Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

PRZEDPREMIEROWO "Jak mogłaś" - Heidi Perks

Przypuszczam, że każdy z Nas ma w swoim życiu choć jedną osobę, na której zawsze może polegać i której może powierzyć nawet największy sekret. Jednak co w przypadku, gdy ta przyjaźń działa tylko w jedną stronę? Gdy pewnego dnia okazuje się, że Nasza najlepsza przyjaciółka nie jest tą osobą, za którą ją uważaliśmy? Motywy przyjaźni, zaufania oraz szczerości porusza w swoim thrillerze "Jak mogłaś" Heidi Perks. Zapraszam na moje wrażenia po lekturze.

Charlotte, przyjaciółka Harriet, opiekuje się jej córką. Dziecko znika. Kobieta może przysiąc, że spuściła małą z oka ledwie na chwilę, że dziewczynka cały czas bawiła się z innymi dziećmi. Przecież dbała o nią jak o własne dziecko! Zrozpaczona Harriet winą za nieszczęście obarcza Charlotte. Jak mogłaby jej wybaczyć?
Dwa tygodnie później obie kobiety zmuszone są spotykać się na komisariacie. Będą przesłuchiwane w sprawie pewnego morderstwa. Sytuacja zaczyna się komplikować, bo na jaw wychodzą liczne sekrety. Harriet i Charlotte muszą zdecydować, czy wzajemnie sobie pomóc. Tak przecież robią najlepsze przyjaciółki, prawda?


Muszę przyznać, że Heidi Perks spisała się idealnie w swoim pierwszym thrillerze wydanym w Polsce. Książka "Jak mogłaś" wciągnęła mnie już od pierwszej strony i ciężko mi się było od niej oderwać nawet na chwilę. Narratorkami w powieści są główne bohaterki: Charlotte i Harriet, które spotykają się na komisariacie, aby złożyć zeznania w sprawie pewnego zabójstwa. Wydarzenia teraźniejsze przeplatają się z tymi, które miały miejsce w przeszłości. Jednak autorka świetnie poradziła sobie z zastosowaniem tego zabiegu, wszystko jest spójne, przemyślane, składa się w jedną całość, czytelnik nie gubi się podczas czytania, a co więcej z każdą kolejną stroną jest coraz bardziej zaintrygowany, gdyż na jaw wychodzą zaskakujące fakty. Język powieści i styl Heidi Perks są lekkie i przyjemne w odbiorze. Podobało mi się, że autorka przeplatała ze sobą różne wątki, tyle samo uwagi poświęciła wykreowaniu zarówno postaci Charlotte jak i Harriet, dzięki czemu było mi łatwiej utożsamić się z bohaterkami, zrozumieć ich spojrzenie na daną sytuację i opowiedzieć się po którejś ze stron. Postacie w tej książce są wyraziste, z charakterem, dają się albo lubić, albo nienawidzić. Sympatią niestety nie darzyłam męża Harriet, którego zachowanie doprowadzało mnie do białej gorączki. Jednak lubię powieści, które wzbudzają we mnie cały kalejdoskop emocji, czy to złych czy dobrych, i na to mogłam liczyć podczas lektury "Jak mogłaś".


Wielkim plusem tego thrillera jest oryginalny pomysł na fabułę, autorka próbuje Nam uświadomić, że każdy czasem popełnia błędy, skupiamy się na sobie, nie myśląc, jaki wpływ Nasze postępowanie będzie miało na drugiego człowieka. Co do zakończenia, to niestety było przewidywalne, jednak (o dziwo!) w tej książce zupełnie mi to nie przeszkadzało! Ważniejszy był dla mnie wątek obyczajowy, niż wątek kryminalny. Cieszę się też, że autorka od razu po rozwiązaniu zagadki nie zakończyła powieści, tylko dodała jeszcze jeden bardzo kluczowy rozdział, w którym możemy zobaczyć, jak z biegiem czasu bohaterki thrillera poradziły sobie z całą sytuacją, która je dotknęła. Chociaż nie ukrywam, że nie zgadzam się z tym, co przeczytałam w ostatnim rozdziale. Całą książkę stałam po stronie Harriet, rozumiem jej zachowanie i decyzje, które musiała podjąć. Ale nie będę Wam za dużo zdradzać. ;)


"Jak mogłaś" to jeden z lepszych thrillerów, jakie miałam okazję przeczytać. Wartka akcja, ciekawa fabuła, stopniowo budowane napięcie to tylko kilka mocnych stron powieści Heidi Perks. Nawet przewidywalne zakończenie nie przyćmiło mojego dobrego zdania o tej książce, a to się bardzo rzadko zdarza. Jednym słowem: polecam! Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie i wyciągniecie z lektury swoje własne wnioski. 

Jeśli mieliście już okazję przeczytać, to koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami. A jeśli nie, to dajcie znać, czy macie w planach lekturę "Jak mogłaś"!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:



środa, 13 czerwca 2018

PRZEDPREMIEROWO "Without Merit" - Colleen Hoover

Już 20 czerwca premierę będzie miała najnowsza powieść mojej ulubionej autorki. Mowa tu oczywiście o Colleen Hoover i "Without Merit". Jestem chyba Jej największą fanką, z wypiekami na twarzy pochłaniam każdy Jej kolejny romans. Co więc myślę o "Without Merit"? Na początku zdradzę Wam tylko, że ta książka jest zdecydowanie inna od pozostałych. Czy gorsza, czy lepsza - tego dowiecie się z recenzji.


Siedemnastoletnia Merit na pewno nie ma normalnego życia. Jej schorowana matka mieszka w piwnicy, a ojciec na górze – z nową żoną i dziećmi z obu małżeństw. Jej siostra bliźniaczka, śliczna Honor, to chodzący ideał, a brat Utah – nieznośny perfekcjonista. Merit czuje, że jest ich zupełnym przeciwieństwem, że wciąż robi coś nie tak, jak powinna, a na dodatek stale przydarza jej się coś złego. Najbardziej bolesne są dla niej jednak kolejne tajemnice, które coraz bardziej oddalają od siebie członków rodziny. W tym sekret samej Merit: dziewczyna zakochuje się w chłopaku swojej siostry. Sytuacja zaczyna ją przerastać. Rezygnuje ze szkoły, zaszywa się w domu i po cichu „znika z własnego życia”, a w końcu postanawia opuścić dom na zawsze. Jednak jej plan nie wypala i musi zdecydować… czy może dać drugą szansę nie tylko swojej rodzinie, ale również sobie.


Tak jak wspomniałam wcześniej "Without Merit" różni się znacznie od pozostałych książek Hoover. Najbardziej zauważalną różnicą jest to, że tym razem (o dziwo!) Colleen odkłada wątek romantyczny na dalszy plan. Tutaj rządzą problemy rodziny Voss. Każdy jej członek jest moim zdaniem delikatnie przerysowany, gdyż każdy zmaga się z zupełnie innym kłopotem, co można uznać za mało wiarygodne i trochę absurdalne. Wydawać by się też mogło, że bohaterowie żyją w innej rzeczywistości, nie chcę Wam psuć niespodzianki i zdradzać fabuły, więc o tym będziecie musieli przekonać się sami. Bardzo polubiłam poczucie humoru Hoover w tej powieści. Nie raz śmiałam się właśnie ze wspomnianej wyżej absurdalności i niedorzecznych sytuacji, które przydarzały się bohaterom. Mimo że wiem, że to Merit jest tutaj główną postacią, to zabrakło mi trochę rozbudowania przez autorkę wątków pozostałych członków rodziny Voss. Mam tu na myśli ich osobowości, bliższe przyjrzenie się ich psychice oraz powodom, które spowodowały ich indywidualne problemy. Chociaż nie chcę tu powiedzieć, że są nijacy, bo to na pewno nie ma tutaj miejsca. Każdego z nich już na początku oceniamy, akceptujemy jego decyzje, działa Nam na nerwy albo zyskuje Naszą sympatię. Dopiero z czasem uczymy się, że nie należy oceniać ludzi po okładce, że każdy zasługuje na drugą szansę, że my sami nie jesteśmy idealni, więc nie powinniśmy wymagać też tego od innych. I najważniejsze! Że musimy nauczyć się wybaczać, wtedy na pewno będzie Nam lepiej. 


Książkę (tak jak pozostałe powieści Hoover) pochłonęłam w zabójczym tempie, mimo początkowych małych trudności z wciągnięciem się w fabułę. Colleen po prostu wie, jak pisać, żeby zaciekawić czytelnika i sprawić, by nie mógł oderwać się od lektury. Muszę Was jednak ostrzec, że jeśli liczycie na to, że po przeczytaniu "Without Merit" Wasze serce rozpadnie się na milion kawałków i nie będziecie się mogli pozbierać, to akurat tym razem to nie będzie miało miejsca. Powieść porusza bardzo ważny problem, który może spotkać każdego z Nas i owszem jest ona przepełniona emocjami, należy wyciągnąć z niej wnioski i zapadnie Wam w pamięci, jednak raczej nie uronicie przy niej wielu łez.  


Czy polecam? Jak najbardziej! Mimo że książka jest raczej skierowana do młodszych czytelników, to moim zdaniem problem w niej poruszany dotyczy tak naprawdę każdego z Nas, czy młodszego, czy starszego, więc jak najbardziej uważam, że bez względu na wiek powinniśmy zapoznać się z tą pozycją. Dla fanów Hoover jest to oczywiście lektura obowiązkowa! Może i "Without Merit" nie wskoczy do moich ulubionych powieści tej autorki, jednak na pewno na długo zapamiętam jej przesłanie i wyciągnięte wnioski/ I bardzo się cieszę, że możemy poznać Colleen od innej strony, że wyszła poza wyrobione przez samą siebie schematy oraz  że zaskoczyła czymś czytelników - mnie pozytywnie i mam nadzieję, że z Wami będzie podobnie! A jeżeli chodzi o pytanie, czy powieść jest gorsza czy lepsza od wszystkich poprzednich, to napiszę po prostu, że jest inna. Dla mnie tak samo dobra :)

Jeśli jesteście już po lekturze, to koniecznie podzielcie się wrażeniami na temat "Without Merit". Ja słyszałam już mnóstwo opinii, jedne pozytywne, drugie mniej, więc ciekawa jestem, jak to jest z Wami :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:




niedziela, 27 maja 2018

Trylogia "Slammed" - Colleen Hoover

Jak zapewne niektórzy wiedzą Colleen Hoover jest jedną z moich ulubionych autorek. Z niecierpliwością wyczekuję każdej Jej kolejnej powieści, którą pochłaniam z zapartym tchem. I mimo powielanych często schematów, każda książka Hoover zostawia we mnie jakiś ślad. Trylogię "Slammed" ciężko było dostać w ostatnich latach w księgarniach, więc Wydawnictwo YA! postanowiło wydać ją w nowych okładkach. To był strzał w dziesiątkę, gdyż teraz nie musimy przekopywać połowy internetu w poszukiwaniu tych trzech książek, a z historią Lake i Willa zdecydowanie warto się zapoznać! Nie chcę Wam zdradzać fabuły wszystkich trzech części, więc napiszę kilka słów na temat pierwszego tomu.


Layken skończyła właśnie osiemnaście lat. Kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie straciła ojca. Wraz z kochającą matką i młodszym bratem postanawiają zostawić za sobą przeszłość w Teksasie, by móc rozpocząć nowe życie w Michigan. Sprzedają dom, pakują rodzinne pamiątki i wyruszają na północ. Każde z nich z innymi obawami i planami na przyszłość. Zarówno Layken, jak i Kel nie chcą porzucać szkoły, przyjaciół, ulubionych miejsc. Nie wiedzą, co ich czeka tysiące kilometrów od domu. Prawdziwego domu. Julia, choć się martwi, stara się dodać otuchy swoim dzieciom i wesprzeć ich w najtrudniejszych chwilach. Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że już pierwszy kontakt z sąsiedztwem z naprzeciwka zwiastuje poważne zmiany w rodzinnych relacjach. A to dopiero początek niezwykle emocjonalnej, chwilami przezabawnej historii rodziny Cohen i Cooperów, w której nikt nie zdaje sobie sprawy, jak ich członkowie staną się sobie bliscy w obliczu śmiertelnej choroby i codziennych problemów.


Colleen Hoover po raz kolejny udowodniła, że wie, jak wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat, a dodatkowo jak sprawić, żeby szybko o nim nie zapomniał. W "Pułapce uczuć" narratorką jest Layken, poznajemy całą historię widzianą oczami tej dziewczyny. Muszę przyznać, że momentami działała mi ona na nerwy, ale to w końcu nastolatka, więc miała prawo do częstej zmiany zdania czy humoru. Choć nie ukrywam, że niektóre jej decyzje i zachowania były bardzo infantylne, a ja sama nieraz miałam ochotę na nią nakrzyczeć. Na szczęście złe momenty wynagradzał mi Will, który został moim kolejnym książkowym mężem. Mimo że jest tylko kilka lat starszy od Lake, to jest zdecydowanie bardziej dojrzały i odpowiedzialny. Postacie drugoplanowi idealnie uzupełniają tę trylogię, ich przygody są równie ciekawe, co losy Willa i Lake. Colleen zadbała o świetne poczucie humoru, sceny smutku przeplatają się ze scenami radości, więc dostajemy tu cały kalejdoskop emocji. Sposób, w jaki autorka przedstawiła problemy dotykające bohaterów również zasługuje na pochwałę. Ja osobiście nauczyłam się, że po burzy zawsze wychodzi słońce i nawet, gdy wydaje nam się, że jesteśmy w najgorszym momencie swojego życia, to warto się uśmiechnąć, znaleźć iskierkę nadziei na lepszy dzień oraz przeżywać wszystkie smutki z najbliższymi nam osobami, bo wtedy wszystko staje się lepsze i łatwiejsze. Książkę pochłania się w ekspresowym tempie, nie można odłożyć jej na półkę. Podświadomie kibicujemy dwójce głównych bohaterów, trzymamy za nich kciuki. "Pułapka uczuć" to wzruszająca powieść zarówno dla młodszych jak i starszych czytelników. Pokazuje jak radzić sobie ze stratą najbliższych osób oraz porusza inne ważne życiowe tematy. 


"Nieprzekraczalna granica" to drugi tom tej trylogii i zdecydowanie mój ulubiony. W drugiej części poznajemy dalsze losy Lake i Willa, tylko tym razem to właśnie on jest narratorem. Na moje nieszczęście Layken mimo upływu czasu zbytnio się nie zmieniła, cały czas działała mi na nerwy, a jej zachowanie nadal było dziecinne. No ale cóż, nie można lubić każdego bohatera książkowego ;) Ten tom jest zdecydowanie "luźniejszy" niż "Pułapka uczuć", bohaterowie borykają się z problemami życia codziennego, które na szczęście szybko udaje im się rozwiązać. Mimo że "Point of Retreat" nie wzbudza już tylu emocji co pierwsza część, to i tak warto się zapoznać z tą książką, szczególnie jeśli polubiliście Willa i Lake już w "Slammed". Nie nastawiajcie się tylko na tak samo wzruszającą i wyciskającą łzy powieść, bo tego na pewno nie dostaniecie, czekać na Was za to będzie lekka i przyjemna lektura, świetne poczucie humoru i ulubieni bohaterowie.


"Ta dziewczyna" to już ostatni tom trylogii Colleen Hoover. Niestety ten jako jedyny zupełnie nie przypadł mi do gustu. Narratorem podobnie jak w "Nieprzekraczalnej granicy" jest Will, a wydarzenia rozgrywające się w książce to te same, które miały miejsce w "Pułapce uczuć", tylko opowiedziane z perspektywy głównego bohatera. Moim zdaniem ta część jest zbędna, nie wnosi ona nic nowego do historii Lake i Willa, czytałam ją na siłę i męczyłam przez prawie trzy tygodnie. Ja osobiście nie lubię czytać dwa razy tego samego, ale nie zdziwię się, jak dla wielu z Was takie zakończenie będzie idealnym podsumowaniem tego, co działo się w poprzednich tomach. 


Lekturę "Pułapki uczuć" polecam przede wszystkim fanom Colleen Hoover (wiele osób uważa, że to Jej najlepsze książki), ale także wszystkim, którzy lubią mądre i niebanalne powieści, z których można wyciągnąć wnioski i nauczyć się czegoś nowego. Bez względu na wiek uważam, że warto zapoznać się z tą wzruszającą trylogią, zapewniam, że nie raz podczas lektury będziecie się śmiać, a w niektórych momentach uronicie także łzę smutku. 

Koniecznie dajcie znać, jak Wasze wrażenie po lekturze "Pułapki uczuć", czy są to Wasze ulubione książki Hoover, czy raczej plasujecie je na dalszej pozycji w rankingu! :)


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania trylogii "Pułapka uczuć" dziękuję:


poniedziałek, 9 kwietnia 2018

"Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami" - Dorota Gąsiorowska

Kiedy dostałam propozycję objęcia patronatem najnowszej książki Doroty Gąsiorowskiej "Dziewczyny ze sklepu z kapeluszami" nie zastanawiałam się długo nad podjęciem decyzji. Opis powieści mocno mnie zaintrygował i mimo że rzadko sięgam po książki polskich autorów, a o Dorocie Gąsiorowskiej nie słyszałam wcześniej ani słowa, to postanowiłam dać szansę rodzimej pisarce. I był to dobry wybór!


Kamelia jest młodą dziewczyną, mieszkającą w Krakowie i wraz z babcią prowadzącą rodzinny biznes - atelier z kapeluszami. Pewnego dnia w salonie pojawia się przystojny dziennikarz, zainteresowany stuletnią historią tego miejsca. Jego pytania dotykają jednak spraw, o których starsza pani wyraźnie nie chce mówić. Kilka dni później Kamelia otrzymuje od babci broszkę z zagadkową inskrypcją. Czuje, że prezent ten może mieć związek z rodzinną tajemnicą sprzed lat. Dziewczyna za wszelką cenę chce ją odkryć. Tymczasem dziennikarz zaczyna być bardziej zainteresowany piękną Kamelią niż historią pracowni. Na dodatek w życiu młodej kobiety pojawia się jeszcze jeden mężczyzna… Którą z tajemnic będzie Kamelii łatwiej rozwikłać – tę z przeszłości czy tę, która kryje się w jej własnym sercu?


Najnowszą powieść Doroty Gąsiorowskiej przeczytałam w błyskawicznym tempie. Autorka wprowadziła do historii kilka intrygujących wątków, każdy z nich był na tyle ciekawy, że nie mogłam oderwać się od czytania. Nie zabrakło tu rodzinnych tajemnic, przyjaźni wystawionej na próbę, ciężkich miłosnych wyborów oraz pięknego Krakowa w postaci tła do rozgrywających się w książce wydarzeń. Dzięki tak wielu poruszonym kwestiom na pewno nie będziecie się nudzić podczas czytania, a także nim się obejrzycie będziecie przewracać ostatnią kartkę tej ponad pięćset stronicowej powieści. Autorka serwuje Nam prawdziwy kalejdoskop emocji, razem z bohaterami śmiejemy się, płaczemy, denerwujemy, cieszymy, a przede wszystkim próbujemy odkrywać spędzające sen z powiek sekrety. Język powieści jest lekki i przyjemny w odbiorze. Mimo że w książce mamy sporo opisów, to nie są one nudne, nadają powieści wyjątkowy klimat, możemy dzięki nim przenieść się do malowniczych wsi oraz przepięknego, zabytkowego Krakowa z brukowanymi uliczkami oraz ładnymi kamienicami. 


Jeżeli chodzi o bohaterów, to Lidia oraz Kamelia zostały bardzo szczegółowo przedstawione, wraz z kolejnymi stronami powieści wnikamy w umysły tych postaci, łatwiej jest Nam zrozumieć ich decyzje oraz wybory. Autorka nie zapomniała również o bliższym poznaniu drugoplanowych bohaterów, są oni barwni, mają poczucie humoru oraz specyficzne charaktery, które niekiedy mogą działać Nam na nerwy. Jeżeli chodzi o minusy powieści, to mam jedynie zastrzeżenie do niepodzielenia jej na rozdziały. Nie ukrywam, że wtedy dużo wygodniej czyta mi się książkę. Nie jestem osobą wierzącą w stawianie tarota i inne zabobony, jestem raczej przeciwna takim rzeczom, a podczas lektury napotykałam sytuacje, w których przyszłość była wyczytywana z kart, co było dla mnie trochę śmieszne.


"Dziewczyna  z kapeluszami" to książka, która przyniesie Wam wiele emocji. Z uśmiechem na twarzy, a czasem i ze łzami wzruszenia będziecie odkrywać kolejne karty powieści. Jeżeli lubicie niebanalne i nieoczywiste historie obyczajowe, w których wątek miłosny nie gra głównej roli, a na pierwszym planie jest rodzina oraz przyjaciele, to najnowsza książka Doroty Gąsiorowskiej na pewno przypadnie Wam do gustu! Co więcej malowniczy Kraków tworzy wyjątkowy klimat powieści, a rodzinne tajemnice Lidii oraz Kamelii to wyzwanie dla każdego fana rozwiązywania zagadek. Ja jestem przekonana, że sięgnę po kolejne książki tej autorki i Was też serdecznie do tego zachęcam! :)

Za egzemplarz do recenzji oraz możliwość objęcia tej wspaniałej, wielowątkowej powieści patronatem dziękuję:



Książkę możecie kupić w atrakcyjnej cenie w księgarni internetowej Nieprzeczytane.pl:


niedziela, 29 października 2017

Cluedo: Harry Potter

Cześć! Dzisiaj chciałabym napisać Wam parę słów na temat nowej gry planszowej, która doczekała się wreszcie swojej polskiej wersji. Mam na myśli oczywiście Cluedo: Harry Potter.


Z tego co się orientuję, to grę póki co można zakupić tylko w Empiku (jeśli widzieliście gdzieś indziej, to możecie podać link), a jej koszt to 140 zł. Mnie udało się ją dostać na promocji od razu po premierze i kosztowała wtedy niecałe 100 zł. Liczę na to, że niedługo inne sklepy z grami planszowymi wprowadzą ją do swojej oferty i to w znacznie niższej cenie niż ta, za którą można ją nabyć w Empiku. Póki co musimy zadowolić się tym, co mamy. 


W skrócie przybliżę Wam zasady gry. Jeden z szóstki uczniów Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie ginie w tajemniczych okolicznościach. Naszym zadaniem jest wcielenie się w jednego z przyjaciół zaginionego (do wyboru: Harry, Ron, Hermiona, Ginny, Neville, Luna) oraz odkrycie, kto porwał ucznia, gdzie się to wydarzyło oraz jaki przedmiot (lub zaklęcie) został w tym celu użyty. Chodzimy po planszy, udajemy się w różne miejsca (tylko w te, do których są otwarte drzwi) oraz wypowiadamy swoje przypuszczenia (np. Lucjusz Malfoy w Hogwarcie użył zaklęcia Drętwoty). Gdy uda Nam się odkryć wszystkie trzy fakty, to udajemy się do Nory i wypowiadamy ostateczne Oskarżenie, a potem sprawdzamy, czy mieliśmy rację. Musimy być bardzo ostrożni, bo gdy Nam się nie powiedzie, to odpadamy z gry. Jeśli poprawnie rozwiążemy zagadkę, wygrywamy!


W zestawie mamy dwie kostki do gry, jedna służy do wyboru lokalizacji, której koło będziemy musieli przekręcić (konsekwencjami mogą być: zamknięcie lub otwarcie drzwi do danego miejsca, zapalenie się ognia w kominku, który umożliwi Nam przemieszczanie się za pomocą sieci Fiuu lub pojawienie się Mrocznego Znaku), a druga wskazuje ilość pól, o które możemy (ale nie musimy!) przesunąć swój pionek. Gdy na kostce pojawi się Mroczny Znak, wyciągamy jedną kartę z Mrocznej Talii, która mówi o przykrym dla Nas zdarzeniu. Jeśli mamy odpowiednią postać lub przedmiot na Kartach Pomocy, to niweluje ona skutki działania karty z Mrocznej Talii. Jeśli jednak nie, musimy oddać odpowiednią ilość Proszku Fiuu, który jest Nam potrzebny do używania kominków w celu przenoszenia się między lokalizacjami (proszku nie można zdobyć podczas trwania gry, dlatego gdy Nam się skończy, to nie mamy już możliwości korzystania z sieci Fiuu). Na początku gry dostajemy również kilka Kart Tajemnicy, które już na starcie pomagają Nam wyeliminować niektóre osoby, miejsca oraz narzędzia zbrodni. Wszystko zaznaczamy w trakcie trwania rozgrywki na małej karteczce, musimy jednak uważać, żeby nie pokazywać jej przeciwnikom! Gdy wypowiadamy swoją sugestię w jednej z kilku lokalizacji, to osoba, która ma Kartę Tajemnicy z jedną z wymienionych przez Nas osób, miejsc lub intryg, musi Nam ją pokazać tak, aby nie widzieli jej inni gracze. Teraz pozostaje Nam tylko metodą eliminacji dojść do tego, kto porwał jednego z uczniów, jakim zaklęciem się posłużył oraz gdzie to zrobił. Jak już będziemy wiedzieć, to pędzimy szybko do Nory, wypowiadamy Oskarżenie i wygrywamy grę!



Dosyć szczegółowo przedstawiłam Wam zasady gry. Osobiście na czytaniu instrukcji i próbowaniu zrozumieć, o co chodzi, spędziłam sporo czasu. Dopiero jak zaczęłam grać, to szybko udało mi się przyswoić zasady. Dlatego chciałam Wam mniej więcej przedstawić, na czym polega Cluedo: Harry Potter, abyście nie tracili czasu na przyswajanie reguł. Gra jest przepięknie wydana oraz bardzo dobrze wykonana, zdecydowanie jest warta swojej ceny. Będzie ona świetną rozrywką zarówno dla fanów Harry'ego Potter'a, jak i logicznych łamigłówek oraz zabawy w detektywa. Nie polecam jednak granie w nią w mniej niż trzy osoby, gdyż nie przynosi ona wtedy za dużo frajdy. Łatwo można przewidzieć rozwiązanie zagadki i szybko wyeliminować fałszywe tropy. Dlatego na sobotni wieczór warto zaprosić kilka osób (jednak graczy nie może być więcej niż 5) i cieszyć się emocjonującą rozgrywką. Jedna "partia" trwa około pół godziny, jednak jeśli Nam się spodoba, można bez problemu zagrać kilka razy pod rząd. Ostrzegę Was jednak, że po pewnym czasie gra może Nam się znudzić, dlatego polecam sięganie po nią raz na jakiś czas, żeby szybko nie znalazła miejsca w najciemniejszych zakamarkach Naszej szafy. 


Mam nadzieję, że moja opinia skłoni Was (lub zniechęci) do zakupu gry planszowej Cluedo: Harry Potter. Mnie bardzo przypadła do gustu i jestem pewna, że często będzie gościć na moim stole w chłodne jesienne oraz zimowe wieczory. Dajcie znać, czy macie w planach zakup tej logicznej gry. :)

poniedziałek, 16 października 2017

"Żniwiarz. Czerwone Słońce" - Paulina Hendel

Hej! Po bardzo dobrej części pierwszej nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie ukaże się drugi tom serii "Żniwiarz". Byłam bardzo ciekawa, jak dalej potoczą się losy Magdy, Feliksa oraz Mateusza, a także musiałam dowiedzieć się, co stało się z Pierwszym. Czy drugi tom okazał się lepszy od pierwszego? Czy tym razem autorce udało się mnie zaskoczyć?


W życiu Magdy i Feliksa wiele się zmienia. Ona nie jest już tą samą dziewczyną, w nowym ciele oraz z nowym charakterem powraca do Wiatrołomu, aby zemścić się na Pierwszym za to, że przedwcześnie wysłał ją na drugi świat. On pogrążony w smutku po stracie Magdy, skupia się głównie na polowaniu na nawich, których w ostatnim czasie diametralnie przybyło. Razem z Mateuszem, chłopakiem, którego ciało przez pewien czas zajmował Pierwszy, wyruszają na poszukiwania potężnego żniwiarza. Czy uda im się go odnaleźć? Czy Magda będzie w stanie wybaczyć Mateuszowi to, co wydarzyło się w zeszłym roku? Oraz czy odkryją, dlaczego na świecie pojawia się coraz więcej nawich? 


"Czerwone Słońce" zaskoczyło mnie pozytywnie pod wieloma względami. Mimo że Magdy w nowym ciele i z nowym charakterem nie da się do końca polubić, to jej dialogi oraz słowne utarczki z Feliksem oraz Mateuszem są naprawdę mistrzowskie. Wiele razy śmiałam się do rozpuku, Paulina Hendel ma bardzo dobre poczucie humoru, którego w tym tomie jest jeszcze więcej. W książce nie możemy narzekać na brak akcji, jej zwroty oraz nudę. Za każdym rogiem na Naszych bohaterów czeka nawi, z którym trzeba się zmierzyć. W tej części możemy poznać jeszcze więcej tajników walki z potworami powstającymi z martwych oraz słowiańskich wierzeń i tradycji. Już na pierwszy rzut oka widać, że autorkę fascynuje ten świat i stara się jak najgłębiej wciągnąć w niego czytelnika. Cieszę się, że ma ona dużo fajnych pomysłów, które sprawiają, że seria "Żniwiarz" jest bardzo ciekawa, oryginalna oraz wyjątkowa. 


Muszę przyznać, że Paulina Hendel nie popełnia dwa razy tych samych błędów. Wiele osób zarzucało Jej, że "Pusta Noc" była bardzo przewidywalna. Tym razem autorce udało się zaskoczyć czytelnika (a przynajmniej mnie) oraz zbudować napięcie, które nie pozwalało mi odłożyć książki nawet na sekundę, z zapartym tchem czytałam ją aż do ostatniej strony. Po lekturze czuję jednak lekki niedosyt i niecierpliwie czekam na premierę trzeciego tomu (z tego co wiem będzie ona w grudniu). Jestem bardzo ciekawa, co tym razem pokaże Nam autorka, bo z tego co mogłam zauważyć, z tomu na tom Jej warsztat oraz styl pisania staje się coraz lepszy. 


Podsumowując, "Czerwone Słońce" okazało się lekturą lepszą od pierwszego tomu, ale to nie znaczy, że "Pusta Noc" mi się nie podobała. Obie części są na bardzo dobrym poziomie, a autorka naprawdę wysoko postawiła sobie poprzeczkę przed premierą "Trzynastego Księżyca". Cieszę się, że polska fantastyka idzie w dobrym kierunku, a Nasi rodzimi pisarze mają wiele oryginalnych pomysłów, które przelewają na papier. Serdecznie polecam zapoznanie się z tą serią, jeśli jeszcze o niej nie słyszeliście, bo naprawdę warto! Gwarantuję, że będziecie mile zaskoczeni, zwłaszcza jeśli lubicie słowiańskie klimaty. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:


wtorek, 8 sierpnia 2017

"Żniwiarz. Pusta Noc" - Paulina Hendel

Hej! Ostatnio dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poznańskiego miałam okazję zapoznać się z pierwszą przeczytaną przeze mnie polską książką z gatunku fantastyki, a mianowicie z pierwszym tomem "Żniwiarza" Pauliny Hendel. Czwarta Strona zachwyca ostatnio czytelników oryginalnymi i pięknymi okładkami, do takich należy także oprawa powieści o słowiańskich wierzeniach i to właśnie ona skradła moje serce od pierwszego wejrzenia.  Jeśli chcecie wiedzieć, czy wnętrze jest równie ciekawe, czy warto czytać powieści rodzimych autorów i czy depczą oni po piętach zagranicznym pisarzom, to przeczytajcie tę recenzję!


Magda jest dwudziestoletnią dziewczyną pochodzącą z małego polskiego miasteczka Wiatrołom. Różni się jednak znacznie od swoich rówieśników, gdyż zamiast spotykać się ze znajomymi, woli uganiać się za nawimi, czyli istotami pochodzącymi ze świata umarłych, takimi jak bezkosty, cieniści i zmory. Życia nie ułatwia jej wujek Feliks, który jest żniwiarzem, czyli specjalnie wykwalifikowanym do walki z upiorami.W okolicy zaczynają ginąć członkowie nielicznej grupy żniwiarzy, co jest raczej niespotykane ze względu na to, iż nie da się ich zabić. Pojawia się także coraz więcej osobliwych stworów, z którymi muszą poradzić sobie Feliks i Magda.  Mimo że wujek nie chce narażać dziewczyny na niebezpieczeństwo, to dziwne wydarzenia mające miejsce w Wiatrołomie sprawiają, że łączą oni wspólnie siły, aby rozwiązać tajemnicze zagadki i wysłać nawich tam, gdzie ich miejsce.


Do tej pory nie miałam do czynienia z polską fantastyką. Prawda jest taka, że rzadko sięgam po książki ojczystych autorów, gdyż jestem do nich z góry uprzedzona. Dlatego nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po powieści Pauliny Hendel. Zostałam jednak pozytywnie zaskoczona. Mimo pewnych wad, "Żniwiarza" uważam za jedną z lepszych książek przeczytanych w tym roku. 

Pierwszą zaletą, na którą warto zwrócić uwagę, jest pomysł autorki na fabułę powieści. Muszę przyznać, że do tej pory nie spotkałam się jeszcze z książką, w której występują dusze zmarłych oraz istoty pozagrobowe. Podobał mi się również sposób, jaki Paulina Hendel znalazła na walkę z nawimi. "Żniwiarz" jest bardzo oryginalną lekturą, a fakt, że jest on napisany przez polską pisarkę, w moich oczach dodaje mu punktów do ogólnej oceny. Mimo że akcja nie toczy się w zabójczym tempie, to książka wciąga czytelnika w swój świat już od pierwszej strony. Powieść jest napisana przyjemnym językiem, czyta się ją bardzo szybko. Wielkim plusem jest także to, że autorka zadbała o jasne i zrozumiałe dla czytelnika wytłumaczenie pojęć z wykreowanego przez nią świata literackiego oraz to, że sięgnęła do historii Naszych przodków i tam szukała inspiracji do napisania lektury.


Jeżeli chodzi o bohaterów, to z wielkim zainteresowaniem śledziłam losy każdego z nich. Nie da się jednak ukryć, że nie wszystkich da się lubić, a Feliks i Magda bywają czasem irytujący. Kolejna mocna strona "Pustej nocy" jest narracja, autorka przedstawia Nam wydarzenia z perspektywy różnych bohaterów, często dziejące się w tym samym czasie. Podobało mi się również wplecenie delikatnego wątku miłosnego, który nie był przesadzony i na którym nie koncentrowała się cała historia. Jedyną i dosyć ważną wadą powieści, która zaważyła na mojej ogólnej ocenie, jest jej zakończenie. Od pierwszych stron łatwo przewidzieć, jak zakończą się losy Naszych bohaterów, autorka co jakiś czas serwuje czytelnikowi kolejne wskazówki, które doprowadzają go do rozwiązania zagadki. Jak zapewne wiecie, element zaskoczenia jest dla mnie bardzo istotną rzeczą, na którą zawsze zwracam uwagę, a "Żniwiarz" jest kolejną książką, która w ostatnim czasie niczym mnie nie zdumiała ani nie oszołomiła.


Podsumowując, nowa trylogia Pauliny Hendel okazała się pozytywnym zaskoczeniem. Życzę autorce, aby udało Jej się wydać tę serię za granicą, gdyż uważam, że jest na tyle dobra, iż warto, aby czytelnicy z całego świata mogli zapoznać się ze starymi, polskimi wierzeniami i poznali tradycje i historię Naszego kraju. "Żniwiarz" jest bardzo dobrą młodzieżową fantastyką, która przypadnie do gustu fanom Sary J Maas oraz Alwyn Hamilton. Polecam zapoznanie się z tą serią, dajmy szansę polskim autorom, gdyż ich umiejętności pisania nie odbiegają niczym od tych, które posiadają zagraniczni autorzy.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu i Czwartej Stronie.

piątek, 14 lipca 2017

"Światło, które utraciliśmy" - Jill Santopolo

"Światło, które utraciliśmy" od pierwszego wejrzenia urzekło mnie przepiękną okładką, którą jednak miałam wrażenie, że gdzieś już widziałam... Mnóstwo pozytywnych opinii i zachwytów nad tą książką doprowadziło do tego, że również i ja zapragnęłam ją przeczytać. Dzięki Wydawnictwu Otwartemu dostałam taką możliwość. Lecz czy historia spisana na kartkach powieści zauroczyła mnie równie mocno jak okładka? Bardzo długo zastanawiałam się, co napisać w recenzji, gdyż książka ma zarówno wiele wad jak i zalet. Jeżeli chcecie poznać końcowy werdykt, to serdecznie zapraszam do przeczytania mojej opinii.


Gabe i Lucy poznają się feralnego dnia 11 września 2001 roku, gdy w wieże World Trade Center uderza samolot. Już nigdy nic nie będzie takie jak dotychczas, a przypadkowe spotkanie na zawsze zapadnie im w pamięć. W obliczu tragedii ludzie nie postępują racjonalnie, szukają sposobu na poradzenie sobie z koszmarnym przeżyciem. Tak jest również w przypadku dwójki naszych bohaterów, którzy po kilku godzinach od poznania poddają się emocjom i przeżywają swój pierwszy pocałunek. Miłość zaczyna rozkwitać, ich związek nabiera tempa, kilkumiesięczna znajomość przeradza się w coś poważnego, para postanawia ze sobą zamieszkać. Ich szczęście jednak nie trwa długo. W dniu, gdy Lucy zdobywa nagrodę Emmy, Gabe oznajmia jej, że postanawia wyjechać na Bliski Wschód w pogoni za swoimi marzeniami. Dziewczyna staje przed bardzo ciężkim wyborem: poświęcić karierę i wyjechać za ukochanym czy odpuścić sobie miłość i skupić się na własnym rozwoju? Na co zdecyduje się Lucy? Czy Gabe będzie jej pierwszą i ostatnią prawdziwą miłością?


"Światło, które utraciliśmy", jak sam tytuł wskazuje, to historia o stracie, o wyborach, których konsekwencje ciągną się za nami przez całe życie, a przede wszystkim o wielkiej miłości. Muszę przyznać, że przez pierwsze kilkadziesiąt stron nie mogłam wciągnąć się w fabułę książki. Bardzo mocno irytowała mnie także narracja, która jest dosyć specyficzna, powieść napisana jest w formie pamiętnika głównej bohaterki, która opowiadając swoją historię kieruje słowa do ukochanego Gabriela. Nie podobało mi się również tempo rozwoju miłości dwójki postaci. Uważam, że jeśli autorka poświęciłaby więcej miejsca na bliższe zapoznanie czytelników z uczuciem, którym darzyli się Lucy i Gabe, to książka zyskałaby na wartości, a nam łatwiej byłoby zrozumieć niektóre ich wybory. 

Z bólem serca muszę stwierdzić, że nie polubiłam ani jednego charakteru literackiego przedstawionego w tej powieści. Lucy od początku wydawała mi się głupią, naiwną oraz ślepo zapatrzoną w Gabriela dziewczyną, która była w stanie poświęcić wszystko dla miłości. Denerwowało mnie, że zawsze była na każde zawołanie mężczyzny, nawet jeśli nie odzywał się do niej przez kilka miesięcy. Jeżeli chodzi o Gabe'a to był on konsekwentnie dążącym do celu człowiekiem, który nie przejmował się ukochaną oraz jej uczuciami, gonił własne marzenia, a karierę zawsze stawiał na pierwszym miejscu. Jednak kiedy potrzebował Lucy oraz jej pomocy, to nagle sobie o niej przypominał. Bohaterowie są tak nieidealni, jak nieidealny jest świat, mogłoby się wydawać, że dzięki wielu wadom przypisanym im przez autorkę, zyskają oni większą sympatię u czytelników, wydadzą się bardziej ludzcy. Ja niestety mimo szczerych chęci nie mogłam polubić żadnego z nich. Delikatną słabość wzbudził we mnie jedynie Darren, który był szczerze zakochany w Lucy i który wiedział, jak powinien zachowywać się człowiek darzący uczuciem drugą osobę. 


Skupmy się teraz na zaletach książki, które niestety muszę przyznać, są przyćmione przez złe strony powieści. "Światło, które utraciliśmy" czytało mi się bardzo dobrze, pochłonęłam je w zastraszająco szybkim tempie. Mimo słabego początku po kilkudziesięciu stronach udało mi się wreszcie wciągnąć w fabułę (w tym kluczową rolę odegrał wyjazd Gabe'a) i z wielkim zaciekawieniem przekręcałam kolejne strony lektury, gdyż nie mogłam doczekać się rozwoju sytuacji. Język powieści jest lekki i przyjemny w odbiorze. A co więcej książka daje czytelnikowi pewną lekcję. Pomimo wielu porównań jej do "Love, Rosie" uważam, że historia jest na swój sposób oryginalna i przede wszystkim niebanalna. Autorka pokazuje nam życie dwóch zwyczajnych osób, które spotykają się w najmniej odpowiednim momencie - 11 września 2001 roku. Do tego dnia bohaterowie będą wracać w swoich najlepszych, a zarazem najgorszych wspomnieniach. Coś się wtedy skończyło, ale wiele rzeczy się zaczęło, tak jak miłość Lucy i Gabe'a. Podobało mi się osadzenie powieści w tych czasach, Jill Santopolo uświadomiła mi, że historia ma wielkie znaczenie dla naszego życia, kształtuje je w pewnym stopniu oraz wpływa na nasze wybory i decyzje. Powieść na pewno na długo zapadnie mi w pamięć, wzbudziła ona we mnie wiele emocji, zarówno tych złych jak i dobrych. A podobno dobra książka to taka, którą czytelnik przeżywa całym sobą, a tak było ze mną podczas czytania 'Światła, które utraciliśmy".

Podsumowując, mimo wielu wad uważam, że "Światło, które utraciliśmy" jest warte przeczytania. Polecam zapoznanie się z historią Lucy i Gabe'a, która zmusza czytelnika do myślenia i wysnucia pewnych wniosków. Pokazuje nam ona, jak jedna decyzja może zaważyć na naszym życiu. Ja jednak uważam, że nie ma sytuacji bez wyjścia i w każdym momencie można zawrócić i wybrać inną drogę, trzeba tylko chcieć coś zmienić. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.