienić, aby być bardziej szczęśliwym i spełnionym. Autorka nie zapomina również o poczuciu humoru, dlatego nie martwcie się, że w pewnym momencie zrobi się zbyt poważnie. Bohaterowie są świetnie wykreowani, nie da się ich nie lubić. Historia jest opowiadana naprzemiennie przez Lane'a oraz Sadie, co pozwala czytelnikowi na lepsze poznanie obu głównych postaci. Samą książkę czyta się naprawdę szybko, wciąga od pierwszej strony, mimo że nie ma w niej szybko pędzącej akcji oraz niespodziewanych jej zwrotów. Co więcej zakończenie niczym mnie nie zaskoczyło, jednak wyjątkowo mi to nie przeszkadzało, uroniłam nawet kilka łez. 


Podsumowując, jeżeli lubicie mądre, nieszablonowe, pozostające na dłużej w pamięci powieści, to koniecznie musicie sięgnąć po "Dzień ostatnich szans". Oczywiście polecam również "Początek wszystkiego" tej samej autorki. Mimo że nie przepadam za tematem chorób w książkach czy filmach, to sposób w jaki Robyn Schneider ukazała ten motyw w swoich młodzieżowych powieściach zdecydowanie do mnie trafił. Już nie mogę doczekać się jej kolejnej książki. 

Jeśli jesteście już po lekturze, to koniecznie dajcie znać, jak Wasze wrażenia!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:


poniedziałek, 30 października 2017

"It Ends with Us" - Colleen Hoover

Jeśli od dłuższego czasu śledzicie mój profil na Instagramie albo bloga, to zapewne wiecie, że Colleen Hoover jest jedną z moich ulubionych autorek. Z niecierpliwością wyczekuję każdej Jej kolejnej powieści. Nikt tak jak Ona nie potrafi łamać serca czytelników na milion maleńkich kawałków. Każda historia przez Nią stworzona odciska na mnie piętno, jest lekcją życia, którą postaram się zapamiętać do jego końca. Czy również w swojej najnowszej powieści "It Ends with Us" Colleen Hoover dostarcza czytelnikowi całego kalejdoskopu emocji? Czy i tym razem dociera do najgłębszych zakamarków ludzkiego serca?


Lily Bloom ma nietypowe marzenie. Chce otworzyć kwiaciarnię dla osób, które... nie lubią kwiatów. Dzięki swojemu uporowi oraz dążeniu do wyznaczonego celu udaje jej się zrealizować ten plan. Gdy na tarasie wieżowca spotyka przystojnego lekarza Ryle'a Kincaida, jej życie wywraca się do góry nogami. Mimo że dziewczyna nie chce tego przed sobą przyznać, powoli zaczyna się w niej budzić uczucie do tajemniczego mężczyzny. Kiedy wszystko zaczyna układać się po myśli Lily, nagle życie płata jej niemałego figla... Tylko dawny przyjaciel z czasów młodości jest w stanie dostrzec to, co kryje się za idealnym związkiem Lily i Ryle'a. Kiedyś dziewczyna pomogła Atlasowi Corriganowi, czy tym razem on wyciągnie do niej pomocną dłoń?


Po przeciętnej lekturze "Confess" nie nastawiałam się, że "IEWU" będzie powieścią z fajerwerkami, jednak bardzo miło się zaskoczyłam. Do tej pory moją ulubioną książką CoHo była "Ugly Love". Od niedawna jej pozycję zajmuje "It Ends with Us". Najnowszą książkę autorki pochłonęłam w jeden dzień, nie mogłam się od niej oderwać nawet na sekundę, musiałam poznać zakończenie historii Lily i Ryle'a. Wielokrotnie podczas czytania łzy płynęły mi po policzkach, Colleen wywołała we mnie mnóstwo momentami skrajnych emocji i roztrzaskała moje serce na milion kawałków. Nie jest to zdecydowanie łatwa książka, obok której przejdziemy obojętnie, porusza ona bardzo ważny problem, który współcześnie (jestem pewna) dotyka bardzo wiele rodzin i par.


Są takie tematy, na które nie rozmawia się w towarzystwie, o których wstyd Nam czasami komukolwiek wspomnieć, nie chcemy się z nikim nimi dzielić bojąc się oceny drugiej osoby. Tych właśnie tematów, tematów tabu, nie boi się poruszać w swoich książkach Colleen Hoover. A co więcej, otwarcie mówi, że te problemy dotknęły również jej rodzinę oraz najbliższe otoczenie. To sprawia, że autorka wydaje Nam się bardziej ludzka, możemy się z nią utożsamić, znaleźć wspólny język, lepiej zrozumieć, co chce Nam przekazać. A przekazać chce Nam bardzo wiele, chce otworzyć Nasze oczy, sprawić, abyśmy wyciągnęli wnioski z Jej historii i zwracali większą uwagę na to, co dzieje się wokół Nas. Może nawet nie jesteśmy świadomi tego, że tuż za rogiem jest osoba, która potrzebuje Naszej pomocy, potrzebuje autorytetu, kogoś, kto da jej motywację do działania i przeciwstawienia się złemu traktowaniu. Nie zapominajmy, że każdy zasługuje na szacunek, każdy ma swoją godność, której nie możemy nikomu odebrać. Nie chcę Wam spoilerować i pisać, jaki problem porusza pisarka, chociaż zapewne z wielu recenzji możecie się tego dowiedzieć. Napiszę tylko, że jest to lektura obowiązkowa dla każdego bez względu na płeć, wiek, czy dojrzałość emocjonalną. Lektura "It Ends with Us" uświadomiła mi bardzo wiele rzeczy. Między innymi to, że nie możemy oceniać innych zanim nie poznamy ich całej historii. Musimy pamiętać, że nie każdy potrafi być silny, żeby przeciwstawić się nieposzanowaniu własnej godności, ale to my możemy znaleźć w nim tę siłę. Najnowsza powieść Hoover nauczyła mnie także tego, że należy rozmawiać z ludźmi na wszystkie możliwe tematy, wyjaśniać sobie wszelkie nieporozumienia i wspólnie dochodzić do kompromisu.


Jestem pewna, że polubicie (może nie wszystkich, ale niektórych na pewno) bohaterów, których tym razem wykreowała autorka. Mnie do gustu najbardziej przypadła postać Allysy. Jest ona bardzo pozytywną dziewczyną, która wnosi wiele radości do książki. A ta radość bardzo się przydaje, gdyż w przeciwnym wypadku powieść byłaby zbyt smutna i przygnębiająca. Często spotykam się ze stwierdzeniami, że każda powieść Hoover jest taka sama. Tacy sami bohaterowie, zbliżone historie, a nawet dialogi! Zapewniam Was, że tym razem autorka wyszła poza utarte przez samą siebie schematy, stworzyła coś świeżego i nowego, a nawet udało się Jej kilka razy zaskoczyć czytelnika.


"It Ends with Us" nie bez powodu została okrzyknięta najlepszą książką Colleen Hoover, przekonałam się o tym na własnej skórze. Jeśli kochacie twórczość tej autorki, to jestem pewna, że pokochacie również jej najnowszą powieść. A jeśli nie mieliście jeszcze do czynienia z Jej romansami, to najwyższy czas to zmienić! "It Ends with Us" to mocna lektura, która dostarczy Wam mnóstwa emocji i wrażeń, i która zapadnie w Waszej pamięci na zawsze! Pamiętajcie tylko, żeby zanim zasiądziecie do czytania, przygotować sobie co najmniej jedną paczkę chusteczek oraz zarezerwować cały wieczór, gdyż jestem pewna, że nie będziecie mogli oderwać się od lektury!

Dajcie znać w komentarzu, jeśli czytaliście już "It Ends with Us" i co o niej myślicie :)

sobota, 19 sierpnia 2017

"Milion odsłon Tash" - Kathryn Ormsbee

Hej! Dwa dni temu miała miejsce premiera nowej książki młodzieżowej "Milion odsłon Tash" Kathryn Ormsbee. Jako że czasem lubię sięgnąć po lekką i niewymagającą lekturę, to postanowiłam przeczytać nowość od Wydawnictwa Otwartego oraz Moondrive. Czy dostałam to, czego oczekiwałam, dowiecie się po przeczytaniu recenzji.


Tash, a właściwie Natasha Zelenka, jest siedemnastoletnią dziewczyną, miłośniczką twórczości Lwa Tołstoja. Pewnego dnia wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Jack postanawia stworzyć współczesną wersję klasycznej powieści "Anny Kareniny". Ze względu na brak pieniędzy, odcinki swojego serialu zamieszczają na YouTube. Jakie jest zdziwienie ekipy "Nieszczęśliwych rodzin", gdy w ciągu jednego dnia przybywa im kilkadziesiąt tysięcy subskrybentów. Okazuje się, że sławnej YouTuberce Taylor Mears bardzo spodobał się niskobudżetowy serial tworzony przez nastolatków z liceum Calhoun High i wspomniała o nim na swoim kanale. Od tej chwili wszystko się zmienia. Tash i Jack mają więcej obowiązków związanych z tworzeniem nowych odcinków, "Nieszczęśliwe rodziny" dostają nominację do najważniejszej nagrody dla vlogerów, czyli Złotych Tub, a do naszej bohaterki odzywa się Thom Causer, jeden z najpopularniejszych vlogerów. Czy nastolatka udźwignie ciężar sławy, który spadł na nią jak grom z jasnego nieba? Jak poradzi sobie z ciemną stroną Internetu? I w jakim kierunku podąży jej znajomość z Thomem? Przeczytajcie, aby się dowiedzieć!


Zabierając się za tę pozycję oczekiwałam lekkiej i przyjemnej powieści i właśnie taką dostałam. Kathryn Ormsbee używa prostego języka, dzięki któremu książkę czyta się bardzo szybko. Ja pochłonęłam ją w dwa wieczory. Mimo że akcja rozkręca się powoli, to "Milion odsłon Tash" wciąga od pierwszej strony. Powieść posiada wszystkie zalety dobrej młodzieżówki. A jej lekki temat jest tylko przykrywką do przybliżenia czytelnikowi problemów współczesnych rodzin oraz nastolatków. Autorka pokazuje Nam, z czym wiąże się prowadzenie własnego kanału w Internecie, uświadamia moc hejtu oraz odsłania złe strony sławy. Do tego możemy odkryć ciekawostki z życia sławnego pisarza Lwa Tołstoja oraz dowiedzieć się, jak wygląda praca nad tworzeniem filmików internetowych. Wielką zaletą powieści jest to, że Kathryn Ormsbee przedstawiła nastoletnich bohaterów jako osoby pełne pasji, zainteresowań, mające cel w życiu, do którego konsekwentnie starają się dążyć. Co więcej przeciwności, które stają im na drodze, sprawiają, że lepiej poznają świat i samych siebie. Nikt nie jest ideałem, każdy musi zmagać się z własnymi problemami i często jest nierozumiany przez innych. To sprawia, że bohaterowie "Milion odsłon Tash" stają się dla czytelnika bardziej realni i możemy się z nimi utożsamiać, a co więcej postrzegać ich jako autorytet do naśladowania. Warto również wspomnieć, że historia przepełniona jest świetnym poczuciem humoru, a podczas czytania nie raz uśmiechniemy się do siebie pod nosem.


Mimo że lato się już kończy, to "Milion odsłon Tash" jest lekturą idealną na tę porę roku, zatem musicie pospieszyć się z jej przeczytaniem, jeśli chcecie poczuć niepowtarzalny klimat tej powieści. Jeśli chcielibyście poznać mądrą historię dla nastolatków, która niesie ze sobą jakieś przesłanie, a do tego jest napisana lekkim językiem, to nie zastanawiajcie się długo, tylko biegnijcie do księgarni po nową książkę Kathryn Ormsbee. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

PRZEDPREMIEROWO "Ocalałe" - Riley Sager

Kiedy zobaczyłam, że słowa Stephena Kinga są umieszczone na okładce "Ocalałych" i nazywa on tę książkę najlepszym thrillerem 2017 roku, to od razu pomyślałam, że muszę ją przeczytać. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwartego miałam okazję sięgnąć po tę powieść przedpremierowo. Niestety, z tego co widziałam, premiera została przesunięta dopiero na luty 2018 roku, ale już teraz możecie się dowiedzieć, czy warto na nią czekać. 


Quincy, Lisa i Samantha to trzy wyjątkowe kobiety. Stały się sławne ze względu na tragiczne wydarzenia, które je spotkały. To właśnie im jako jedynym udało się przeżyć masowe rzezie, podczas gdy wszyscy inni wokół zginęli. Ludzie biorą je na języki, niektórzy podziwiają za to, że uszły z życiem, inni natomiast życzą im śmierci. Jak ciężko jest być "Ocalałą" wiedzą tylko one same. Quincy, mimo ogromnych starań, nie jest w stanie zapomnieć tragicznej nocy w Pine Cottage. Dziewczyna żyje z dnia na dzień, prowadzi kulinarnego bloga i ma bardzo kochającego chłopaka, jednak nigdy nie wymawia imienia człowieka odpowiedzialnego za masakrę w Pine Cottage, a każdej doby łyka po kilka tabletek xanaxu popijanego sokiem winogronowym, aby wymazać z pamięci straszliwe wspomnienia. Kiedy myśli, że wszystko jest na najlepszej drodze do zapomnienia o najgorszej nocy w jej życiu, do drzwi puka przeszłość. Okazuje się, że jedna z Ocalałych rzekomo popełniła samobójstwo, a druga po prawie dziesięciu latach odnalazła Quincy w celu podzielenia się swoimi traumatycznymi przeżyciami. Kobieta na własną rękę rozpoczyna śledztwo dotyczące śmierci Lisy, nie pomaga jej w tym jednak Samantha, która ma na Quincy bardzo destrukcyjny wpływ. Właśnie w tej chwili ułożony świat dziewczyny wywraca się do góry nogami. A prawda, którą odkryje, może zaskoczyć nawet ją samą.


Po mocno przeciętnej "Lokatorce" sceptycznie podeszłam do lektury "Ocalałych", bałam się, że podobnie jak w przypadku książki JP Delaney, i tym razem się zawiodę. Moje obawy na szczęście się nie sprawdziły, za to słowa Stephena Kinga jak najbardziej. 

Pierwszą rzeczą, na którą pragnę zwrócić uwagę, jest pomysł na fabułę. Autorka przedstawiła Nam coś nowego, świeżego. Pokazała dramat z perspektywy osób, którym udało się ujść z życiem, czego do tej pory nie spotkałam w żadnym thrillerze. Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być jedynym człowiekiem, który przeżył masową tragedię? Jak to jest żyć ze świadomością, że wszyscy wokół zginęli? Analizować każdy najmniejszy szczegół i zastanawiać się, czy mogłeś zrobić coś, aby uratować chociaż jedno małe życie? Jeśli nie, to gwarantuję Wam, że podczas lektury "Ocalałych" przyjdą Wam do głowy te oraz masa innych pytań. Mimo że akcja nie pędzi w tempie rozpędzonego pociągu, to książka wciąga od pierwszej strony. Z każdą przewracaną kartką czytelnikowi nasuwają się nowe pytania, które do samego końca autorka pozostawia bez odpowiedzi. 


Pierwsze kilkadziesiąt stron może wydać Wam się męczące, gdyż Riley Sager wprowadza Nas w umysł głównej bohaterki, abyśmy przez kilkaset stron mogli poczuć się tak jak ona, wcielić się w jej skórę i zrozumieć tragedię,  która ją dotknęła. Dzięki temu Quincy staje się realną postacią, poznajemy ją do tego stopnia, że każdy cios zadany w jej serce dotyka także Nas. Wielką zaletą jest również narracja. Przez większość rozdziałów jest ona pierwszoplanowa, jednak zdarzają się momenty, kiedy autorka przenosi Nas do przeszłości, do Pine Cottage, gdzie miała miejsce tragedia. Wtedy jesteśmy obserwatorami makabrycznej sceny, która rozegrała się w małej chatce w lesie. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, co sprawia, że czujemy się tak, jakbyśmy zostali rzuceni w wir rozgrywających się tam wydarzeń i sami musieli ukrywać się przed szalonym mordercą. Autorka używa wielu epitetów, dzięki którym powieść nabiera wartości. Zdarzały się momenty, kiedy zapominałam, że tak naprawdę tylko czytam książkę, a myślałam, że oglądam film i chciałam jak najszybciej stamtąd uciec bądź zamknąć oczy, aby nie musieć oglądać tych straszliwych scen. Świadczy to o naprawdę ogromnym talencie pisarki, która idealnie potrafi oddać nastrój i klimat danej sytuacji i wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat tak, aby myślał, że znajduje się w nim naprawdę. Podczas czytania towarzyszył mi cały kalejdoskop emocji: od współczucia, poprzez strach, aż po nienawiść. Ciągłe zwroty akcji sprawiały, że pochłaniałam książkę strona po stronie, aż do ostatniego rozdziału, gdzie nastąpił moment kulminacyjny i wreszcie, długo przeze mnie wyczekiwany, element zaskoczenia. Muszę przyznać, że nawet przez chwilę nie podejrzewałam zakończenia, które zaserwowała Nam autorka. W trakcie powieści podsuwała czytelnikowi ślepe tropy, które prowadziły donikąd, po to aby zaszokować go na samym końcu.

Mimo że "Ocalałe" są thrillerem, to można wyciągnąć z lektury kilka wniosków. Osobiście uświadomiłam sobie, że często przybieramy maski zależne od tego, jak chcemy, żeby dana osoba Nas postrzegała. Co więcej media często kreują nieprawdziwy wizerunek ludzi, żerując na czyimś nieszczęściu, nie przejmując się tym, ile wysiłku kosztuje ich rozmowa na temat osobistych, straszliwych przeżyć. Przeszłość goni Nas przez całe życie, niełatwo o niej zapomnieć, a chowanie się i udawanie, że wszystko jest w najlepszym porządku nie prowadzi do niczego dobrego. Prędzej czy później nie wytrzymamy presji, co może Nas doprowadzić do jeszcze gorszych wydarzeń niż te, które staramy się wymazać z pamięci. 

Jak mogliście zauważyć czytając moje poprzednie recenzje na temat thrillerów psychologicznych, ostatnio bardzo wiele od nich wymagam. Szukam czegoś nieszablonowego, niebanalnego, wyjątkowego, czegoś, co spędzi mi z sen z powiek, pochłonie tak bardzo, że nie będę mogła myśleć o niczym innym. To wszystko znalazłam w "Ocalałych", dlatego z całego serca polecam Wam zapoznanie się z tą pozycją. Wyczekujcie premiery, bo naprawdę jest na co czekać! Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.


poniedziałek, 24 lipca 2017

"Lokatorka" - JP Delaney

"Lokatorka" JP Delaney zbiera same pochlebne opinie. Wiedziona ciekawością, w czym tkwi sekret tego thrillera psychologicznego, postanowiłam jak najszybciej się tego dowiedzieć. W recenzji podzielę się z Wami swoimi odczuciami na temat tej powieści.


Jane przeszła właśnie trudny okres w swoim życiu - urodziła martwe dziecko, nie ma pieniędzy ani bliskiej osoby, która mogłaby ją wesprzeć. Poszukując nowego mieszkania, które miałoby jej pomóc w odcięciu się od przeszłości, trafia na ofertę lokalu przy Folgate Street 1. Bez wahania wypełnia formularz, w którym musi odpowiedzieć na wiele dziwnych pytań, często związanych z jej życiem prywatnym. Ku jej zdziwieniu po kilku dniach otrzymuje odpowiedź od Edwarda - właściciela mieszkania, wraz ze zgodą na zamieszkanie w jego nowoczesnej posiadłości. Jane nie wie jednak, jak tragiczną ma ona przeszłość. Zginęły tu nie tylko żona oraz córka właściciela, ale również poprzednia lokatorka, Emma. Kobieta na własną rękę rozpoczyna śledztwo i próbuje dowiedzieć się czegoś więcej na temat śmierci swojej poprzedniczki. Czy tajemniczy właściciel mieszkania ma jakieś powiązania z tragediami, które w nim się wydarzyły? Czy Jane uda się odkryć prawdę? I czy to tylko przypadek, że obie dziewczyny są do siebie łudząco podobne?


Do tej pory czytałam same pochlebne opinie na temat "Lokatorki". Aczkolwiek ja niestety nie mogę podzielić zachwytu nad tą książką. Zupełnie nie rozumiem jej fenomenu. Ale zacznijmy od początku. Jeżeli chodzi o bohaterów, to Edward jest postacią w stu procentach wzorowaną na Christianie Greyu z trylogii E.L. James. Przez większość książki bardzo irytowały mnie brutalne sceny łóżkowe, a także samo zachowanie zaborczego i bezwzględnego mężczyzny. Zarówno Emma, jak i Jane, wydały mi się bardzo naiwnymi oraz głupiutkimi dziewczynami, które bez żadnych słów sprzeciwu godzą się na związek bez zobowiązań z właścicielem mieszkania, oparty tylko i wyłącznie na seksie. Mam wrażenie, że został w tej powieści zachwiany obraz tego, jak mężczyźni powinni traktować kobiety. Czytając ten thriller czułam, jakbym cofnęła się do średniowiecza, gdzie to płeć męska sprawowała władzę nad swoją ukochaną, nie pytając jej o zdanie w żadnej istotnej kwestii, a także nie zgadzając się na wiele rzeczy. 


W czasie lektury "Lokatorki" poznajemy na przemian losy nieżyjącej już Emmy oraz historię obecnie mieszkającej przy Folgate Street 1 Jane. Muszę przyznać, że zdarzały mi się momenty, kiedy nie wiedziałam, która z kobiet była aktualnie narratorką. Jednak warto wspomnieć, że dzięki takiemu zabiegowi oraz temu, że rozdziały są dosyć krótkie, thriller czyta się naprawdę szybko, a historia ukryta na kartkach powieści wciąga do tego stopnia, że nie można się od niej oderwać. Nawet jeśli nie czytamy jej w danej chwili, to myślami jesteśmy w mieszkaniu przy Folgate Street 1 i staramy się rozwikłać zagadkę tego lokalu. Niestety kolejną rzeczą, która zawiodła mnie w "Lokatorce" było zakończenie. Podobne odczucia miałam podczas lektury "Zapisanych w wodzie" Pauli Hawkins, gdzie rozwiązanie sprawy bardzo mnie rozczarowało. Również i tym razem udało mi się je przewidzieć, po przeczytaniu czułam pewien niedosyt, nie było "efektu wow", nie czułam podziwu dla autora za to, jak świetną i nieprzewidywalną historię udało mu się wymyślić. A to, według mnie, w książkach z tego gatunku jest najważniejsze. Żeby po ich skończeniu zastanawianie się, w jaki sposób pisarz wpadł na taki oryginalny pomysł rozwikłania zagadki, spędzało Nam sen z powiek. 

Co do zalet, to jedyną rzeczą, jaka mi się spodobała i z którą się nigdy wcześniej w książkach nie spotkałam, to pytania psychologiczne zadane Nam przez autora przed każdym rozdziałem. Jest to dobry sposób na lepsze poznanie własnej osobowości i charakteru. Poza tym sami zobaczycie, że odpowiadając na niektóre z pytań, możecie sami siebie zaskoczyć.


Podsumowując, jeśli chcecie wiedzieć, czy polecam Wam "Lokatorkę", to powiem tak: jeśli nie jesteście doskonale obeznani w świecie kryminałów i thrillerów, to jest ona dobrym wyborem na początek Waszej przygody z tym gatunkiem książek. Ja chyba w swoim życiu przeczytałam już za dużo powieści grozy i naprawdę ciężko mnie zadowolić, a przede wszystkim zaskoczyć. Poza tym z Cobenem, Larssonem, czy Mrozem nikt nie może się równać ;)

Czy ktoś z Was czytał już "Lokatorkę"? Podzielacie moje zdanie, a może raczej należycie do zwolenników tego thrillera psychologicznego?