niedziela, 21 maja 2017

"Maybe Someday" - Colleen Hoover

Z twórczośćią Pani Hoover zetknęłam się przez przypadek, ale po przeczytaniu "Hopeless" i "Losing Hope" szybko stała się ona jedną z moich ulubionych autorek. Szybko więc sięgnęłam po jej kolejną powieść, jaką jest "Maybe Someday". Czy mi się podobała i czy przebiła "Hopeless" dowiecie się po przeczytaniu tej recenzji.

Sydney jest dwudziestodwuletnią dziewczyną, której w dniu urodzin zawala się cały świat. Dowiaduje się, że jej najlepsza przyjaciółka i współlokatorka zarazem, ma romans z jej chłopakiem Hunterem. Zrozpaczonej dziewczynie bez dachu nad głową na pomoc przychodzi Ridge - mężczyzna, którego poznała podczas spędzania wieczorów na balkonie, i który skradł jej serce swoją grą na gitarze. Kilka wymienionych smsów i tekst piosenki do muzyki skomponowanej przez chłopaka to wszystko, co ich do tej pory łączyło. Jednak odkąd Sydney zamieszkuje u sąsiada z naprzeciwka wszystko się zmienia. Czy na lepsze? To się dopiero okaże. Para zawiera ze sobą układ z korzyścią dla obu stron, w którym Sydney w zamian za wolny pokój w mieszkaniu Ridge'a ma pisać teksty piosenek dla zespołu, w skład którego wchodzi jego brat. Wszystko zdawałoby się zacząć układać, ale jest jedna rzecz zastanawiająca naszą bohaterkę. Jej nowy współlokator od momentu poznania nie odezwał się do niej ani słowem, jedynym sposobem, jakim się z nią komunikuje, jest wysyłanie sobie nawzajem smsów. Okazuje się, że chłopak jest głuchy. Dlaczego nie mówi (choćby mógł)? Jak radzi sobie z grą na gitarze, skoro nie słyszy? I czy układ, który zawarł z Sydney, wszystkim wyjdzie na dobre? Tego dowiecie się sięgając po "Maybe Someday".

Po lekturze "Hopeless", po której miałam wielkiego kaca książkowego, przygotowałam się psychicznie na kolejną mocną dawkę emocji, które miało mi zapewnić "Maybe Someday". Mijała strona za stroną, czekałam na moment, kiedy moje serce pęknie na milion kawałków i... niestety do samego końca powieści ten moment nie nadszedł. Zawiodłam się, ale nie dlatego, że książka mi się nie podobała, treściowo była podobna do większości romansów, z małymi wyjątkami, tylko dlatego, że oczekiwałam zupełnie czegoś innego. Załuję, ze swojej przygody z twórczością Colleen Hoover nie zaczęłam właśnie od "Maybe Someday"... Chociaż nie wiem, czy wtedy skusiłabym się szybko na następne książki tej autorki. Mimo wszystko powieść czytało mi się bardzo szybko, pani Hoover używa przyjemnego w odbiorze języka i wie, jak zachęcić czytelnika do pochłaniania jej książek. Chociaż wiem, ze treść i bohaterowie "Maybe Someday" nie zagoszczą długo w mojej pamięci, nie żałuje, ze sięgnęłam po tę lekturę. Co więcej, Podobało mi się w niej, ze autorka nie skupiła się tylko na przedstawieniu losów dwójki głównych bohaterów, ale pozwoliła czytelnikowi poznać także inne postaci. I Mimo, ze cala historia Sydney i Ridge'a była według mnie trochę banalna, to nauczyłam się jednego: ze nie warto walczyć ze swoimi uczuciami, trzeba podążać za marzeniami, nie oglądać się za siebie, bo każdy dzień przynosi nowe możliwości. I nie mówmy sobie "może kiedyś", tylko róbmy to wlasnie teraz.

Podsumowując, dla tych, którzy nie mieli okazji zetknąć się z twórczością Colleen Hoover, polecam na początek lekturę "Maybe Someday" - lekka i przyjemna, jednak nie należy do książek, które będziemy pamiętać przez całe życie.





wtorek, 25 kwietnia 2017

Trylogia Eriki Johansen

Nie było mnie tu dobre pół roku, ale dzisiaj pragnę wrócić do Was z recenzją trylogii Eriki Johansen o Kelsea - królowej Tearlingu. Jest to w tej chwili moja ulubiona seria składająca się z trzech części i myślę, że pozostanie nią na długo. 



Kilka słów o fabule. Młoda księżniczka musi upomnieć się o tron i stoczyć bój z potężną czarownicą w decydującej rozgrywce między światłością a mrokiem. Kelsea dorastała w ukryciu, z dala od królewskiej twierdzy, i niewiele wie o straszliwej przeszłości Tearlingu. W dniu dziewiętnastych urodzin Kelsea wyrusza w niebezpieczną podróż do stolicy, gdzie ma zająć należne jej miejsce na tronie Tearlingu. Jednak zło, jakie odkrywa w sercu królestwa, popycha ją ku śmiałemu czynowi, który otwiera Szkarłatnej Królowej drogę do zemsty. Śmiertelnie niebezpieczni przeciwnicy – od skrytobójców po ludzi posługujących się najmroczniejszą magią krwi – snują plany zamordowania dziewczyny. Kelsea dopiero rozpoczyna walkę o ocalenie królestwa. Pełna zagadek, zdrad i niebezpieczeństw droga do jej przeznaczenia jest próbą ognia, z której wyłoni się legenda... lub która doprowadzi do jej upadku.



Pierwszą rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę, są przepiękne okładki (zarówno w wersji z twardą oprawą jak i miękką), które urzekły mnie od pierwszego wejrzenia, i które w dużej mierze skłoniły mnie do zakupu tych książek. Cóż poradzić na to, że jestem taką okładkową sroką... ;) Na moje szczęście okazało się, że nie tylko zakochałam się w okładkach, ale także w historii ukrytej na stronach tych powieści. Erika Johansen wykreowała wspaniały świat, świetnych bohaterów, jednych lubimy bardziej, z innymi Nam nie po drodze, ale każdy ma swoją niepowtarzalną historię, którą zapamiętamy na długo. Bardzo podobało mi się to, że autorka nie skupiła się mocno na wątku miłosnym, postawiła go w drugim rzędzie, gdzie pozostał do samego końca. Prawda jest taka, że teraz w większości książek, czy to New Adult, czy fantasy, miłość jest na pierwszym miejscu, więc bardzo przyjemnie czytało mi się powieść, gdzie w końcu ktoś odszedł od tego schematu. Do zalet tej trylogii śmiało mogę zaliczyć również język i styl pisania autorki, która wymaga od Nas pełnego skupienia na lekturze, a także wykazania się pewną językową dojrzałością. Myślę, że młodsi czytelnicy mogą mieć problem z tempem czytania, zwłaszcza jeśli do tej pory mieli do czynienia tylko z literaturą młodzieżową. Muszę przyznać, że w wielu książkach kolą mnie w oczy wulgaryzmy pojawiające się na stronach powieści częściej niż wyrazy "proszę", "dziękuję" itp. Pani Johansen tak subtelnie wplatała niecenzuralne słowa i używała ich na tyle rzadko, że nawet nie zauważyłam ich istnienia, Co według mnie w dzisiejszych czasach jest sporą zaletą, zważywszy na to, że autorzy chyba czasem wychodzą z założenia, że im więcej "ku*w" tym lepiej.



Kolejną mocną stroną tej trylogii jest to, że na pewno nie będziecie się nudzić podczas jej czytania. Każdy tom kończy się tak, że jak najszybciej chcemy sięgnąć po kolejny. Może w "Królowej Tearlingu" akcja nie jest aż tak wartka jak w "Inwazji na Tearling" oraz "Losach Tearlingu", ale autorka tak świetnie potrafi splatać ze sobą różne wątki, które na samym końcu łączą się w idealną całość, że już same historie naszych bohaterów powinny Was zainteresować. W dwóch ostatnich częściach Pani Johansen zabiera nas w podróż w czasie, wracamy do przeszłości, aby sukcesywnie dowiadywać się od czego wszystko się zaczęło oraz przyczyny różnych zdarzeń mających miejsce tu i teraz. Muszę jeszcze wspomnieć, że bardzo podoba mi się rozpoczynanie każdego rozdziału od cytatu. Ja nie jestem ich wielką fanką i nigdy ich nie zaznaczam w książkach, ale tutaj one są tak wyraźnie wyszczególnione, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Zastanawiacie się pewnie, czy znajdzie się tu chociaż jedno zło słowo na temat trylogii Eriki Johansen i muszę Was zaskoczyć (a może i nie?), że tak! Ale zapewniam Was, że to jedyna wada tych fantastycznych powieści. Mianowicie bardzo rozczarowało mnie zakończenie ostatniego tomu. Autorka tak długo budowała napięcie przez trzy części, że pod sam koniec byłam już mocno zaintrygowana, jak to się wszystko rozegra, a tu nagle trach! Pani Johansen zrezygnowała z przedstawionych do tej pory pomysłów i poszła w zupełnie innym, dla mnie niesatysfakcjonującym, kierunku. 



Podsumowując, bardzo mi szkoda, że to już koniec tej niesamowitej historii, na pewno będę tęsknić za Kelsea i jej przygodami, a także za innymi bohaterami. Mam nadzieję, że w niedługim czasie Erika Johansen przygotuje dla Nas kolejną wspaniałą serię. Czekam na to niecierpliwie! 

Czy polecam? To chyba pytanie retoryczne. Polecam jak najbardziej! Wszystkim fanom fantastyki i nie tylko. Jeśli macie ochotę na dojrzałą lekturę, chcielibyście dowiedzieć się, jak wygląda połączenie "Gry o tron" ze "Szklanym Tronem", to nie pozostaje Wam nic innego, niż sięgnąć po "Królową Tearlingu", a potem mam nadzieję, że także po kolejne tomy.
A jeśli ktoś już przeczytał te książki, to będzie mi bardzo miło, jeśli podzielicie się ze mną swoimi odczuciami w komentarzach! :)